Archiwa tagu: obrzędy

We wtorki Budda śpi

Luang Prabang jest tak małe, że właściwie całe miasto można zwiedzić w dwa dni. Większość turystów jednak zostaje tu na dłużej, by nacieszyć się pięknem okolicy: porośnięte dżunglą góry, brunatny Mekong, bananowce, palmy i drzewa durianowe. Patrzeć i zwiedzać. Dlatego Luang Prabang robi się coraz droższy, coraz piękniejsze pensjonaty w dawnych drewnianych willach, coraz mniej lokalnych miejsc, a więcej restauracji z zachodnim menu. Gęstnieje tłum wakacyjnych Francuzów, Niemców i Amerykanów. Ale wystarczy popłynąć promem na drugi brzeg Mekongu, do dzielnicy Chompung, by poznać inne oblicze Laosu.

luang prabang1
Najpierw targ, ale taki prawdziwy, na którym się nie kupi kolorowych wyszywanych poszewek na poduszki i tysiąca figurek buddy. Tutaj królują chińskie karabiny dla dzieci, kobiety wędzą świeżo złowione ryby i grillują szaszłyki z drobiu: z serca, wątroby i innych części ciała drobiu, nie zgadujemy nawet jakich. Są ryżowe placuszki i pakiety z ryżowymi przekąskami zawinięte w liść bananowca. Kawałek dalej kończy się droga zbudowana przez Unię Europejską (jak dumnie głosiły tabliczki) i pozostaje gruntowa, gliniasta ścieżka, po której chodzą kaczki, kury i dzieci, zawsze ciekawe cudzoziemców.
Potem są już tylko świątynie, jakby cała ta część Mekongu była święta. Najpierw zwiedzamy stupę na wzgórzu, świątynia biedna, otynkowana na biało, ale za to widok przedni. Następny klasztor położony już niżej, ale z pięknym miejscem modlitwy, ze ścianami pokrytymi złotymi malowidłami. Jest południe; spokój, cisza. Słychać cykady w pobliskiej dżungli, młodzi mnisi w pomarańczowych habitach bawią się w chowanego, gdzieś szczeka pies, chodzą kurki, pieje kogut (ale buddyści są chyba wegetarianami, czy jak).
Co rano mnisi przekraczają rwący Mekong i tworzą procesję, w której miejscowi właściciele biznesów składają im ofiarę z ryżu i jedzenia. Podobno to nawet nie buddyzm, ale laotański animizm, wiara, że obdarowanie mnicha to przebłaganie duchów przodków i zapewnienie sobie pomyślności. Mimo wczesnej pory (6ta rano) ceremonia przyciąga tłumy turystów w strojach kąpielowych, którzy błyskają światłem fleszów i pozują do fotografii z zakonnikami, traktując religijny obrzęd jak pokaz małp w zoo. Ile razy w czasie naszej podróży obserwujemy, jak tradycja lokalna staje się okazją własnej popularności? Ciekawe co o wypaczonej ceremonii myśli Budda w jego tysiącu posążków w Luang Prabang? Pewnie jest zrelaksowany, tak jak jego leżąco-śpiąca figurka. Napotkaliśmy właśnie w Luang Prabang siedem figur Buddy, każda statuetka na inny dzień tygodnia. We wtorek Budda leżał (bo tego dnia umarł – podpowiada mnich). Ale ja myślę, że we wtorek po prostu Budda już był zmęczony tygodniem. „Co za piękna religia” – komentujemy. „Bóg katolicki każe harować sześć w dni tygodni i potem można łaskawie odpocząć, a Budda już sobie ucina drzemkę we wtorek. Żyć nie umierać.”

PS. Mnich buddyjski w Tajlandii nie potrafił wytłumaczyć dlaczego w Laosie Budda śpi we wtorki.

luang prabang2
Praktycznie: warto pożyczyć motocykl i pojeździć po okolicznych wodospadach, świątyniach, warto przez chwilę też siąść nad brzegiem Mekongu i nie robić nic, oglądając przypływające i odpływające łodzie i obserwując jak płynie sobie spokojnie wielka rzeka.

