Archiwa tagu: Wietnam

Zobacz: czerwone i czerwonawe

DSCN0385

DSCN0600

DSCN2128

DSCN4319

DSCN5514

DSCN7446

DSCN8387

DSCN9240

DSCN9364

CZERWONE I CZERWONAWE

1. łodź, Tajlandia, Koh Tao

2. wyjście pożarowe, Dania, Kopenhaga,

3. szkoła, Wietnam, Hoi An

4. grafiti, Boliwia, La Paz,

5. brama, Nowa Zelandia, Rotorua,

6. lampiony, Malezja, Mellaca,

7. ściana, Peru, Lima,

8. Demonstracja z okazji urodzin Stalina, Rosja, Moskwa,

9. stoisko z pamiątkami, Makao, Makao.

Reklamy

Szalone rzeczy robimy

Do przeżycia małego szaleństwa nie trzeba wiele: strój kąpielowy, dobra rynna deszczowa i deszcz tropikalny w środku malezyjskiej dżungli Taman Negara. Mając te trzy składniki można zacząć eksperyment. Najlepsze są wieczorne deszcze; orzeźwiające i energetyzujące. Potem wystarczy już tylko stanąć pod rynną… i dać się ogarnąć wodospadowi ciepłej wody. Chociaż w konserwatywnej Malezji można napotkać spłoszone spojrzenia miejscowych, ale myślę, że mała ekscentryczność białego człowieka została mu wybaczona.Violetta Villas podobno myła włosy w deszczowej wodzie, dlaczego więc nie my? Minusem brania każdego prysznica w tropikach jest to, że w pięć minut po wytarciu się ręcznikiem wszechobecny pot pojawia się na nowo, nie ma chwili luksusu.
Drugim razem było jeszcze bardziej szaleńczo. Na plaży w wietnamskim Moi Ne panował codzienny galimatias. Po niebie szaleli kitesurferzy, ze swoimi dmuchanymi latawcami. W morzu pluskali się turyści, korzystając z płaskiej a ogromnej fali. Miejscowi siedzieli w kucki na mokrym pasie plaży odkrytej przez odpływ. Grzebali małe dołki, po czym łapali ślimaki, małże i kraby. Wietnamczycy potrafią znaleźć jedzenie w każdym zakątku swego kraju i potrafią zjeść wszystko co się rusza, z wyłączeniem motocykli.
Tymczasem niebo się zachmurzyło. Instruktorzy kitesurfingu widząc nadchodzący wiatr prędko zwinęli latawce i pozbierali zmoczonych kursantów. Miejscowi pomarudzili trochę, po czym zebrali swoje wiaderka wraz z zebranym surowcem na obiad i małe krzesełka i czmychnęli do swoich chatek. Tylko turyści zostali. My też. A tutaj zabawa na całego. Fala się wzbiera, wiatr duje, no i w końcu mamy deszcz z nieba. Gęsty, silny. Ale to tropiki, więc deszcz ciepły, jak z prysznica. Szalejemy, turlamy się w falach (w wodzie nawet cieplej niż na zewnątrz). Instruktorzy kitesurfingu, miejscowi poukrywani w chatkach patrzą na nas jak na wariatów, my jednak cieszymy się chwilą, jakie to piękne uczucie – woda z dołu, z góry i nawet z boku zacina!

Mui Ne1

Dobra, pora się zbierać, robi się ciemno. Przemykamy przez hotel i mijamy Rosjanina, który dosyć prędko zaczął imprezę. Tak prędko, iż dziewczyna go właśnie zbierała ze stołu. Pora się wytrzeć z deszczu i morskich fal i zachowywać w końcu porządnie, jak na turystę przystało.

Chwilo trwaj (w Dalat)

Dalat jest najdziwniejszym odwiedzonym przez nas wietnamskim miastem. Położony w górach, z daleka od skwaru i tropików, z temperaturą wahającą się około 20+C przez cały rok jest niemal rajem na ziemi. W Dalacie się odpoczywa i zapomina o chaosie, pośpiechu i gorącu Wietnamu. Relaksują się nie tylko nieliczni turyści, decydujący się na oddalenie się od standardowej trasy, na wczasy jeżdżą tutaj i Wietnamczycy.

