Archiwa tagu: zwiedzanie

Błogosławieństwo i przekleństwo Angkor Wat

Uff, dojechaliśmy w końcu do Siem Reap, omijając przeróżne oszustwa wizowe na granicy, włącznie z celnikiem żądającym łapówki jak najbardziej otwarcie. Przeżyliśmy też oszustwo z autobusem, który znikł w środku trasy (na szczęście plecaki mieliśmy ze sobą) i pozostawił nas na łaskę mafii granicznej. Mafię przechytrzyliśmy i tylko pozostało zapłacenie małej łapówki policjantowi, by można było kontynuować podróż nowym autobusem, wśród pól ryżowych, chatkach na palach i tajemniczych urządzeń z żarówkami, które okazały się farmami owadów (jadalnych oczywiście).
No i jesteśmy w Siem Reap. Widzieliśmy Angkor Wat, ósmy cud świata, ale i przekleństwo miasta. Bo dla biednej Kambodży Angkor Wat to lep, do której lecą podejrzane typki, naciągacze i zwyczajni biedacy, niczym jak ćmy do lampy. Idziemy więc ulicą Siem Reap i oganiamy się od rykszarzy (tuk tuk Sir?), panienek oferujących masazzzz, od młodszych dziewczynek z dziećmi na rękach, żebrzących i proszących o mleko (które potem odsprzedają w tym samym sklepie). Są też dzieci żebrzące, chwytające za serce, a bardziej za spodnie, sukienki i za portfele w kieszeni. Są naganiaczki restauracji, sprzedawcy magnesów, sprzedawcy podrabianych (kserowanych) książek, sprzedawcy obrazków i nie wiadomo co jeszcze. Typowy turysta po przejściu wieczorem przez ulicę Siem Reap nie tylko pada ze zmęczenia, poci się niesamowicie, ale też boi każdego cienia i nie odpowiada na nawet przyjacielskie ‚hello’, przestraszony, że to kolejny naciągacz/ sklepikarz czy rykszarz. To jest przekleństwo Angkor Wat.
Ale gdy już wkroczy się na ogromny teren świątyń (i przymruży oczy na kolejnych sprzedawców i naciągaczy czekających na każdym parkingu), otwiera się nowa rzeczywistość. Coś, czego nie spotkałem nigdzie indziej. Na początku jest dżungla, gęsty las spowijający ruiny. Las to zawsze tajemnica, magia i coś niezwykłego, taka bariera pomiędzy teraźniejszością, głośną, ze sklepami i restauracjami, a przeszłością.
Potem przechodzimy przeważnie przez fosę i już jesteśmy gośćmi. Ruiny są różne – od monumentalnego Angkor Wat poprzez kameralne, zarośnięte drzewami Preah Khan po hipnotyzującą świątynię Bayon, w której setki twarzy patrzą się na przypadkowego gościa. Dla mnie właśnie strażnicy Angkoru są najważniejsi. Wielkie twarze na bramach wjazdowych, posągi przy wejściu do kompleksów, wreszcie drobne postaci tancerek, rycerzy. I małe twarze istot z baśniowej rzeczywistości: nimf, garguli, smoków i garud. Patrzę się często na te twarze, niektóre są wesołe, inne zatroskane, inne złowieszcze. Co miały mówić? Kogo przedstawiają? Kim był model/ modelka sprzed tysiąca lat? Angkor Wat ma więcej legend i hipotez, więcej przypuszczeń niż dogmatów. I to właśnie jest błogosławieństwo tego miejsca. W tajemnicy można odkryć prawdziwe piękno.

Alturysta_awatAlturysta_DSCN0765 Alturysta_DSCN0915 Alturysta_DSCN0930 Alturysta_DSCN1218 Alturysta_DSCN1350 Alturysta_DSCN1362 Alturysta_DSCN1438 Alturysta_DSCN1440 Alturysta_DSCN1447 Alturysta_DSCN1452 Alturysta_DSCN1517 Alturysta_DSCN1537 Alturysta_DSCN1562 Alturysta_DSCN1590 Alturysta_DSCN1636

Coś praktycznego: warto tutaj przyjechać na trzy dni.

