Archiwa tagu: Tajlandia

Galeria: Zabierz mnie tam. Natychmiast.

DSCN6302

DSCN5639

DSCN4852

DSCN3947

DSCN0263

DSC_5175

DSC_2808

DSC_2234DSC_1172

DSCN6904

ZABIERZ MNIE TAM. NATYCHMIAST:

1.Egipt, Nuweiba

2. Laos, Vang Vieng

3. Nowa Zelandia, Turangi

4. Boliwia, Tupiza

5. Tajlandia, Koh Tao

6. Indonezja, Jawa

7. Anglia, South Downs

8. Szwecja, Vrango

9. Maroko, Essauira

10. Grecja, Santorini.

Reklamy

Zobacz: czerwone i czerwonawe

DSCN0385

DSCN0600

DSCN2128

DSCN4319

DSCN5514

DSCN7446

DSCN8387

DSCN9240

DSCN9364

CZERWONE I CZERWONAWE

1. łodź, Tajlandia, Koh Tao

2. wyjście pożarowe, Dania, Kopenhaga,

3. szkoła, Wietnam, Hoi An

4. grafiti, Boliwia, La Paz,

5. brama, Nowa Zelandia, Rotorua,

6. lampiony, Malezja, Mellaca,

7. ściana, Peru, Lima,

8. Demonstracja z okazji urodzin Stalina, Rosja, Moskwa,

9. stoisko z pamiątkami, Makao, Makao.

Hej ho nirwana

„Hej, po co rozdeptałeś tą mrówkę? Jesteś duży chłopiec”. – krzyczy nasza tajska gospodyni Annie – „To czarna mrówka, tylko czerwone gryzą” . Tajlandia jest w 95% buddyjska, więc niekrzywdzenie żywych istot jest mocno wpisane w mentalność. Jak zauważamy, zwierzęta mają się dobrze. Bezdomne parchate psy siedzą na środku chodnika nie gnębione przez nikogo, także koty mają się dobrze, chodząc za swoimi sprawami ze swoimi dziwnie ukształtowanymi ogonami (mówią że to genetyka, ale ja podejrzewam, że coś więcej niż genetyka). Idziemy do centralnej świątyni w Bangkoku – Gold Mount (Złota Góra). Spiralna ścieżka wije się wokół wzgórza, na którym zbudowano pagodę. Na dole ścieżki mnich kąpie trzy Shiatsu – świątynne pieski. Po drodze z głośników sączy się mantra buddyjska, która po tajsku brzmi wyjątkowo dziwnie.

Alturysta_gmountain2

W połowie drogi widzimy taras z dzwonami, w które należy zadzwonić aby zrealizować ukryte życzenia. Na końcu ogromny gong, w który także należy uderzyć. „To po to, aby wbić twoje życzenie głęboko w twoje życie”. Na górze w świątyni Annie składa ofiarę i bierze garść kadzidełek, pączek lotosu i dziwny szary papierek. „Budda nie jest bogiem, ale osobą, której okazujemy szacunek, aby nasze życie też się odmieniło”. Annie klęka i bije pokłony przed posągiem z zapalonymi kadzidełkami, potem wkłada pączek lotosu do wazonu. Wyrzucam mały szary papierek do kosza, ku przerażeniu naszej przewodniczki, która nurkuje i wydobywa go z powrotem. To specjalny papierek, po drugiej jest złota folia, którą przylepimy na inny posąg Buddy. Tak, buddyzm w warstwie kultu nie jest już taki prosty i logiczny jak w warstwie filozofii.
Widzimy też jak inni wyznawcy rozmieniają pieniądze na drobne tajlandzkie bahty i potem wrzucają je, monetę za monetą do stu różnych figurek Buddy rozmieszczonych dookoła świątyni. Uśmiecham się i widzę, że wszystkie religie mają coś wspólnego: ofiary pieniężne na przebłaganie boga, losu, szczęścia.
Już zbieramy się aby zejść w dół, gdy rozpętuje się tropikalna ulewa. Siedzimy w kącie świątyni i obserwujemy kolejnych zmokniętych wyznawców, oraz równie zmokniętych turystów. W międzyczasie przemyka mniszka w białych szatach, gasi część naszych kadzidełek i dyskretnie wyjmuje z wazonu przy ołtarzu pąki lotosu, które przed chwilą złożyliśmy w ofierze Buddzie. Pąki wracają na swoje poprzednie miejsce i za chwile są zakupione przez pobożną tajską młodzież. Recykling w pełnym tego słowa znaczeniu.

