Archiwa tagu: Rosjanie

Moskiewskie abecadło

Pare miesięcy mieszkania w Moskwie postanowiłem podsumować w Moskiewskim Abecadle. Należy je brać pół żartem – pół serio, z odpowiednim dystansem, najlepiej zapijając Stolicznają i zakąszając ogórkiem ze śledziem.

A alkohol. ‚Wódka? Bez wódki ten naród sobie nie poradzi’ powiedział Chruszczow. Wódka powoduje, że ludzie przybierają maski. Jedni brzydsze, inni ładniejsze. I tutaj ukazuje się potwór, a tutaj rodzi się anioł.

B balet Rosjanie umieją robić jak mało kto na świecie. Czy Bolszoj, czy ludowy zespół Mossiejewa, trzeba zobaczyć i basta.

Cczarni” z Uzbekistanu, Tadżykistanu i Kirgistanu – ogromną fala imigrantów z byłych republik, zamiata ulice, pracuje na budowach i w hurtowniach. Rosjanie mają w pogardzie „czarnych” identycznie jak Anglicy mają w pogardzie swoją tanią siłę roboczą z Polski, Bangladeszu i Jamajki.

D dobroć i jej nieoczekiwane oznaki. A to pani w metrze wręczy balonik siedzącej obok biednie wyglądającej dziewczynie, a to ktoś się uśmiechnie do nieznajomej osoby na ulicy. Dobroć czasami zwycięża moskiewskie ponuractwo.

E edukacja. W Rosji trzeba wychowywać nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Zdaniem władzy człowiek bez edukacji się popsuje. Dlatego wszędzie można spotkać morały, puenty i pouczenia. „Drodzy pasażerowie, wsiadanie w biegu do pociągu to stres dla maszynisty i pasażerów”, „Pilnujmy dzieci, nie pozwólcie by wasze dzieci stały się inwalidami”.

F fałszywy przekaz. Bo z jednej strony Rosjanie brzydzą się swoim krajem, wstydzą obyczajów, i pragną Europy. A z drugiej strony są dumni ze swojej mocarstwowej historii, kochają swoje imperium i uważają, że pomimo uporządkowania i piękna Europy, oni by się tam udusili.

G gwar. Moskwa to hałas generowany przez 6- pasmowe autostrady w środku miasta, ryk klaksonów i pouczenia Policji wykrzykiwane przez megafony radiowozów. Hałas budujących się drapaczy chmur, reklamy odtwarzane przez głośniczki w witrynach sklepów. No i głośna zachodnia muzyka w restauracjach. I tak przez.całą dobę. Moskwa nie śpi nigdy.

H halucynacje. Gdy idę reprezentacyjnym Arbatem, widzę sklepy Ferrari, Gucci (i każda marka drogiego zegarka sie wystawia w Moskwie), myślę jak bardzo kapitalizm zapanował w Rosji. Rosja połknęła przynętę kapitalizmu bez zakąski, bez najmniejszego grymasu. A potem w przejściu podziemnym znajduję kalendarz „Stalin 2013”, zdaje mi się że mam halucynacje. Moskwa potrafi przyprawić o halucynacje.

I inastrancy czyli cudzoziemcy. Niedobrze, że przyjechali (problemy), źle że się interesują (mogą być jeszcze większe problemy), prawią komplementy (dziwne i podejrzane). Niech już wracają do siebie (to zostało z poprzedniego systemu). Inastrancy padają ofiarą Moskwy jak mało kto. Bo Moskwa zmienia każdego, czy się tego ma wolę i świadomość, czy nie.

J jadłodajnie typu ‚stołówka nr. 1’ – najlepsze w Moskwie miejsca, w których można zjeść relatywnie tanio i lokalnie. Od pielmieni (pierogów), poprzez blinczyki po kuricu z kartożkami (kurczak z frytkami).

K kuriaszczi, nie kuriaszczi, czyli wszystkie lokale mają miejsca dla palących i niepalących. Obyty moskwiczanin wybiera ‚dla palących’, bo stoliki dla niepalących dziwnym trafem są zawsze pomiędzy zmywalnią naczyń a WC.