 

Jest w Dalat i replika wieży Eiffla, jest jeziorko z rowerkami wodnymi w kształcie łabędzi, są tandemy do pożyczenia, jest też Dolina Miłości, kiczowaty park z bajkowymi figurami odlanymi w gipsie. Tylko odpoczywać trzeba!
Odpoczywamy i my, w ulicznej kafejce. Uśmiechnięta dziewczyna stawia przez nami kawy, w specjalnych mini-czajniczkach, w których czarny napój spływa spokojnie przez sitko do zagęszczonego mleka. Taka wietnamska latte, na którą trzeba czekać długo. Siedzimy się delektując się skapującymi kroplami, mieszającymi się z mlekiem i obserwujemy ruch na spokojnej ulicy. Do kawiarni z bilardem naprzeciwko przyjeżdża chłopiec z pięcioma skrzynkami piwa na motocyklu, rozładowuje pojazd (trzy skrzynki na siedzeniu z tyłu, po jednej zawieszone z boku motoru), po czym spokojnie idzie zagrać w partię bilarda. Przechodzi kobieta zbierająca złom i puszki; ma dzwonek którym informuje mieszkańców, że można oddać (a pewnie raczej sprzedać) metale do recyklingu. Inna pani zachęca miejscowych do kupienia losów jakiejś loterii (nam nie oferuje niczego, pewnie nie mówi po angielsku, a pewnie nauczona, że białym się nie sprzedaje loterii). Po ulicy przemykają motocyklowe taksówki, dowożąc i rozwożąc pasażerów. Tuż obok nas, na chodniku rozłożyła się kobieta sprzedająca desery – dziwne kolorowe galaretki pozawijane w małe foliowe woreczki. Nastolatki przystają i kupują to chendal (zielone robaczkowate galaretki w mleku kokosowm), czy coś o zupełnie magicznym wyglądzie pomarańczowo-brązowej mazi z zielonymi nitkami wodorostów.
Nasza kawiarnia jest mała i przypomina bardziej garaż; parę ławek, plastikowe krzesełka, lada i telewizor. Właśnie, na niebieskim ekranie leci jakaś lokalna telenowela z Chiń; samuraje, gejsze, poważne miny (wiadomo: bóg, honor, ojczyzna), śmierć, miłosć i łzy. No i zabici (w poprzednich odcinkach) bohaterowie wracający z zaświatów na ziemię i udzielający pouczeń.
Obok nas grupka młodzieży właśnie rozłożyła chińskie szachy i popija kolorowe oranżady.
Inna młodzież przechodzi przez miasto w propagandowej demonstracji; czerwone flagi, jakieś komunistyczne hasła na sztandarach. W środku demonstracji platforma zbudowana na małej ciężarówce, na której – o dziwo – tańczy pluszowa łaciata krowa z różowym prosiaczkiem i Kaczorem Donaldem.
Siedzimy tak, poprawiając co pewien czas poduszki, zamawiamy kolejną kawę i ciastko z kokosem ze sklepu naprzeciwko. Chwilo, trwaj wiecznie!

Rada: Warto się wybrać na wycieczkę po miejscowych atrakcjach, ale tą reklamowaną jako zwiedzanie miasta i okolic. Trasa jest dziwna, skierowana głównie dla Wietnamczyków i – dla zagranicznego turysty – conajmniej surrealistyczna. Ale tylko w Wietnamie można sobie zrobić zdjęcie w kostiumie ostatniego króla Wietnamu, zwiedzić Dolinę Miłości czy odwiedzić plantację truskawek (tak, w Wietnamie truskawki to wielka atrakcja).

Wietnam, czyli wesoły komunizm

Jest niedzielne popołudnie w „Parku 23 Września” w Ho Chi Minh City (dawniej zwanym Sajgonem). Czytam regulamin wywieszony przy wejściu:
Dla Gości:
1. Należy być schludnym, grzecznym i cywilizowanym. Należy brać udział w ćwiczeniach fizycznych i utrzymywać Publiczną Higienę bez śmiecenia i robienia bałaganu. (…)
3. Zabronione jest pijaństwo, hazard i wróżbiarstwo. Nie wolno łowić ryb, drażnić zwierząt czy wprowadzać zwierząt do parku. Dbaj o publiczne bezpieczeństwo.
Dla Pracowników Partii:
1. Należy być odpowiedzialnym i przykładem dla Gości, wiodąc cywilizowane życie. Należy być grzecznym i przyjacielskim dla Gości.
2. Należy przestrzegać zasad bezpieczeństwa, przeciwpożarowych i innych.
Spacerujemy po parku, gdzie życie wydaje się uporządkowane według zasad Partii Komunistycznej.

Alturysta_sajgon 1

Na dużym placyku około setka starszych pań ćwiczy aerobik. „Một hai ba dốc”, „raz dwa trzy skłon” krzyczy przez mikrofon instruktorka, setka pań podąża za jej ruchami. Dookoła ćwiczą biegacze, a inni praktykują Tai Chi czy kolejną dziwną wschodnią praktykę medytacyjną i sprawnościową.
Obok młodzież pod specjalnymi daszkami ćwiczy taniec towarzyski. Widać, że szaleństwo Tańca z Gwiazdami i tutaj dotarło. Ale jest i mniej klasycznie. Na trawniku kawałek dalej swoje ruchy szlifują nowe boysbandy i zespoły tańca nowoczesnego. W rytmie koreańskiego K-Popu.

