Archiwa tagu: życie codzienne

Londyn. Koniec albo początek

Najpiękniejsze w Londynie jest to, że nie można się nim nigdy znudzić. Każdego dnia można odkryć nową uliczkę i poznać nowy zakamarek. I czy to jest zapomniany wiktoriański cmentarz w środku miasta, przypadkowo znaleziony sklep z rosyjskimi smakołykami, czy kamieniczka z malowniczo kolorowymi drzwiami wejściowymi, zawsze mamy wrażenie, że odkrywamy nowy świat. Tak było i tym razem. O Hoxton wiedzieliśmy od dawna, bo tam się kierują co piątek tłumy żądnych zabawy londyńczyków. Za skwerem otoczonym modnymi knajpami i restauracjami zaczyna się prawdziwy świat Hoxtonu.

Mijamy domy komunalne, wybudowane z biednej cegły i straszące brudnymi oknami oraz bałaganem na balkonach. Tutaj już nie zapuszczają się modni londyńczycy. Mijamy lokalny urząd pracy, stołówkę dla bezdomnych i wchodzimy na targ na Hoxton.

Nie ma tutaj banków, ani sklepów z modną odzieżą. Są sklepy charytatywne, Poundland i Iceland – kraina tanich mrożonek. Jest sobotnie popołudnie. Sprzedawcy zabawek i proszków do prania zwijają swoje parasole i stoiska na łóżkach polowych. W witrynie piekarni stoi wiekowa właścicielka i dzwoni dzwonkiem. ‚promocja, wszystko za funta’ krzyczy. Kupujemy dwa chleby (dwa za funta, jeden za 80 pensów). No i decydujemy się na babeczki z brytyjską flagą (to są olimpijskie babeczki kochanie, dodaje właścicielka z przekąsem).

Zjadło się deser, ale moment, nie jedliśmy jeszcze obiadu. Na przeciwko jest starodawna kantyna sprzedająca pewnie od stu lat paje (coś w rodzaju gulaszu zapiekanego w cieście) i jellied eels (węgorze w galarecie). Zamawiamy po pie z ziemniakami pure. Wystrój miejsca jest prawie stołówkowy; drewniane krzesła i stoły, a na podłodze rozsypane trociny. Obiad smakuje średnio, ale czego można się spodziewać od gulaszu zapieczonego w cieście i podanego z ziemniakami tłuczonymi w wodzie, wszystko pływające w sosie szczawiowym.

Węgorze są zjadliwe, po czym zgadujemy w jakim celu wysypano trociny na podłodze. Chyba za dawnych czasów ości węgorza wypluwało się bezpośrednio na podłogę, więc dla bezpieczeństwa konsumentów sypano to trocinami. Kończymy danie i słuchamy wschodniolondyńskiego akcentu obsługi, który brzmi prosto jak ze słynnego serialu Eastenders. Wycieramy ręce (nie spluwając na podłogę) i żegnamy się z życzliwą obsługa, która korzystając z małej ilości klientów sama sobie zaserwowała też paje z sosem szczawiowym. Na Hoxton Market zostają tylko śmieci po sprzedawcach, i pierwsze sklepy opuszczają grube żaluzje w oknach.

Daleko, prosto na południe, widać wieżowce City wraz z obłym ogórkiem. Żegnamy Hoxton, żegnamy też City i wyruszamy w nową drogę. I tak się kończy ten blog o Londynie i nie tylko. Wielka Brytania pozostanie miejscem, które się i kocha i nienawidzi, wszystko zależy od punktu widzenia.

(04/09/2012)

Reklamy

Bollywood z londyńskiej strony

Modny hinduski przemysł filmowy, z polskiego punktu widzenia wygląda niezwyle kolorowo i jak nic innego chwyta za serce. Po roku pobytu w Londynie, w którym więcej niż co dziesiąty jego mieszkaniec pochodzi z Indii, nabrałem zupełnie innego spojrzenia. Związki Wielkiej Brytanii z Indiami, mimo zniesienia kolonializmu, są nadal bardzo żywe. Zacznijmy od brytyjskiego dania narodowego – chicken tika masala (kurczak curry), zaczerpniętego prosto z Półwyspu Hinduskiego choć zupełnie tam nieznanego. Wspomnę wspólny sport – krykiet, którego popularność bije rekordy zarówno w Londynie jak i Mumbaju. No i dodam, że mimo zmian ustroju, Elżbieta II jest także królową Indii.