L Lenin – jest wszędzie, w metrze, na skwerach i placach. Na Placu Czerwonym Lenin został obudowany ogromnym białym kokonem. Mówią że to remont, bo to dach przecieka. Ja myślę, że Dziaduszka się przepoczwarza z kokonu w motyla.

M mafia Dziada Hasana zastrzelili w biały dzień, obok Muzeum Czajkowskiego. Lepiej schodzić z drogi Maybachom parkującym na chodnikach i omijać blondynki eskortowane przez trzech ochroniarzy do Salonu Krasoty (Piękności)

N niepokorność wobec władzy. Czasami coś się dzieje na Triumfalnej Płoszczadi, pojawia się policja i wojsko, kogoś aresztują, ktoś krzyczy zza krat radiowozu, dziennikarze się kręcą dookoła i wtedy bogate blondynki podążające do bogatych restauracji na Twerskiej się denerwują, bo „pacany” znów zamknęli ulicę.

O ochrona. Ochroniarz jest synonimem bogactwa i gwarancją spokoju. dlatego każdy porządny sklep, firma ma ochroniarza.

P pieczątki, priglaszczenia, bumaszki, przepustki. Rosjanie kochają papierologię i traktują ją bardzo poważnie.

R ruch drogowy – samochód jest najważniejszy. Pieszy musi się nauczyć omijać ‚maszyny’ zaparkowane na chodnikach i przejściach dla pieszych i orientować w rozmieszczeniu przejść podziemnych.

S sosułki, czyli sople, które spadają z dachów zabijając pokaźną ilość osób każdego Roku. Dlatego w zimie nie chodzi się pod murami.

T Triumfalnaja Płoszczad. Stacja Metra z ponadnaturalnej wielkości figurami pionierów komunizmu. Jest tam pogranicznik z psem, którego trzeba obowiązkowo pogłaskać po pysku by, bronił Ojcowizny.

U uprzejmość jest zredukowana do minimum. W sklepie nie mówi się „proszę”, dziękuję czy „do widzenia”. Pchanie kogoś i przepychanie się w metrze, w sklepach, nawet w kolejce do filharmonii jest na porządku dziennym i akceptowalne. Po pewnym czasie człowiek nabiera pewnego rodzaju znieczulicy i gruboskórności. Myślę że pare lat spokoju i ludzie zaczną się uśmiechać do siebie.

W władza. Katarzyna II, Iwan Groźny, Lenin, Stalin … Rosja zawsze miała twardych i okrutnych władców. Może to kwestia klimatu, może kwestia ogromu kraju? W każdym razie o władzy Rosjanie nie dyskutują albo mówią wyłącznie dobrze.

Wysotki – siedem sióstr – budynków bardzo podobnych do naszego warszawskiego Pałacu Kultury. Są znakami historii. Ale młodzi moskwiczanie lubią je za styl i za to, że dodają kolorytu rosyjskiej stolicy (pal licho ideologia). Wysotki są świetnymi punktami orientacyjnymi, bez nich byłoby się łatwo zgubić w Moskwie.

Z zakuski, czyli zakąski. Dobre w czasie party biurowego. Najlepsze blińczyki z kawiorem, (naleśniki), ale i że śledziem dobre. I jakaś szynka gatunkowa, pomidory prosto z ogródka, ale ogórki kiszone (solienyje) przede wszystkim.

Reklamy

Pora kanikuł

Siedzę na lotnisku Demodedowo i staram się nie zwariować. W trzykondygacyjnej hali odlotów przypominającej stary dom towarowy kłębi się parę tysięcy podróżnych. Ponieważ jest początek września – większość leci na wakacje. Na tablicy odlotów wyświetlają się kolejno Warna, Hurghada, Phuket, Sharm, Agadir, Teneryfa, Monastyr… Tłum jest rozemocjonowany i… lekko pijany.