Bilet na trzy dni zwiedzania kosztuje 40 dolarów (około 124 zł). My na dwa dni wynajęliśmy motorykszę, która obwiozła nas po najważniejszych miejscach, trzeciego dnia wypożyczyliśmy rowery. Warto wsiąść dużo wody i jakieś zakąski, by ominąć drogie i kiepskie restauracje na terenie parku. Warto też podarować sobie atrakcje typu wschody/ zachody słońca i zacząć zwiedzanie około 9tej,  kiedy największe grupy zwiedzaczy są już daleko w trasie. Nie przesadzałbym też z przeludnieniem Angkor Wat (o czym wspominają przewodniki). Trzeba uzbroić się w cierpliwość, poczekać aż stuosobowa chińska wycieczka pogoni do następnego punktu programu i mieć świątynię dla siebie.

Reklamy

Trzy oblicza Limy

1. Dzielnica Callao była i jest portem, tutaj zaczynać się mogą tysiące żeglarskich opowieści. Niestety w czasie kolonizacji przez Hiszpanię to miejsce kojarzy się peruwiańczykom z tonami inkaskiego złota wywożonego do Barcelony i Madrytu. ‚Kiedyś kradli nasze złoto, a mimo to teraz sami mają problemy’ – mówi nasz gospodarz, z dumą opowiadający o dynamicznym rozwoju Peru i o coraz liczniejszych kryzysowych hiszpańskich emigrantach szukajacych pracy w Limie. Stąd w Callao pokolonijne budowle przypominające do złudzenia te z Półwyspu Iberyjskiego. Teraz ta dzielnica jest biedna; w dawnych kamienicach kolonialnych przedsiębiorców znajdują się kasy zapomogi, a miejscowi ustawiają się po zasiłki. Świeci południowe słońce, spokój dookoła, a mimo to coś złowrogo wisi w powietrzu. Wysokie mury posesji, metalowe bramy, czasami elektryczne ogrodzenia zakładów przemysłowych.

Alturysta_wiel1 Alturysta_wiel3

Alturysta_wiel2

Łapiemy busa do Miraflores. Bus się nazywa Święta Maria i przez kilka kilometrów łamie kilkanaście przepisów o ruchu drogowym ścigając się wściekle z busem Serce Jezusa. Bileterzy wykrzykują nazwy przystanków, wciągają prawie w biegu nowych pasażerów i popędzają tych wysiadających zbyt wolno. Budynki robią się wyższe, w końcu jedziemy wśród wieżowców.
2. Miraflores jest inne; nowoczesne, pełne apartamentowców, biur i bogatych hoteli. Najbardziej znany punkt widokowy znajduje się w centrum handlowym, pełno dookoła brytyjskich i amerykańskich expatów, pracujących w pobliskich biurowcach. Można powiedzieć: bezduszne blokowisko. Ale niecodzienny nastrój w Miraflores zapewniła mgła; ta słynna mgła Limy, która otacza i przytłacza miasto przez całą zimę. Mgła przywoływana przez wielu pisarzy, między innymi Alfrede Echenique, który porównał ją do brzucha zdechłego wieloryba. Dzięki mgle bezduszne Miraflores zrobiło się miejscem trochę magicznym i nieodgadnionym.

Alturysta_wiel4

Alturysta_wiel5

Wystarczy, łapiemy trzęsący się wiekowy autobus do Barranco.
3. W Barranco dawniej spotykała się tu bohema i artyści, teraz widać głównie dzieci szkolne bawiące się na głównym placu, surferów ze wszystkich stron świata i paru amerykańskich turystów. Jacyś zagubieni trampowie sprzedają branzoletki zrobione z blachy po konserwach, inni w dredach próbują zarobić muzykowaniem na widokowym moście westchnień. Kręcą się zrozpaczeni fotografowie z Polaroidami, którym era fotografii cyfrowej zredukowała zarobki. Robi się ciemno, młodzież wraca z plaży, surferzy podążają do barów, kruki krążą nad nami kracząc przeraźliwie, gdzieś w krzakach wrzeszczą papugi.