Nie ma co się dziwić, że Londyn jest ziemią obiecaną dla milionów Hindusów, Pakistańczyków, mieszkańców Sri Lanki i Bangladeszu. Wiza do Wielkiej Brytanii to przepustka do lepszego świata. Na Wyspach zarabia się kilka razy więcej, a w porównaniu z najbiedniejszymi wioskami Indii, nawet kilkanaście razy więcej. Wspomina o tym arcyciekawa książka Moniki Ali „Brick Lane”. Ponoć szczęśliwcy osiedlający się w Londynie otrzymują listy od całej wioski (łącznie z sołtysami), z prośbami o wsparcie finansowe. Hiduscy Londonerzy chwalą się za to swoimi meblościankami w wynajmowanym pokoju, które są namacalnym dowodem na awans społeczny. Inwazja Hindusów trwa od lat kolonijnych, stąd są oni już całkiem nieźle wchłonięci przez multikulturową stolicę. Trudnią się oni głównie handlem (słynne „idę kupić chleb do Hindusa na rogu”), usługami, pracami mniej wykwalifikowanymi. Chociaż z biegiem lat, coraz większy procent uchodźców z Półwyspu Indyjskiego przebija „szklany sufit” i awansuje, zarówno w biznesie jak i administracji. Uczą się londyńskiego akcentu, chłoną zwyczaje i zapewne następne pokolenie będzie już miało brytyjski paszport i nienaganny akcent. Wchłonięcie przez obcy kraj nie oznacza odcięcia się od swoich korzeni. Widać to dobrze na ulicach, gdyż Hindusi nie boją się nosić wilobarwnych odświętnych strojów, Sikhowie chodzą w charakterystycznych turbanach, a Muzułmanie zapuszczają brody i podążają na modlitwy, jak to robili ich przodkowie.

I tu pojawia się ta gorzka nuta Bollywoodu. Mianowicie, nawet kompletne przeniesienie do nowoczesnego społeczeństwa nie zmienia mentalności i nie wymazuje starych uprzedzeń. Rodziny imigrantów mogą zachować swoje zwyczaje w całości, włączając w to wielożeństwo i łamanie podstawowych praw kobiet. Pisze o tym Monika Ali, ale spotkałem się z tym też w pracy. Abdul, hinduski muzułmanin w wieku dwudziestu kilku lat czeka na wiadomość od rodziców, którzy mają mu znaleźć w Indiach żonę. Było już kilka kandydatek, ale niestety rodzice przyszłej młodej pary się nie dogadywali się i nie dochodziło do zaręczyn. (Tu małe wyjaśnienie – indyjscy muzułmanie muszą zapłacić rodzinie panny młodej, ci wyznania hinduskiego płacą rodzinie pana młodego.) Z przyszłymi kandydatkami Abdul kontaktuje się przez Skype i maila, bo do Indii przyjedzie dopiero na ślub, jak już będzie wszystko załatwione. Nie wspominaj o Abdulowej egzegezie wielożeństwa (trzeba po prostu więcej kochać i mieć więcej pieniędzy, to duża odpowiedzialność mieć parę żon). O tym opowiada właśnie „Brick Lane”. Optymistyczne, że bohaterka książki zdołała się wyzwolić i usamodzielnić. A ile jeszcze kobiet, spośród półmilionowej społeczności, nie opuszcza w ogóle swoich mieszkań komunalnych, żyje wyłącznie wśród rodziny i krewnych, nie znając języka, miasta, zwyczajów?

