Archiwa tagu: podróż

Transamazonica

Z Limy do Pucallpy jest niecałe 800 kilometrów. Autobus przyjedzie tam za około 20 godzin. Wyjeżdżamy dzisiaj o drugiej po południu, na miejsce dotrzemy jutro przed południem (jak wszystko dobrze pójdzie). W przewodniku jest napisane, że po drodze trzeba uważać na zdarzające się w tej okolicy rabunki autobusów, więc pakujemy kosztowności w buty (dobrze, źle?) i z pewnym strachem siadamy do autobusu. Jest dość wygodnie, wręcz luksusowo. Jedziemy semi-camą, co oznacza, że siedzenia rozkładają się prawie do pozycji leżącej. Ma to niebagatelne znaczenie, gdy przed nami kilkadziesiąt godzin jazdy.

Na początek południowoamerykańskie środki bezpieczeństwa: pracownik filmuje każdego pasażera, potem hostessa zamyka ciężkie drzwi oddzielające kierowcę od pasażerów i w drogę! Dziewczyna rozdaje każdemu plastikową reklamówkę. Sporo przejechaliśmy kilometrów autobusami i wiemy, że kiedy na początku podróży dostaje się plastikowy woreczek, oznacza, że będzie ciężko. Tymczasem dają pić, jeść, a na małym telewizorze serwują występ zespołu Aquas de Oro.  Zespół ten towarzyszył nam przez kolejnych 10 godzin. Zmiana nastąpiła dopiero około północy.

Wcześniej, już po trzech godzinach jazdy opuściliśmy równinę i wjechaliśmy w góry. Autobus zaczął się piąć, kręcić po serpentynach zwinniej niż dziewczyny z Aquas de Oro na estradzie. Czuć, że jesteśmy wysoko – nas rozbolały głowy, natomiast populacja miejscowych zanurkowała w plastikowych woreczkach i nie opuszczała ich  do końca podróży, wijąc się w żołądkowych spazmach. My, o dziwo, europejski wychów, daliśmy sobie radę świetnie z wysokością i autobusem kręcącym ósemki po serpentynach. Po północy hostessa zmieniła wideo na nastrojowego pana z gitarą, śpiewającego pieśni o Jezusie przez następne osiem godzin.

W nocy zaczęło padać. Zasnęliśmy znużeni. Obudziłem się nad świtem, autobus jechał po wertepach. Wyjrzałem przez okno, dalej góry i przepaście. Na długości kilkuset metrów lawina błotna zerwała szosę, a autobus jechał po świeżo rozwalcowanej ziemi, przekraczając wodospady i strumienie. Dzielna hostessa w czółenkach stała na krawędzi przepaści i kierowała autobusem w węższych miejscach.

Wjechaliśmy w dżunglę. Nagle autobus zatrzymał się. Do środka wszedł ubrany w moro dziadek. Na plecach dźwigał kałacha. Coś wytłumaczył po hiszpańsku, po czym zebrał daninę od pasażerów. Domyśliliśmy się, że to nasza pseudo-ochrona przez niebezpieczny teren i dołączyliśmy się do zrzuty. Partyzant siedział grzecznie przez kolejne kilkanaście kilometrów, a następnie zniknął w środku dżungli.

Na śniadanie zatrzymaliśmy się w jakiejś małej mieścinie, nie pamiętam co jedliśmy w przydrożnym barze, pamiętamy miejscowych myjących zęby w beczce z deszczówką. Z tego postoju zostało tylko jedno zdjęcie.

Amazonka

Po przerwie w autobusie przywitała nas… żwawa muzyka Aquas de Oro. Złote nuty przygrywały nam do samego końca. Dotarliśmy nad brzeg Ukajali, do niewielkiego miasteczka Pucallpa, gdzie na targu oprócz owoców z dżungli można było kupić piranie i skórę z krokodyli.