gmountain
Deszcz się kończy, schodzimy ostrożnie po marmurowych schodach na dół. Tam czeka nas inna nirwana; przetrwać tajlandzki ruch uliczny, z motocyklistami prującymi pod prąd, z samochodami nie zatrzymującymi się na czerwonych światłach i autobusami nie zważającymi na nikogo. Hej ho nirwana.
Później widzimy biedną niedowidzącą staruszkę sprzedającą obrazy króla i królowej, czczonych prawie na poziomie Buddy. W Tajlandii nie ma emerytur ani ubezpieczenia zdrowotnego. W Tajlandii buddyzm jako religia państwowa świetnie radzi sobie w symbiozie z władzą, podobnie jak w wielu innych krajach.
Zatrzymujemy tuk tuka, czyli motocyklowa taksówka z przyczepką dla pasażerów. Targujemy się długo, bo kierowca zawsze traktuje białych inaczej niż miejscowych i nasza przewodniczka denerwuje się, że musimy płacić trzykrotnie wyższą cenę. Obok inny kierowca tuk tuka uskutecznia najpopularniejszy trick wobec niewiedzących duńskich turystów. „Za darmo was przewiozę, mam darmową benzynę”. Potem biedni turyści zamiast do hotelu trafiają do paru zaprzyjaźnionych sklepów i nie są wypuszczani póki nie zrobią zakupów, z których kierowca ma prowizję. To nas nie dziwi, tak samo jak setki innych trików,  a które muszą być przygotowani turyści. Ale w Tajlandii jak w buddyzmie wszystko jest względne, trzeba tylko się zrelaksować i dać porwać szaleństwu. Hej ho Nirwana.

Świątynny savoir – vivre

Sprawa prosta: zachowujmy się tak jak w rodzimym kościele; z szacunkiem co najmniej. Nie pstrykajmy zdjęć mnichom, osobom modlącym się i posągom. Zdejmujmy buty przed wejściem do świątyni. Jak nie wiemy co robić, usiądźmy gdzieś w tyle świątyni z nogami skrzyżowanymi (wiem, boli) i najpierw obserwujmy co robią miejscowi. W buddyzmie kobietom nie wolno dotykać mnichów, obraźliwe jest też kierowanie stóp w kierunku postaci Buddy, albo innych osób. Nie muszę chyba pisać, że pozowane zdjęcia typu „biję pokłony przed posągiem Buddy/ daję pieniądze tym biednym tajlandzkim dzieciom/ robię sobie zabawne zdjęcia w świątyni” dają tylko świadectwo naszej nietolerancji.

Jak smakują robaki w Tajlandii

Na wieczornym targu w Chanburi, obok tradycyjnych nudli i kurczaka w zupie, znaleźliśmy stoisko z robakami. A dokładnie pasikonikami, dwoma rodzajami chrząszczy (daj boże były to chrząszcze) i dwoma rodzajami stonóg. Wiadomo, ta chwila musiała nadejść, więc się skusiliśmy. Wybrawszy po dwa osobniki z każdego gatunku podaliśmy miseczkę pani. Ona przewróciła oczami i dodała po garści brązowych i białych chrząszczy (nadal mam nadzieje chrząszczy, a nie karaluchów). Potem wrzuciła wszystko do gorącego tłuszczu, dodała mięty, popieprzyła i potrawa gotowa. Strwożeni poszliśmy do domu Annie, naszej gospodyni. O dziwo, ona nie chciała próbować i nigdy nie próbowała. Mam wrażenie, że jedzenie robaków niezbyt arystokratyczne jest w Tajlandii.

Alturysta_robaczki Alturysta_robaczki2

Pierwszy kęs był najtrudniejszy, potem było lepiej. Robaki były tłuste, strasznie pieprzne, o dziwnym smaku chipsów. Najgorsze były pasikoniki, w których nic nie było, było za to dużo niepotrzebnych i działających na wyobraźnię szczegółów anatomicznych.
Parę dni później, w sąsiedniej Kambodży czytałem w The Phnom Penh TImes artykuł o alternatywnych źródłach jedzenia. Między innymi robakach. Okazuje się, że jest ponad 1900 jadalnych insektów na świecie! I że na każdego człowieka lata, pełza i skacze 40 milionów owadów! Insekty są zdrowe, bogate w wapno i mają mało tłuszczu. Artykuł czytałem ze szczególną dumą. Bo ja już wiem. Jak przyjdzie apokalipsa i zabraknie świnek, krówek i kurczaków, ja się jakoś wyżywię!