Domodedovo1

Nawoływania, krzyk dzieci i nerwowe szarpanie się rodzin w drodze na wymarzone wakacje to typowy obrazek urlopowego tłumu. Naprzeciwko mnie siedzi starsze małżeństwo, które kurczowo trzyma obrazek z ikoną Bogurodzicy tak jak by ich Transareo leciało do nieba. Obok w różowym obcisłym kostiumie pani, wyglądająca na pięćdziesiąt lat, wiezie ze sobą ładnych kilka kilogramów nadwagi plus dwa kilo botoksu. Domyślam się, że specjalnie wstrzykniętego na okoliczność podróży. Na różowym wdzianku ma wyhaftowanego złotymi nićmi Kermita Żabę mówiącego „To be or not to be”. Tymczasem wołają do samolotu do Burgas. Nerwowo ustawia się kolejka, tu wywraca się plastikowy kubek z szampanem, a pani z ikoną Bogurodzicy dzwoni jeszcze do rodziny „zadzwonię za chwilę, z samolieta”.

Egipt i Tunezja są teraz dla biedaków. Porządni Rosjanie odpoczywają w Tajlandii, Meksyku czy na Malediwach. Tam gdzie tylko doleci Aeroflot i Transareo. Im dalej, tym lepiej. Rosjanie kochają podróżować, i chyba ponad półwieczny zakaz opuszczania kraju był największą karą, jaka mogła ich spotkać. Jergieniew napisał, że zakaz podróżowania to nie tylko ograniczenie przestrzeni, ale zakodowanie strachu przed światem jako wrogą zagranicą, którą trzeba odkodować. Rosjanie odkodowują świat jak mogą najlepiej, nadrabiając lata izolacji. I robią to sposób niepowtarzalnie odmienny od innych nacji.

Tutaj Rosjanie się przeważnie rumienią i przytakują „tak, nasi to potrafią wczasować, już w samolocie są pijani”. Dlatego na urlopie Rosjanie starają się stronić od siebie, jeżeli się da, albo znaleźć odludzie, gdzie nie ma swoich. „Nie było w Bangkoku naszych, tego naszego bydła” mówi sekretarka do kolegi wspominając wakacje. Pamiętam, jak jeszcze przed wyjazdem wysyłała e-meile, zaznaczając, że „jest dostępna pod telefonem” (och, to nasze słowiańskie męczennictwo przedowników pracy), „ale proszę pamiętać, że jest siedem godzin różnicy czasu” (czyli nie jakaś tam biedna Jałta czy Ukraina). Tak, Rosjanie i Rosjanki uwielbiają pokazywać i demonstrować swój status. Widać to na ulicach, po markach samochodów, widać po ilości drogich iPhonów, widać po wypełnionych torbach z zakupami z Louis Vitton i Haroddsa w samolocie Aeroflotu Londyn-Moskwa.

W tym szaleństwie, hedonizmie zaistnym, jest ogromna życiowa mądrość. „Żyj tak jakby jutra miałoby nie być”. I czy chodzi tutaj o ogromne zakupy, czy to wypicie najdroższego szampana do kolacji bez okazji, Rosjanie są nauczeni, że póki historia i władza pozwala się bawić, bawić się należy. Bo po co myśleć o jutrze, jak jutro jest nieodganione, niepewne?

Podziemna etykieta

Moskiewskie Metro jest trochę podróżą do innego świata. Na początku jest przeważnie monumentalne wejście, z automatami i kasami, w których siedzą panie w niebieskich fartuszkach, obrażone i władcze…