Alturysta_wiel6 Alturysta_wiel7Trzy dzielnice oceaniczne Limy, trzy różne historie położone nad tym samym Oceanem Spokojnym. Pacyfik szumi melodyjnie, jakby usypiając do snu. Tylko rozmieszczone metodycznie tablice ewakuacyjne z kierunkami ucieczki w przypadku tsunami przypominają, że do oceanu należy ostatnie słowo.

Rytm Limy

Lima żyje rytmem, pulsuje każdej sekundy, w dzień i w nocy. Jedziemy busikiem zatłoczoną Aleją Argentyńską. W środku jest pełno, ale nasz konduktor dalej gwiżdże i macha rękami na wszystkich potencjalnych klientów, wywołując przystanki docelowe. W autobusie zgiełk, bo kierowca puścił na cały regulator salsę, do której przyłączyło się dwóch samozwańczych perkusistów; jeden wali przez otwarte okno w karoserię busu, drugi przytupuje nogami. Ktoś podgwizduje melodię. Podziwiam konduktora, który właśnie zdążył kupić butelkę wody na skrzyżowaniu, wpakować dwóch kolejnych klientów do środka, pokiwać znajomemu, rozebrać wzrokiem przechodzącą dziewczynę i na końcu wskoczyć do jadącego już busa.
Wysiadamy, do starego miasta idziemy Aleją Wyzwolenia, mijając dziesiątki sklepów z fartuchami pielęgniarskimi, sztucznymi szczękami, fotelami dentystycznymi i wózkami inwalidzkimi. Wygląda to niepokojąco i dziwnie, ale dopiero potem, gdy wchodzimy w ulicę drukarzy i okulistów, sprawa się wyjaśnia. W Limie starodawnym zwyczajem poszczególne cechy trzymają się razem, tworząc branżowe uliczki, jak w średniowiecznych miastach.
No i dochodzimy do Plaza de Armes, z monumentalną katedrą (zbudowaną na ruinach świątyni Inków), parlamentem i pałacem burmistrza. No i miało być krótko – pisali w przewodnikach: Lima to nieciekawe miasto – tymczasem i dwa dni za mało na obejrzenie wszystkiego. Tutaj jesteśmy zauroczeni ceremonią odprawy warty (http://alturysta.pl/posluchaj-ceremonia-odprawy-warty-w-limie/) przy dźwiękach El Condor Pasa, tutaj zaciągają na zwiedzanie pałacu burmistrza, tutaj dziwne Muzeum Gastronomii Peru, a na koniec dosyć grotestkowe Muzeum Inkwizycji – z woskowymi figurami przedstawiającymi łamanie kołem, wlewanie wrzątku do oka i inne hiszpańsko – katolickie atrakcje.
Wracamy busem, bardziej cichym, bo pełnym ludzi wracających po pracy. Ale dalej słychać puls Limy, miasta które przetrwało właściwie wszystko najgorsze co mogło przetrwać: kolonizację, inkwizycję, przewroty społeczne i rozruchy, nie wspominając trzęsień ziemi i pożarów które równały kilkakrotnie Limę z ziemią. Lima chce zapomnieć o złej historii i myślę, że w pozytywnym budowaniu wyprzedza wiele skostniałych i rozleniwionych miast Europy.

VDNKh: komunokapitalizm

VDNKh jest miejscem magicznym i niezwykłym. Skomplikowany skrót kryje w sobie nazwę Wystawa Osiągnięć Gospodarki Narodowej ZSRR, a samo miejsce zostało otworzone jeszcze przed wojną jako cud propagandy socjalizmu.

Alturysta_DSCN5748

Dawniej za monumentalną bramą rozciągały się pawilony republik związku. Dzisiaj niewiele zostało z dawnej świetności: tylko Białoruś odnawia swój budynek, działa pawilon Armenii i Kirgistanu. Z gmachu Ukrainy odpada tynk, pękają rzeźby przodowników pracy.

Alturysta_DSCN5800c

Dzisiaj, pośród sierpów, młotów i Leninów panuje wolny handel, większość budynków została przekształcona na hale targowe z mydłem i powidłem.

