Archiwa tagu: Nowa Zelandia

Galeria: Zabierz mnie tam. Natychmiast.

DSCN6302

DSCN5639

DSCN4852

DSCN3947

DSCN0263

DSC_5175

DSC_2808

DSC_2234DSC_1172

DSCN6904

ZABIERZ MNIE TAM. NATYCHMIAST:

1.Egipt, Nuweiba

2. Laos, Vang Vieng

3. Nowa Zelandia, Turangi

4. Boliwia, Tupiza

5. Tajlandia, Koh Tao

6. Indonezja, Jawa

7. Anglia, South Downs

8. Szwecja, Vrango

9. Maroko, Essauira

10. Grecja, Santorini.

Reklamy

Zobacz: czerwone i czerwonawe

DSCN0385

DSCN0600

DSCN2128

DSCN4319

DSCN5514

DSCN7446

DSCN8387

DSCN9240

DSCN9364

CZERWONE I CZERWONAWE

1. łodź, Tajlandia, Koh Tao

2. wyjście pożarowe, Dania, Kopenhaga,

3. szkoła, Wietnam, Hoi An

4. grafiti, Boliwia, La Paz,

5. brama, Nowa Zelandia, Rotorua,

6. lampiony, Malezja, Mellaca,

7. ściana, Peru, Lima,

8. Demonstracja z okazji urodzin Stalina, Rosja, Moskwa,

9. stoisko z pamiątkami, Makao, Makao.

Dookoła świata – nasza trasa

Nasza trasa była dyskutowana często podczas niemal dwuletniego przygotowywania.Na początku decydująca była cena biletu. Z racji, iż zamieszkiwaliśmy ostatnie lata w Londynie, udało się znaleźć stosunkowo tanią opcję całego biletu za niewiele ponad 10 000zł. Agencja turystyczna, która skompletowała bilet nazywa się http://www.roundtheworldflights.com. Porównywaliśmy wiele ofert, między innymi opcje biletu w One World i StarAlliance, były one droższe nawet o 80% od naszej agencji. Potem już powstała lista miejsc, które postanowiliśmy zobaczyć tym razem:
– Ameryka Południowa – Peru, Boliwia, Chile (bo nigdy nie byliśmy na tym kontynencie, no i oczywiście czas Machu Picchu, Amazonka, Andy i piękne krajobrazy Boliwii).
– Nowa Zelandia (tutaj był obowiązkowy przystanek, więc planujemy zobaczyć Północną Wyspę, z wulkanem Tongariro, gorącymi źródłami no i piękne plaże Paihii).
– Australia (w ograniczonym zakresie, niestety jeden tydzień w Australii to trzy tygodnie w Azji, dlatego będzie to tylko tygodniowa przerwa w Sydney)
– Azja Południowo  – Wschodnia (Singapur, Malezja, Tajlandia, Kambodża, Wietnam, Myanmar, Laos  – tutaj plany są najbardziej mgliste, ale na pewno chcemy zrobić kółko po Indochinach).
Ważnym ograniczeniem była nasza decyzja o nie odwiedzaniu USA, z powodów wiadomych: nie chciało się nam żebrać Wielkiego Brata o wizy (których pewnie byśmy nie dostali) i musieliśmy lecieć przez Amerykę Południową, co nieznacznie podrożało koszt biletu.
Po paru mailach do naszej agencji udało się ustalić listę portów lotniczych, które odwiedziliśmy na naszej drodze. Ostatecznie lista przystanków wyglądała następująco:
Londyn – Lima (podróż lądowa) Santiago de Chile – Auckland – Sydney – Singapur (podróż lądowa) Bangkok – Hong Kong – Londyn.
Jak widać, do pierwotnych założeń udało nam się dorzucić w tej samej cenie biletu wizytę w Hong Kongu. Jak i w przypadku Sydney – będzie to tygodniowy pobyt.

Mapa z naszym planem znajduje się tutaj:
https://mapsengine.google.com/map/edit?mid=zojuIYtBux-w.k0H3YUA3_HkA

mapa dookola swiata

 