Mijamy bramki – bilet trzeba przytknąć do czytnika, inaczej bramki grają piskliwą melodię i zamykają się z hukiem przed gapowiczem. Potem jazda długimi schodami ruchomymi, czasami trwająca aż 3 minuty. Korytarz zjazdowy jest przestronny, ale przeważnie słabo oświetlony żółtym jarzeniowym światłem, na górze reklamy, na dole głośniczki nadające kolejne reklamy i ostrzeżenia dla podrożnych. Za to korytarze metra są piekne; przestronne, funkcjonalne i niesamowicie ozdobione. Panuje stylistyka stalinowsko-leninowska: tutaj przodownicy pracy, tutaj szczesliwe narody Zwiazku Radzieckiego, tutaj Dziaduszka Lenin.
Pociągi stare, ale wydajne , w szczycie mkną nawet co 50 sekund, co nawet dla świeżo  zmodernizowanej londynskiej linii Jubilee jest osiągnięciem nie do przejścia.
Piekno i czar moskiewskiego metra najlepiej zobaczyc na własne oczy, albo na zdjeciach.
Specyficzna jest etykieta w samych pociągach: z jednej strony dogmatyczne przestrzegana dżentelmeństwa, w wyniku której młodzi mężczyzni nie siadają w ogóle. Miejsca ustępuje się każdej kobiecie po 40stce natychmiast, a ona siada z ponurą miną nie mówiąc nawet dziękuje. (Trudno porównywać z londyńskim metrem, gdzie emancypacja zaszła tak daleko, że kobiety w ciąży muszą się dopychać do miejsca). Z drugiej strony można doświadczyć najgorszego przepychania, nastąpywania na nogi, zwłaszcza przy momencie wchodzenia i wychodzenia. Tak, o ile w Londynie wszyscy czekają w apatycznej kolejce, aż wysiadający wysiądą, po czym dopiero się wsiada, to w Moskwie wsiadanie i wysiadanie odbywa się symultanicznie, aby zdażyć przed komunikatem „Uważajmy pasażyry, dwieri zakrywajetcia), po którym drzwi się zatrzaskują bezlitośnie bez czekania na spóźnialskich.

Kolejnym zwyczajem jest ‘wyczekiwanie’ następnego przystanku. Bowiem już w czasie jazdy pasażyry ustawiaja sie twarzą do drzwi i gapiac sie w ciemnosc za drzwiami balansują na szeroko rozstawionych nogach. Bo w moskiewskim metrze poręczy się trzyma w ostateczności. Zatem stoją wszyscy z ponurymi minami, kołysząc się razem z kołysaniem wagonu.
Nie wolno się uśmiechać. Kto się uśmiecha, albo stroi zaloty albo jest obłąkany. Dlatego ludzie taksuja się spojrzeniami, z minami znudzonymi, poważnymi i markotnymi.

Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem o jednym wyjątku; sytuacji, kiedy można zobaczyć uśmiech na twarzy obcego. To tylko na schodach ruchomych zdarza się, że ludzie jadący w górę ślą uśmiech do ludzi jadących na dół i odwrotnie. To bezpieczne, bo tej osoby prawdopodobnie już się nigdy nie spotka w ponad 6 milionowej grupie pasażerów, która codziennie podróżuje podziemiami Moskwy.

Między nami expatami

Pub „Hudson” został jakby stworzony specjalnie dla emigrantów. Tych bogatszych, z Zachodu, nazywających się dumnie expatami.
Bar wygląda prawie na amerykańskie miejsce. Wysoki bar, rząd foteli, skórzane kanapy, ciemny wystrój, kamienna podłoga. Tak jak w Ameryce, tylko jakoś nieprawdziwie, tylko barmani mówią słabo po amerykańsku, tylko trzeba płacić Rublami, a za oknem reklama Aeroflotu.

Bar jest ostoją dla całego biznesu, który przybywa robić interesy w Rosji. Mieszają się różne anglosaskie akcenty. Właściciele pubu to Australijczycy, obok siedzi Nowozelandczyk, obok Anglik marudzi i kręci nosem na wszystko, a jeszcze dalej słychać gardłowe pokrzykiwania Amerykanów. Bogatsza połowa kuli ziemskiej w pigułce. Expaci narzekają na wizy, obłędny ruch uliczny, krzywe chodniki, brudne klatki schodowe i puszczają do siebie oko „jasne, Rosja to stan umysłu”. Brzydzą się cyrylicą, nie znoszą blin i barszczu i pogardą darzą gospodarzy. A jednocześnie myślą o puchnących własnych kontach bankowych i cieszą się, że zdołali ubić kolejny interes z ‚dzikusami zza żelaznej kurtyny’.

Jest też w Hudsonie miejsce na imprezę firmową. Otyły obleśny szef z teksańskim akcentem wznosi toast, rosyjscy pracownicy szczerzą zęby w uśmiechach, a zgrabne dziewczyny ustawiają się do zdjęcia z szefuniem. Jest nawet tajska żona szefa, z dzieckiem. Dziecko trochę się krztusi w oparach dymu papierosowego, ale tatuś dumny jest z córeczki.