Alturysta_sajgon 2
Idziemy dalej, pod drzewem pięciu gitarzystów i chórek ćwiczą jakąś smętną balladę. Dookoła rozbiega się zastęp rozemocjonowanych harcerek, które z kartkami z rękach (widocznie jakieś instrukcje) zdobywają oznaki czy sprawności harcerskie.
Na ławce siedzi gruby Amerykanin w zaawansowanym wieku i gaworzy z grupką studentów. „Po co przyjechałem do Wietnamu? Żeby znaleźć miłość.” Po czym taksuje zgrabne sylwetki studentek. Z tyłu pojawia się nauczyciel, który dyskretnie ewakuuje grupę od seks – turysty.
My też siadamy i po pięciu minutach przysiadają się do nas ci sami studenci. Ćwiczą angielski, a najlepiej to robić z obcokrajowcami. Zadają pytania, my opowiadamy o podróży, Polsce. Z tyłu stoi nauczyciel i sprawdza postępy. Zauważamy, że z grupki piętnastu Wietnamczyków, którzy nas otoczyli każdy musi zadać pytanie i odpowiedzieć na nasze. Wszyscy mają po dwadzieścia trzy lata (choć wyglądają na piętnaście) i studiują biznes na uniwersytecie. „Jak skończę studia, będę menedżerem” mówi młoda Tran. Zaczyna padać deszcz (normalne, to w końcu pora monsunu), studenci proponują podejść pod drzewo i kontynuować ćwiczenia, ale my jesteśmy już trochę zmęczeni zabawą w głuchy telefon. Wymieniamy emaile i wracamy do naszej kwatery. Dziwny był to park, taki niepolski, nie było ani zaplutych pijaczków, ani studentów pijących piwo z reklamówek, ani matek z rozwrzeszczanymi dziećmi.  Tutaj wszystko jest celowe, przemyślane, uporządkowane, park wręcz idealny. Nawet palmy rosną prosto, jakby bały się wyskoczyć poza standardy partii.
Po drodze mijamy czerwone transparenty  ze złotym młotem i sierpem i hasło: „Dang Cong San Vietnam Quang Vinh Muon Nam” co oznacza „Niech nam rządzi chwalebna Komunistyczna Partia Wietnamu”. Dookoła Starbucks, Pizza Hut, a na chodnikach tysiące handlarek, starszych i młodszych, kapitalizm w pełnym rozkwicie. W przeciągu dziesięciu lat kraj trzeciego świata z 60% ludności żyjącej poniżej progu ubóstwa zamienił w ekonomiczną potęgę z tylko 20% osób ubogich. Bezrobocie wynosi dwa procent.  Siedziba partii jest zlokalizowana tuż obok sklepu Prady, Rolexa i Louis Vuitton. A ludzie? Czy są zmęczeni propagandą i życiem w kagańcu ograniczeń? Nie wiem, tego nie chcieli powiedzieć. Przewodniki piszą, że wychowanym na Konfucjanizmie Wietnamczykom było łatwo przyjąć komunistyczne ideologie. Brak własności prywatnej; praca kolektywu, edukacja ważniejsza od bogactwa, nauczyciele bardziej szanowani od lekarzy. Z portretami lidera Wujka Ho Chi Minh wiszącymi na każdym rogu ulicy, błogosławiącego lud pracujący, rolników, robotników i inżynierów, a jednocześnie nie prześladującego swojego ludu (za bardzo) Wietnam wydaje się być państwem z komunizmem z ludzką twarzą. Ale pewnie prawda jest zupełnie gdzie indziej.

Alturysta_sajgon 3

Jak się poruszać po Wietnamie.

– motocykle. Polskie prawo jazdy (nawet międzynarodowe) nie jest honorowane, osoby jeżdżące bez prawa jazdy mogą mieć dużo problemów, w najlepszym przypadku kończy się to koniecznością zapłacenia łapówki milicjantowi. Zawsze należy mieć kask podczas jazdy motocyklem.

– taksówki. Należy wybierać te państwowe firmy oraz żądać od kierowcy włączenia licznika (jak w Zakopanem).

– transport międzymiastowy. Ci fachowi podróżnicy podróżują zapewne lokalnymi autobusami, oszczędzając trochę i mając przeżycia prawdziwych podróży. Niestety większość zwiedzających (tak jak i my) kusi się na tzw. open ticket, czyli bilet na kilka połączeń na trasie np. pomiędzy Ho Chi Minh i Ha Noi. Ponoć najlepszą firmą jest Hahn Cafe, nie radzimy tych tańszych, bo autobusy mają kiepskie, obsługę gburowatą i podejrzane autobusy.