Alturysta_DSCN5787b

I tak przy złotej fontannie szczęśliwych narodów związku kwitnie prywatny biznes: dorożki, karuzele i wata cukrowa. Do nieba wzbija się rakieta Wostok, a obok gra na fletniach pana kapela z Peru. Wystawa ukazywała też osiągnięcia poszczególnych dziedzin, pozostał więc pawilon „Radiotechnika”. Energia Atomowa i Kultura. Niestety, o ile w Radiotechnice sprzedaje się kamery i aparaty, to w pawilonie Kultura są berety i pościel. Z tyłu, w pawilonie zwieńczonym figurą sternika sprzedaje się artykuły dla domu i ogrodu.
Zmęczony wędrówką po obszarze, który ma większą powierzchnię niż księstwo Monaco zajrzałem najpierw do Armenii. Oprócz tradycyjnej restauracji i orzechowych łakoci księgarnia z książkami w zupełnie nieznanymi literami. W Kirgistanie biuro sprzedaży biletów lotniczych i miód i przedziwne ubiory. Najbardziej oblegana była Białoruś – ze stoiskami z modą prosto z Mińska, naturalnymi kiełbasami i czekoladkami.
Dziwny jest VDNKh. Rozdwojony i schizofreniczny jak Moskwa i cała Rosja; w rozkroku pomiędzy dawnymi ideami a żarłocznym kapitalizmem.

Boczne uliczki Valetty

Malta jest małym krajem. Stolica małego kraju też nie jest zbyt rozległa. Jak przeżyć zwiedzanie Valetty w której na kilku uliczkach gromadzą się codziennie tłumy zwiedzających? Gdzie sklepy z pamiątkami na każdym kroku? Proste. Trzeba zboczyć z utartego szlaku sklepów z pamiątkami wzdłuż Republic Street, prowadzącej od głównej bramy, poprzez rynek aż nad morze.
Nie trzeba dużo kombinować, wystarczy wybrać się na wycieczkę dookoła półwyspu na którym się mieści stolica. Spacerując wzdłuż wybrzeża widać najpierw jeden z dawnych fortów wyspy – Fort Manuel, a w tle krajobraz psuje blokowisko hotelów Sliemy. Warto się zapuścić w boczne uliczki, gdzie naprawdę toczy się życie Maltańczyków.

Alturysta_DSCN6466

Tutaj pan wyrzuca śmieci podgwizdując Rigoletto (trochę włoska natura), tutaj otwierają się drzwi i jesteśmy świadkiem rodzinnego obiadu toczącego się metr od ulicy. Staruszki wyglądają przez ażurowe balkony. Papużki świergolą w zaułkach, drażniąc koty, które nerwowo przechadzają się pod balkonami.

Alturysta_DSCN6463
Wdrapujemy się na skarpę, by odpocząć na chwilę w jednym z dwóch ogrodów Valetty. Malta nie ma za dużo ogrodów, gdyż tropikalny klimat nie rozpieszcza roślinności. Dookoła fontanny trójka robotników, którzy nie są pewni czy już powinni skończyć sjestę, czy nie. No i matki z dziećmi, nadaktywnymi jak wszędzie na świecie.
Wszędzie widać też pozostałości po Brytyjczykach – a to skrzynka pocztowa z inicjałami Królowej Wiktorii, potem katedra anglikańska, trochę zapomniana i pewnie niezbyt lubiana przez rodzimych patriotów.

Na wycieczkę najlepiej wybrać się po południu, gdy upał robi się znośniejszy, kończąc już razem z miejscowymi, którzy dopiero wieczorem wybierają się na nocne spacery zwane passigiatta. Wtedy też można zajrzeć na główną ulicę Valetty. Znikają ostatnie wycieczki objazdowe, wczasowicze wracają do swoich 5 gwiazdkowych kurortów, a zostają miejscowi, napawający się chłodem i spokojem. W kościele kończy się msza przy szumie wentylatorów,  Wtedy warto znaleźć jeden z dawnych pubów, zwłaszcza ten, w którym spotykają się na piwo miejscowi. Nad drzwiami zachęcająca tabliczka ‚zapraszamy również turystów’. Czujemy się zaproszeni i siadamy przy lokalnym piwie przy ceratowym stoliku. Jest jak w angielskich pubie, tylko że dostajemy typowo śródziemnomorskie przekąski do piwa: oliwki i suszone pomidory. Potem w końcu można wrócić na główny plac Valetty i razem z miejscowymi i resztkami turystów oglądać tańczącą fontannę i cieszyć się spokojem wieczoru.