Reklamy

Celine Dion z napojem różanym

Już w połowie naszej podróży dookoła świata dostaliśmy zaproszenie na wesele Fariza i Feery, w pięknym opakowaniu, własnoręcznie wypisane, aczkolwiek po malezyjsku, więc niezbyt zrozumieliśmy zawartość, oprócz daty i godziny. Na drugiej stronie zaproszenia cytat z Koranu:
„Panie nasz! Daj nam od naszych żon i naszego potomstwa ochłodę oczu i uczyń nas wzorem dla bogobojnych!” (tłumaczenie na podstawie http://www.poznajkoran.pl).
Trochę to było dziwne – być zaproszonym na wesele osób, których kompletnie nie znaliśmy, ale jak nam wyjaśnił nasz gospodarz w Kuala Lumpur, Mohammed, wesela malezyjskie są raczej nieformalnymi spotkaniami i niekoniecznie trzeba znać młodą parę. W porządku, ale pojawił się problem z ubiorem. Przecież backpakerzy raczej nie jeżdżą dookoła świata z garniturem, nie mówiąc nawet o wyjściowej koszuli. Mohammed i tutaj nas uspokoił: on sam nas zaopatrzy w wyjściowe stroje, w tradycyjnych wzorach. Ucieszyliśmy się jeszcze bardziej, bo i wilk syty i owca cała: gospodarze będą uhonorowani naszymi strojami, a my będziemy mieli dodatkową uciechę robienia sobie zdjęć w kwiecistych sarongach (czy jak to się nazywa).
No więc stawiliśmy się, w samo południe, ubrani w stylonowe ciuchy (i spoceni standardowo).

Alturysta_slub1 Alturysta_slub2

Wesele odbywało się w domu pana młodego. A raczej w ogrodzie i na kawałku uliczki osiedlowej. W wielkich namiotach był bufet z jedzeniem, stoły do siedzenia, pusty na razie honorowy stół z tronem dla pary młodej i rozpuszczający się powoli tort. Dziwne to było wesele: nie było alkoholu (więc nie było upitego wujka Zdziśka i gorzko gorzko i innych elitarnych polskich zabaw), było za to dużo ciastek i różanego super słodkiego napoju. Zresztą tort weselny był też udekorowany różami. Zdjęcie powyżej zdążyłem tuż przed tym, zanim kelnerzy wynieśli tort do klimatyzowanego pomieszczenia, bo słodki ulepek zaczął po prostu topić. Cała impreza wyglądała raczej jak popołudniowe przyjęcie: goście swobodnie spacerujący i gaworzący z klanem gospodarzy – ubranych w szaty jednego, jasnozielonego koloru. Fariz i Feera siedzieli w willi i byli obiektem ustawicznej sesji fotograficznej z bliższymi i dalszymi krewnymi i znajomymi. My też zostaliśmy zaproszeni: po zamienieniu paru słów pstryknięto nam fotki – najpierw na poważnie, a potem na wesoło, z rękami w znaku „pokój” czyli naszym znaku „v”. Dokończyliśmy poczęstunek, będąc nieustannie nieśmiało obserwowanymi przez całą rodzinę i znajomych, a odważniejsze osoby zdobyły się na miłą konwersację. Z głośników sączył się – o dziwo – żaden muzułmański śpiew, jedynie Celina Dion z filmu Titanic, Bryan Adams a Robin Hooda i Sting, Jak się dowiedzieliśmy, główna uroczystość religijna, z imamem miała miejsce rano i była zarezerwowana dla najbliższej rodziny. Zasłodzeni i najedzeni wstaliśmy od stołu, poprawiliśmy skrycie nasze „spódnice” (Mohammmed przezornie zabezpieczył nas sznurkowym gorsetem, byśmy nie zrobili garderobowego skandalu) i pożegnaliśmy się z rodziną. Na do widzenia dostaliśmy nie butelkę wódki, ale małe pudełko ze słodyczami i serduszkiem z napisem „Terima Kasih”, co oznacza „dziękuję” po Malezyjsku. Ubogaceni nowymi wrażeniami odwiedziliśmy po drodze piękny meczet gminny, dalej w tradycyjnych strojach, co wzbudziło zdziwienie odwiedzających świątynię Malezyjczyków, po czym z radością zrzuciliśmy stylonowe szaty na rzecz krótkich spodenek i koszulek.