Nie znalazłem puenty w Auckand

No i się stało. Rozpadało się na dobre; w końcu do Nowej Zelandii przyszła jesień, w końcu mamy już maj. Nasz hostel, podobnie jak inne hobbickie domy wydaje się być zrobiony z tektury i sklejki, dlatego z każdym uderzeniem sztormu ściany drżą jakby cała posiadłość miała się za chwilę złożyć jak domek z kart. Szkoda, bo poprzez ulewę przepada nam dzień zwiedzania zatoki pod żaglami. Ale cóż, jedną z umiejętności, jakiej się nauczyliśmy się w czasie podróży to pewien stoicyzm i pokora wobec zmiennej pogody i innych niesprzyjających okoliczności. Co będzie to będzie, co jest to jest. Wracamy więc z pewnym smutkiem do Auckland, centralnej wsi Nowej Zelandii.  Pewnie mieszkańcy nowozelandzkiej metropolii się oburzą, ale Auckland mimo prawie dwu milionowej populacji prezentuje się spokojnie i sielankowo. Nie ma tutaj pośpiechu znanego w innych stolicach. Sprzedawcy w sklepikach są dalej uprzejmi i mają czas pogaworzyć z klientami, brakuje nerwowości i bieganiny typowej dla innych wielkich stolic. Nawet garniturowcy podążający po południu z biur na prom, do swoich posiadłości z widokiem na ocean są pogodniejsi. Może to ogólny dobrobyt, może stosunkowo łagodna pogoda, a może poczucie, że jest się na końcu świata? Nie wiem. W każdym razie nas także ogarnęło lenistwo. Jeden dzień spędzamy na obserwowaniu święta Anzac – wspólnej australijsko-nowozelandzkiej tradycji wspominania kombatantów poległych w przeróżnych wojnach.

Alturysta_NZ3b

W miejscowym muzeum nie ma tłumów; maoryska orkiestra gra coś w rodzaju salsy, pod monumentem składają wieńce. Zainteresowanie małe, więcej jest rodzin korzystających z bezpłatnego wstępu do muzeum. Drugi dzień siedzimy w naszej kwaterze, oglądając port przez ścianę deszczu. Już maj, nadchodzi jesień. W windzie administracja wywiesiła przestrogi na czas zimy: „pamiętaj, by przywiązać meble na balkonach, gdyż wiatry będą srogie”. Po południu się przejaśnia i robimy mały spacerek po centrum. Jestem nerwowy, bo nadal szukam puenty do tekstu i ddo Nowej Zelandii. Bez puenty dwa tygodnie pozostaną tylko barwną pocztówką. Tymczasem w mieście spokojnie, prawie sielankowo. W lokalnej ubikacji ktoś napisał na ścianie „Frodo byłby ze mnie dumny”. W lokalnym sklepie znajduję tabliczkę z sentencją „bądź zawsze tak szczęśliwy jak mewa, która znalazła frytkę”. Czas szybko mija, robi się ciemno, spacerujemy wśród wypielęgnowanych uliczek; dookoła nowoczesne biurowce są pomieszane ze starymi pokolonialnymi kamienicami, czyniąc miasto jeszcze bardziej nierealistycznym. Cóż, puenty nie znajdujemy, pora się pakować i zachować wspomnienie wysp zielonych, widowiskowo malowniczych i spokojnych zarazem. Pamięć o nowozelandzkim wietrze przyda się z powrotem w zaganianej i zestresowanej Europie.

Rotorua, czyli Hobbiton właściwy

„Niby było ciekawie, ale nie za bardzo; był tylko jeden hobbit, no i można było wejść tylko do jednej norki hobbita, pozostałe to tylko atrapy.” – taką opinię   usłyszałem od jednego podróżnika po obejrzeniu Hobbitonu – planu filmowego z wioski małych mistycznych stworzonek z włochatymi stopami. Wioska hobbitów kosztowała aż 75 dolarów, co w Nowej Zelandii jest wydatkiem średniej wielkości; czymś cztery razy tańszym niż skok na bungee i sześć razy droższym niż wizyta w lokalnym muzeum. A cała okolica Bay of Plenty wygląda rzeczywiście bajkowo. Małe i strome, porośnięte trawą wzgórza wyglądają jak z dziecięcego obrazka, do tego dodajmy skały, maoryskie rzeźby czasami i oczywiście pióropousze pary – rejon w okolicy Rotorua to jeden wielki gejzer; gorące źródła, siarkowe wyziewy i błotniste gorące jeziora są na porządku dziennym. Gdy dodamy niezwykłą wybujałą roślinnosć – lasy z ogromnymi paprociami, fikusy wielkie niczym dęby i juki panoszące się niczym przydrożne topole, krainę hobbitów i innych mitycznych stworów wyobrazimy sobie bardzo łatwo. Niestety (albo na szczęście) – zamiast trolli, orków i innych potworów nas straszą kolejne reklamy niezliczonych atrakcji, które „trzeba zobaczyć”. Nowozelandczycy lubią zabawę i tylko zabawę, dlatego gość przyjeżdżający na wyspy musi być nastawiony na zabawę. Skakanie z samolotu, turlanie się z góry w wielkiej plastikowej kuli, szybkie łodzie, paintball, dla szukających czegoś dla duszy jest karmienie ptaka kiwi czy maoryskie tańce. Jest oczywiście piwo, dobre wino i łatwe fast-foodowe jedzenie. Można powiedzieć, że brakuje tylko czarodzieja Gandalfa z fajerwerkami, a mielibyśmy pełen Hobbiton: krainę zabaw i uciech lekkich, łatwych i płytkich.  Dla nas jednak Rotorua pozostanie w pamięci miejscem niesamowitych gejzerów, błotnych wulkanów i jezior z wrzącą, siarkową wodą.