Trzy lata temu podróż po Amazonii dopiero się zaczynała. Później była droga do Iquitos no i ciąg dalszy przez Amerykę Południową, Antypody aż po Azję.

https://wartopodrozowac.pl/2013/03/13/droga-do-iquitos/

Teraz piszę o tej podróży z rozrzewnieniem. Jak miło zapamiętać nie tylko miejsca widokowe, warte zobaczenia. Dobrze wspomnieć o takich przecinkach, które teraz – trochę na fali sentymentalizmu, trochę w ramach przyjemnego grzebania w pamięci – będę przypominał. W końcu – czy liczy się cel, czy liczy się droga?

Reklamy

Pożegnanie z Krainą Spokoju

Pierwsze godziny upłynęły spokojnie, jedynymi atrakcjami była długa akcja zbierania pieniędzy za bilety i rozdawania pasażerom plastikowych reklamówek. Z mojego doświadczenia, gdy rozdają plastikowe torebki, można się spodziewać niemałych atrakcji. Mijaliśmy głównie dżunglę, gdzieniegdzie poprzetykaną polami ryżowymi i mizernymi wioskami. Szybko się zrobiło ciemno, pozostało tylko słuchanie monotonnego miejscowego karaoke, które kierowca męczył na CD przez ładnych parę godzin.

Dochodziła północ, gdy wjechaliśmy w góry. Autobus zaczął się wspinać po serpentynie. W ruch poszły pierwsze woreczki – to miejscowym, nieprzywykłym do jazdy pojazdami mechanicznymi rozsupłały się żołądki. Nagle coś potwornie zgrzytnęło, widocznie skrzynia biegów. Jechaliśmy dalej, droga dalej pięła się pod górę – raz gładko, raz wyboiście, w zależności jak górski żywioł potraktował dany odcinek szosy. Nagle autobus zmienił bieg przed kolejnymi wertepami, zazgrzytał okrutnie i stanął. Była pierwsza w nocy. Na nieszczęście byliśmy tuż nad skrajem przepaści, na zakręcie, dookoła dżungla, tylko gdzieniegdzie widać domostwa pobliskiej wioski. Z tyłu trąbienie. Niestety, robiąc slalom pomiędzy dziurami i kałużami stanął dokładnie w poprzek drogi, blokując przejazd ciężarówkom. Z tym nie było problemu, w dziesięć minut za pomocą drugiego trucka z naprzeciwka zostaliśmy wyciągnięci z dziury i wyprostowani. Gorzej było ze skrzynią biegów. Kierowca i pomocnik otworzyli klapę, a reszta autobusu zaglądała im z zaangażowaniem przez plecy, świecąc komórkami i latarkami. – Ojj – powiedział kierowca wskazując na jakąś kompletnie urwaną część napędu. – Ojj – powiedział pomagier, łapiąc się za głowę. – Ojj – potwierdzili zgromadzeni pasażerowie. Potem przemówił kierowca, oczywiście po laosiańsku. Nic nie zrozumieliśmy, ale na widok miejscowych wracających ze stoickim spokojem do autobusu, wyciągających koce i kładących się spać zrobiliśmy posłusznie to samo. Było ciemno, ciepło i przytulnie. Zasnęliśmy całkiem szybko, oprócz przemalowanego na ryżo Japończyka, który przyzwyczajony do superszybkich bolidów nie potrafił się dostosować do sytuacji.

Obudziło nas pianie kogutów i ranne szczekanie psów. Obudziliśmy się i my i wylegliśmy z autobusu. Przez parę godzin sytuacja się nie zmieniła, dalej czekaliśmy na pomoc. W pobliskiej wiosce ktoś zaczął gotować makaron na śniadanie, wyległy zaciekawione dzieci. Drogą szła grupa ludzi dźwigających worki z ryżem. Młodzi mężczyźni, kobiety, schyleni w pół pojawiali się z zarośli na górze szosy, szli kawałek drogą po czym znikali w kolejnych zaroślach. Byli tak skupieni na niesieniu ciężaru, że nawet nie zauważyli naszego autobusu z naszymi błahymi problemami.