 

Znajomy, mieszkający parę lat w Indiach, powiedział kiedyś, że Hindusi i Polacy mają bardzo podobną mentalność, sposób bycia. Zaiste, ten uporczywy konserwatyzm, przywiązanie do wartości i impregnacja na trendy z zewnątrz jest naszym błogosławieństwem i przekleństwem. Ponadto polski talent do interesów wygrywa w Europie, ale w skali światowej Hindusi nas bija na głowę. Może dlatego obie nacje patrzą na sobie z dystansem, jeżeli nie niechęcią? My gardzimy „ciapatymi”, krytykujemy ich pazerność, a oni pewnie myślą to samo, bojąc się o stanowiska pracy i prosperujące interesy.

Obserwując hinduska mniejszość, zastanawiam się, jak będzie wyglądała polska emigracja po parunastu latach? Gdy wyjadą „plasterzy” i „painterzy”, POSKowa emigracja starej daty wymrze, a zostaną zmywaki z wyższym wykształceniem, które mozolnie i pracowicie szukają swojego miejsca w piramidzie pokarmowej wielkiego miasta?

Dom moją twierdzą…

…mówi Anglik i z hukiem zatrzaskuje za sobą drzwi odcinając się w ten sposób od świata ciekawskich. Brzmi niewiarygodnie? Niestety, ale to prawda. Aby przekroczyć próg przysłowiowego Smitha trzeba być albo członkiem jego rodziny albo jego bardzo bliskim znajomym. Dla pozostałych nawet najbardziej fajnych kolegów i koleżanek domowe pielesze są nieosiągalne.

W Londynie jestem już od ponad roku i nadal nie było mi dane nawet zaglądnąć do brytyjskiego domu. Z opowieści wiem tylko, że w takim typowym housie nie może zabraknąć kominka, sofy i telewizora. To zestaw obowiązkowy. Reszta zmienia się w zależności od statusu społecznego właściciela lub jego gustu. Zarówno przed i za domem obowiązkowo musi znaleźć się coś, co szumnie można nazwać ogródkiem. Tyle, że ten frontowy pełni funkcję pokazową i korzystanie z niego jest traktowane na równi z zamachem na właściciela, a ten, nazwijmy go, „tylni” jest zaledwie dobrze utrzymanym trawnikiem o wymiarach nie przekraczających 10 metrów kwadratowych.

Posiadanie twierdzy jest tak głęboko zakorzenione w świadomości mieszkańców Wysp, że wychodząc z domu Anglik, aby nie czuć się osaczony, robi wszystko, żeby taką twierdzę sobie na prędce zbudować. Najlepiej obserwacje „twierdzowe” jest robić w metrze, gdzie każdy, dosłownie każdy zajęty jest okopywaniem się. Oczywiście zasada ta nie dotyczy turystów i tzw. grup tymczasowych – studentów z obcych krajów, pracowników sezonowych a nawet zmywaków. Na próżno zatem szukać wśród Brytyjczyków przyjaznego spojrzenia i miłego uśmiechu. Na dobre słowo, oprócz mechanicznie wypowiadanego Im sorry, też nie ma co liczyć. Każdy bowiem schowany jest za murami.

Trzeba przyznać, że Anglicy do perfekcji opanowali sztukę budowania. Znakomita większość, aby schować się przed oczami wścibskich, korzysta z iPodów, mp3-jek lub oldschoolowych Walkmanów na kasety magnetofonowe. Wielu wystarcza zwykły telefon z grą, bądź Blackberry, czyli minikomputer i telefon w jednym. W całkiem niezłej sytuacji są przedstawicielki płci pięknej, które zawsze mogą wyciągnąć z torebki lusterko i grzebień by zająć się poprawianiem tego, co skutecznie psują londyńskie przeciągi. Mężczyznom pozostają nowinki technologiczne typu minitelewizory lub całkiem spore zestawy do słuchania muzyki. Dla tych, którzy z techniką są na bakiery i wolą tradycyjne środki komunikacji są książki, albumy, komiksy lub po prostu darmowe gazety, rozdawane przechodniom w milionach egzemplarzy.