Alturysta_DSCN5982

Londyn. Koniec albo początek

Najpiękniejsze w Londynie jest to, że nie można się nim nigdy znudzić. Każdego dnia można odkryć nową uliczkę i poznać nowy zakamarek. I czy to jest zapomniany wiktoriański cmentarz w środku miasta, przypadkowo znaleziony sklep z rosyjskimi smakołykami, czy kamieniczka z malowniczo kolorowymi drzwiami wejściowymi, zawsze mamy wrażenie, że odkrywamy nowy świat. Tak było i tym razem. O Hoxton wiedzieliśmy od dawna, bo tam się kierują co piątek tłumy żądnych zabawy londyńczyków. Za skwerem otoczonym modnymi knajpami i restauracjami zaczyna się prawdziwy świat Hoxtonu.

Mijamy domy komunalne, wybudowane z biednej cegły i straszące brudnymi oknami oraz bałaganem na balkonach. Tutaj już nie zapuszczają się modni londyńczycy. Mijamy lokalny urząd pracy, stołówkę dla bezdomnych i wchodzimy na targ na Hoxton.

Nie ma tutaj banków, ani sklepów z modną odzieżą. Są sklepy charytatywne, Poundland i Iceland – kraina tanich mrożonek. Jest sobotnie popołudnie. Sprzedawcy zabawek i proszków do prania zwijają swoje parasole i stoiska na łóżkach polowych. W witrynie piekarni stoi wiekowa właścicielka i dzwoni dzwonkiem. ‚promocja, wszystko za funta’ krzyczy. Kupujemy dwa chleby (dwa za funta, jeden za 80 pensów). No i decydujemy się na babeczki z brytyjską flagą (to są olimpijskie babeczki kochanie, dodaje właścicielka z przekąsem).

Zjadło się deser, ale moment, nie jedliśmy jeszcze obiadu. Na przeciwko jest starodawna kantyna sprzedająca pewnie od stu lat paje (coś w rodzaju gulaszu zapiekanego w cieście) i jellied eels (węgorze w galarecie). Zamawiamy po pie z ziemniakami pure. Wystrój miejsca jest prawie stołówkowy; drewniane krzesła i stoły, a na podłodze rozsypane trociny. Obiad smakuje średnio, ale czego można się spodziewać od gulaszu zapieczonego w cieście i podanego z ziemniakami tłuczonymi w wodzie, wszystko pływające w sosie szczawiowym.

Węgorze są zjadliwe, po czym zgadujemy w jakim celu wysypano trociny na podłodze. Chyba za dawnych czasów ości węgorza wypluwało się bezpośrednio na podłogę, więc dla bezpieczeństwa konsumentów sypano to trocinami. Kończymy danie i słuchamy wschodniolondyńskiego akcentu obsługi, który brzmi prosto jak ze słynnego serialu Eastenders. Wycieramy ręce (nie spluwając na podłogę) i żegnamy się z życzliwą obsługa, która korzystając z małej ilości klientów sama sobie zaserwowała też paje z sosem szczawiowym. Na Hoxton Market zostają tylko śmieci po sprzedawcach, i pierwsze sklepy opuszczają grube żaluzje w oknach.

Daleko, prosto na południe, widać wieżowce City wraz z obłym ogórkiem. Żegnamy Hoxton, żegnamy też City i wyruszamy w nową drogę. I tak się kończy ten blog o Londynie i nie tylko. Wielka Brytania pozostanie miejscem, które się i kocha i nienawidzi, wszystko zależy od punktu widzenia.

(04/09/2012)