Przy stoliku pod oknem siedzą wypięknione Tatiany, Julie i Galiny. Czekają na okazję, na bogatego księcia z bajki, który ich zabierze z brudnej Moskwy do krainy McDonaldsa, Coca Coli i Starbucksa. Są zdesperowane, więc niechcący zaczepiają przygodnych mężczyzn i zapraszają do ich stolika. „Chodź, porozmawiajmy, poznajmy się” mówią koślawą angielszczyzną.

Płacimy słony rachunek, wychodzimy w chłodny wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoją inni expaci. Zmęczona i słaniająca się na nogach po dniu pracy grupka Tadżyków, Uzbeków i Kazachów czeka na swoją marszrutkę. Wyglądają bardzo młodo, może szesnaście, może osiemnaście lat. Ubrani biednie, w staromodne wyświechtane dżinsy i czarne kurtki, ściskają w rękach poszarpane reklamówki. Podjeżdża rozklekotany minibus, expaci ładują się bezładnie do środka i od razu zasypiają zmęczeni.

Jest późno, Moskwa też mróży oczy (chociaż Moskwa nie śpi nigdy). Moskwa jest spokojna, jak pasożyt wyciśnie jeszcze ostatnie soki i z garniturowców w pubie Hudson, i z biednych robotników śpiących w marszrutce. Schodze do metra. Nie mogę zgadnąć, czy Lenin na stacji Białoruska uśmiecha się cynicznie, triumfalnie, czy może ze smutkiem?

(26/09/2012)

Jak melon

Rosjanin jest trochę jak melon. Z zewnątrz twardy, chropowaty, szpetny. I dopiero kiedy dostać się do wewnątrz, ma się pełny obraz. I tacy są Rosjanie i Rosjanki. Prawie nie uśmiechający się, czasami smutni, gburowaci. W moim biurze nie było inaczej; codzienne rozmowy z Tatianami, Aleksandrami i Sergiejami ograniczały się do grzecznościowego ‚dzień dobry’ i krótkiej pogawędki, raczej z obowiązku niż przyjemności.

Tak było do czasu, kiedy zostałem zaproszony na wieczorną nasiadówkę po pracy. A raczej uroczyste obchody Dnia Pracownika Sektoru Budownictwa. A ponieważ pan Sergiej szedł na dwutygodniowy urlop, okazja była podwójna: urlop i święto.
Na stół w pokoju narad wjechały więc ogórki, pomidory (działkowe, nie supermarketowe), słonina, szynka, ciasto no i melon. Uwaga: melon rosyjski, lepszy niż ten z Uzbekistanu, bo słodszy. Nie zabrakło wina i – aby było światowo – tequili.
Były toasty – za sektor budownictwa, za gospodarzy, za gości, za Rosję, za Szkocję, za Polskę też. I tak jak w porównaniu z melonem, ponure na co dzień towarzystwo biurowe przekształciło się w jedną rodzinę. I zaczęły się dyskusje o tym, co Rosjanom najprzyjemniejsze; o banji, czyli lokalnej odmianie sauny (koniecznie z bitkami wierzbowymi), o daczach, czyli weekendowych ostojach spokoju moskwian, którzy na co dzień żyją w blokach i z naturą mają mało kontaktu.
Dyskutowaliśmy też o jedzeniu, o siedemnastu rodzajach barszczu, o pierożkach (które nie są pierogami), o blinach, o kawiorze (no jakże) i o sushi, które ostatnio zawładnęło rosyjską kuchnią.

Przyszedł też czas wyszukiwania podobieństw rosyjsko-polskich, i od ‚Czterech Pancernych i Psa’ i ‚Wilka i zająca’ aż po podobne zamiłowanie do świniny, kurczaka i słoniny. Potem było trochę narzekania na wszystko – co też mamy dosyć wspólne w obu nacjach – a potem się rozeszliśmy do swoich domostw. I mimo, że nazajutrz w biurze wszyscy byli podobnie ponurzy i gburowaci (zwłaszcza na kacu), dla mnie było to jednak ciekawe i ważne doświadczenie. Pierwszy raz bowiem od paru tygodni udało mi się zajrzeć za tą skorupkę melona i przekonać się, ze sądzenie na podstawie pochopnych obserwacji może być daleko mylące.

(19/09/2012)