A’ propos, w przypadku gazet można mówić o swoistym wyjątku. Gazety doskonale osłaniają nas od świata. Jednak chwilowy właściciel gazety nie będzie oburzony, jeśli uszczkniemy sobie troszkę z jego twierdzy i zerkając ukradkiem przez jego ramię przeczytamy o tym, czy o owym. Warto dodać, że przy dobrym rozłożeniu gazety jednocześnie może z niej korzystać nawet pięć osób (po dwie z każdej ze stron). Tak jak wspomniałem gazeta jest jednak tylko wyjątkiem potwierdzającym teorię twierdzy. Twierdzy, do której nawet dźwięki z trudnością docierają. Kiedy bowiem przez megafon ostrzegają nas, że pociąg dziś nie pojedzie bo na torach są liście – nikt nawet nie drgnie. Podróżni podobnie jak małe dzieci, jeszcze bardziej zasłaniają się gadżetami udając, że ich nie ma. I nie ma się co dziwić. Pani z megafonu jest gdzieś na zewnątrz a my w swoich dobrze obudowanych fortecach.

Nie tylko Big Ben, czyli anty-ikony

Ikony Londynu zna każdy: czerwone budki telefoniczne, Królowa, policjanci z charakterystycznymi nakryciami głowy, czarne taksówki, piętrowe autobusy… o tym nie trzeba pisać. Ale w tym mieście można znaleźć też sporo anty-ikon. Pisał o tym angielski tygodnik TNT, a ja trochę ściągam, trochę uzupełniam.

1. Wymioty

Cóż, kultura pubowa jest podstawą brytyjskiego społeczeństwa. W pubach bywa się zawsze, szczególnie po pracy, wieczorami, w weekendy, a nawet podczas lunchu. Jak się łatwo domyślić, przedawkowanie alkoholu powoduje ową nieprzyjemną dysfunkcję układu pokarmowego. Często spotykaną zwłaszcza po piątkowej nocy, oraz przed Bożym Narodzeniem, jako owoc rozlicznych Christmas Parties. Nie warto byłoby o tym pisać, gdyby nie fakt, że dla wyspiarzy i wyspiarek opowiadanie o tym, gdzie i jak się wymiotowało stanowi świetny temat do dyskusji i jest chętnie podejmowany w towarzystwie. Podobnie panowie, mogący się pochwalić zębami wybitymi w czasie pubowych potyczek z chlubą noszą ubytki jako oznakę waleczności.

2. Gazeciarze

Ciemnoniebiescy i żółci roznosiciele darmowych gazet, najczęściej Pakistańczycy i imigranci z Bangladeszu i Sri Lanki na trwale wpisali się już w kolorowy londyński krajobraz. Pojawiają się po trzeciej po południu, okupując najbardziej zatłoczone przejścia. Wymachują gazetami z werwą, jakby mieli co najmniej tyle rąk, ile ma hinduskie bóstwo. W końcu czas to pieniądz, a im szybciej upłynnią swoje pół tony papieru, tym prędzej zasiądą nad kolacyjnym kurczakiem tikka masala.

3. Tłok

Tłok jest wszędzie: w metrze, na ulicach, w sklepach, w parkach i pubach. Tłumy turystów zagubionych, robiących fotografie, tłumy pracowników City mknące przez London Bridge, tłumy kupujących i kieszonkowców na Oxford Street. Trudno znaleźć w Londynie miejsce odludne. W końcu ponad 14 milionów dusz stłoczonych na ponad półtora tysiąca kilometrach musi gdzieś żyć, poruszać się i egzystować.

4. Turyści

Do obrazu tłumu wpisują się turyści, zagubieni w wielkim mieście, ciekawi, albo po prostu zmęczeni przemierzonymi kilometrami. Gubią bilety, robiąc zatory w metrze, stoją po lewej stronie schodów ruchomych, powodując wściekłość pędzących gdzieś Londonerów.