W końcu przyjechał autobus, przeładował bagaże i zabrał nas w dalszą drogę. Po pięciu minutach okazało się, że zniknęła trójka amerykanów, którzy wybrali się na spacer po okolicy. Zawróciliśmy, dopiero po paru kilometrach znaleźliśmy zdobywców przygód. Nie koniec kłopotów, bo po otrząśnięciu się z szoku dzieci wujka Sama zorientowały się, ze ich plecaki wraz z pieniędzmi i paszportami zostały w poprzednim autobusie, który został w międzyczasie naprawiony tymczasowo i nas minął kilkanaście minut wcześniej. W końcu na postoju w kolejnej małej wiosce z zabłoconym rynkiem amerykanie odzyskali swoje plecaki. Postój był krótki, na śniadanie mieliśmy do wyboru albo dziwne potrawy z żywych węży zapakowane w plastikowe woreczki, płaskie wysuszone kałamarnice, stare pieczone jajka (z pisklakami w środku) albo coś wyglądające na rosół. Dopiero zaczęliśmy jeść, gdy autobus zatrąbił – jedziemy dalej. Sprzedawczyni rosołku nie straciła zimnej krwi, wzięła od nas talerze i wlała je do reklamówek, dając rurkę plastikową i łyżkę na drogę.

lao2

lao3

Pięć minut po ruszeniu z postoju okazało się, że zostawiliśmy ryżego Japończyka, który rozpaczliwie szukał toalety w czasie postoju. Wróciliśmy do wioski. Przerażony podróżnik stał właśnie na środku błotnistego rynku i zastanawiał się, co dalej z sobą zrobić (oczywiście plecak z paszportem i pieniędzmi zostawił w autobusie).

Pojechaliśmy dalej, słońce było już wysoko, robiło się ciepło, tymczasem autobus zaczął zjeżdżać z gór serpentyną z tysiącem zakrętów. No, może dwoma tysiącami. Każdy zakręt miał sto osiemdziesiąt stopni, a my czuliśmy się jak w całkiem efektownej karuzeli. Przestało to nas bawić po dwóch godzinach, gdy większość pasażerów wpatrywała się w plastikowe reklamówki żegnając się ze śniadaniem. My trzymaliśmy się dzielnie (to znaczy na granicy), podczas gdy siedzący obok ryży Japończyk męczył się już od paru godzin.

W końcu wjechaliśmy w niziny, mijając plantacje bananów, trzciny cukrowej i kolejne pola ryżowe. Wysiedliśmy w przygranicznej Huay Xai. Granicą była tutaj rzeka, a przejściem granicznym parę budynków portowych.

lao4

Nie zważaliśmy już na aroganckie Tajlandki, które wydębiły od nas ‚specjalną’ opłatę graniczną, po czym wpakowały do łodzi motorowych, które miały nas przewieźć przez rzekę. Płynęliśmy po raz ostatni podczas tej podróży Mekongiem, rzeką – matką Azji Południowo – Wschodniej jednocześnie się z nią żegnając. Z przodu cywilizacja – murowane zabudowania Tajlandii i widniejący z daleka portret miłościwie panującego króla, za nami poszarpane góry, zamglone wąwozy, drewniane chałupki i spokój. Ojj. Będziemy do tego spokoju tęsknić.

W sumie podróżowaliśmy nie dziewiętnaście, ale dwadzieścia sześć godzin. Brzmi to przerażająco, ale w Laosie naprawdę czas płynie inaczej i zegarek, planowanie i harmonogramy należy porzucić już przy wjeździe do kraju spokoju i relaksu.

Przydatne informacje: Do Laosu najlepiej dostać się przez Chiang Mai – z Bangkoku są nocne pociągi. Potem już pozostaje tylko autobus, ewentualnie autobus łączony z podróżą łodzią do Luang Prabang. Na pewno szybciej jest się dostać samolotem do Luang Prabang, ale bez długich podróży Laos nie jest już Laosem.