5. Zepsute metro

Tube, czyli underground (nie mylić z Subway’em) – ikona sama w sobie – jest największym w świecie muzeum techniki. Dlatego nie ma się co dziwić, że 146-letni system z trudem radzi sobie z 3,5 milionowym tłumem codziennych podróżników. Do tego wychodzą wyśrubowane procedury bezpieczeństwa, brytyjska biurokracja i obawy przed kolejnym atakiem terrorystycznym. Najczęstszym powodem zamkniętej linii jest „signal failure”, co oznacza, że prawdopodobnie szczur wpadł na szynę z wysokim napięciem i zrobił spięcie, uniemożliwiające dalszą jazdę pociągów. Częste są także „faulty train”, „passenger accident” (samobójcy przytrafiają się średnio co tydzień). Tylko czasami wita nas anegdotyczny napis „adverse weather conditions”, co oznacza, że spadł śnieg, albo „leaves on track”, oznaczający, że jest jesień.

6. Moda

Obok Paryża, Milanu i Nowego Yorku, Londyn jest jedną ze stolic światowej mody. Ale z drugiej strony, Brytyjczycy cenią sobie wygodę, a do wyglądu nie przywiązują wagi. Dlatego widok pań i panów ubranych w garsonki i garnitury prosto spod igły krawca dziwi, zwłaszcza jeżeli to tych szykownych ubrań nosi się tenisówki i adidasy. Na porządku dziennym są też „słoniowate” futrzane buty noszone w środku lata oraz szpilki i czółenka na gołych nogach w środku zimy.

7. Przeciąg

Przeciągi mogą być różne: ciepłe, zakurzone wzbudzane przez pociągi metra, zimne wiatry w wąskich, wiecznie zacienionych uliczkach, wiatry mokre, z mrzawką oblepiajacą każdego bez względu czy ma parasol, czy nie. W końcu przeciągi z chińskich, hinduskich, arabskich restauracji, przynoszące zapachy wzbudzające apetyt, albo obrzydzenie.

8. Śmieci

Londyn cierpi na brak koszy na śmieci od czasów zamachów IRA w latach osiemdziesiątych. Nie ma więc się co dziwić, że Brytyjczycy kładą śmieci tam, gdzie popadnie. Dotyczy to zarówno pudełek po kurczakach KFC, jak i gazetach zostawianych w każdym zakamarku metra. Kupy śmieci rosną w najbardziej uczęszczanych miejscach, dlatego turyści z lubością robią zdjęcia parlamentu Westminster otoczonego różnokolorowymi kupkami. Śmiecenie nie jest moralnie naganne, znacznie bardziej nieprzyzwoite jest wpychanie się do kolejki. Ale w końcu, tak jak to ktoś kiedyś powiedział, Londyn jest śmietnikiem świata. Trzeba jednak przyznać, że jak na śmietnik jest on stosunkowo dobrze uporządkowany.

Miesiąc wiosny gratis

Mówi się wiele złego o londyńskiej pogodzie. I tutaj muszę przyznać, że pogoda tego roku – mimo podobno „ekstremalnie gorącego lata” i „niespotykanie mroźnej zimy” – była całkiem znośna. „Ekstremalnie gorące lato” polegało na temperaturach +27C trwających najdłużej przez tydzień, a o zimie pisałem już swego czasu. Porównując polskie skwary ciągnące się tygodniami, oraz siarczyste mrozy z tą paskudną angielską pogodą wybieram to drugie.

No i wiosna rozkwitła w pełni. Londyńczycy wylegają na słońce niczym owieczki na pastwisko. Widać to najbardziej w weekendy. Dwa tygodnie podglądałem, jak się lansuje bogaty północny Londyn w Regent’s Park.

 

Londyn - gimnastyka

Poranna gimastyka: kaczki i gołębie odmówiły udziału.

 

Ssak i ptak w biegu: dalej trwa wyścig ewolucyjny.

 

Emeryci i renciści na Primrose Hill: obserwują, na co poszły ich podatki.

 

Młodzież i studenci: zażywają literatury pieknej.

 

Młodzież starsza: zaczerwieniona z wysiłku biegnie wśród żonkili.

 

Dzieci kwiaty: aż się pchają na pierwszy plan.

 

Psy wyprowadzają swoich właścicieli na spacer: nadrabiając towarzyskie zaległości.

 

Beztroskie leżakowanie: w cieniu minaretu Meczetu Centralnego.

 

A teraz pakuję tę wiosnę w lotniczą paczkę priorytetową z potwierdzeniem odbioru. Znając Pocztę Polską, powinna dotrzeć do kraju nad Wisłą w ciągu miesiąca.

(25/02/2009)

Ladies and Gentelmen, czyli lukier i politura

W Polsce damy i dżentelmeni wyginęli w 1945 roku. Tak się zwykło mówić. W Anglii ladies and gentelmen spotyka się na każdym kroku. Przynajmniej na drogowskazach do toalet i w komunikatach dla podróżnych wygłaszanych przez automaty w metrze, na stacjach kolejowych i lotniskach. Na pierwszy rzut oka przemili Anglicy i Angielki zniewalają swoją ogładą. Excuse me, sorry, please, good bye, thank you słyszy się na każdym kroku. Ludzie częściej uśmiechają się do siebie, a w sklepach radośni sprzedawcy z werwą pakują towary i życzą na dodatek miłego dnia. Policjanci, łagodni jak baranki ulegają prośbom turystów i pozują z nimi do zdjęcia, a na dodatek zapytani o drogę tłumaczą z cierpliwością, którędy, jak i gdzie dojść. Tak, codzienna życzliwość do drugiego człowieka to wyspiarski standard. I niestety jedyny objaw człowieczeństwa, jaki można spotkać w Wielkiej Brytanii.

Excuse me usłyszysz bardzo często, ale nie łódź się – w metrze panują prawa dżungli. Kto pierwszy zajmie miejsce siedzące? Kto pierwszy dopcha się do poręczy? Kto w ogóle wejdzie do wagonika (w szczycie czasami trzeba przepuścić 2-3 pociągi, by w końcu wejść do środka)? Nie mieszczą się już ludzie w pociągu, mimo iż w środku sporo miejsca? Tak, tak! Londyńczycy lubią stawać tuż przy drzwiach i wisieć jak nietoprze na poręczach, ale przesunąć się i ustąpić miejsca następnym osobom? Nie! Nie w Londynie.

Thank you mówi się często, ale rzadko ustępuje się miejsca starszym. No, chyba że staruszka zawiśnie tuż nad wracającym z banku menedżerem zatopionym w lekturze gazety.

Kupa dużo kosztujePo psach sprząta się kupy (kara od 20 funtów w dzielnicy Hounslow; do 1000 funtów w Kew Gardens). Ale ludzie śmiecą gorzej niż psy. Wszędzie walają się kubki po kawie, paczki po czipsach i zużyte gazety. W sklepach odzieżowych podłoga jest zasłana poprzebieranymi ubraniami. Nie podoba się ta sukienka? To rzucam na podłogę. Rozlałem colę na podłogę w Tesco? Nie martw się, odłóż ją na bok i odejdź jak najprędzej. Pewnie ktoś to zaraz posprząta, chyba że ktoś inny wcześniej złamie na tym nogę.

Have a good day mówi urzędniczka/ pracowniczka banku/ pracownik infolinii odprawiając kolejnego klienta z kwitkiem. Był pan umówiony na spotkanie? Nie, proszę zadzwonić na infolinię (50p/ min) i się umówić. Pan źle wypełnił formularz, proszę przyjść jeszcze raz. Pan nie rozumie? I am terribly sorry, try next time. Have a good day!

A gdzie się podziały maniery Sherlocka Holmesa? Czy zasłyszane przeze mnie w pracy w zeszłym tygodniu powiedzenie „a pig with lipstick is still pig” („uszminkowana świnia jest ciągle świnią” [świnia to bardzo negatywne określenie kobiety]) było tylko wypadkiem przy pracy? Obawiam się, że nie. Lukier i politura bardzo pomaga w codziennym życiu, ale po dokładniejszym przyglądnięciu się temu, co lukier skrywa, mit ladies and gentelmen pryska