Alturysta_NZ2c Alturysta_NZ2b Alturysta_NZ2a

Witajcie w Hobbitonie!

Nowa Zelandia to kraina hobbitów. Takie jest pierwsze skojarzenie i z taką myślą wkraczamy do krainy ptaków kiwi, owoców kiwi i ludzi z dziwnym angielskim akcentem, którzy uwielbiają się nazywać „kiwi”. I naprawdę uważam, że ten kraj na końcu świata został opanowany przez hobbitów! Zaczęło się od lotniska, gdzie podróżny spaceruje wśród slajdów paproci i wodospadów, a z głośników sączą się odgłosy natury – niecodzienne wrażenie jak na zwykle bezduszne i obskurne lotniska. Potem jest coraz bardziej hobbicko. Od mieszkańców, sympatycznych i chętnych do rozmowy i pomocy (niczym w Shire z powieści Tolkiena) poprzez hobbicki zwyczaj chodzenia boso, nawet na zakupy do supermarketu, aż po krajobrazy wzięte żywcem w trylogii „Władca Pierścieni”. Hobbitów Nowa Zelandia uczepiła się mocno i z filmów Petera Jacksona tworzy swoją historię i mitologię (mimo iż Tolkien w Nowej Zelandii nigdy nie był a sama opowieść o hobbitach dotyczy raczej okołowojennych nastrojów w Anglii). Zresztą nie ma się co dziwić; historia archipelagu na końcu świata jest krótka i nie ma się czym za bardzo chwalić: kolonizacja i podbój, potem wątpliwy traktat z Waitangi, w którym Maorysi zgadzali się na „opiekę” Imperium Brytyjskiego w zamian za obronę interesów, anglicyzacja a potem lata zadośćuczynień i odkrywania na nowo maoryskiej kultury. O ironio, obecnie to Maorysi wysiadują w Pizza Hut i McDonaldsie, a europejczycy poznają kulturę dawnej Nowej Zelandii na obowiązkowych „pokazach kultury Maori”. Odkładając politykę i historię na bok, pora wrócić do Władcy Pierścieni. Tak będziemy poznawać Północną Wyspę Nowej Zelandii.
Bramy Mordoru.
Mordorem został ochrzczony wulkan Ruapehu leżący w centralnej części Nowej Zelandii. Cała wyspa praktycznie składa się z wulkanów i po-wulkanicznych krajobrazów, ale Ruapehu jest najbardziej spektakularny i najczęściej odwiedzany. Tutaj kręcili wejście Froda do Mordoru; mrocznej, ponurej krainy zła. Najpierw płacimy po 40 dolarów za rozklekotany autobus, który nas wiezie do podnóża wulkanu. „Witamy na Piccadily Circus, najbardziej zaludnionym placu w Nowej Zelandii” żartuje kierowca, wysadzając nas na początku szlaku. Rzeczywiście, dzisiaj sobota, ale ponoć koniec sezonu; mimo to turyści chcący zobaczyć Mordor potykają się o siebie i wpadają niczym orkowie na odpuście. Ruszamy wszyscy o tej samej porze, dlatego przeróżne grupy się wymijają, wyprzedzają i omijają. Jest tak tłocznie jak na Krupówkach w sierpniu. Dobrze, zaciskamy zęby i brniemy dalej. Cierpliwość jest nagrodzona; ukazuje się piękny, idealny w kształcie i pociągający w kolorach wulkan Ruapehu, a w tle widać drugi, poszarpany stożek wulkanu Tongariro .

Alturysta_NZ1a

Niecałe 30 lat temu Ruapehu eksplodował, zalewając okolicę potokami lawy i zasypując pyłem. Teraz spacerujemy po ścieżkach wykutych w tych właśnie potokach lawy, ale też i czytamy o ostrzeżeniach o „możliwych” erupcjach. Matka Ziemia zmienną jest i nie wiadomo, gdzie da swój kolejny pokaz siły; na wyspie Jawie, w Nowej Zelandii czy na Filipinach. Po drodze zrywa się wichura. Przygniatani do skał docieramy na przełęcz nad pięknymi szmaragdowymi jeziorami. Tu się kończy dawny szlak w poprzek Tongariro, bo jest „niebezpieczeństwo latających odłamków skalnych”. Nowozelandzkie zasady BHP każą nam zawrócić, wracamy więc zobaczywszy bezpiecznie bramy Mordoru. Największą przyjemność daje nam kilkunastominutowy odpoczynek nad brzegiem żółtawego powulkanicznego jeziorka; jeziorko mizerne, wyschłe, z paroma kaczkomewami żerującymi w błotach, nas jednak oczarowuje po raz kolejny wulkan Ruapehu, wznoszący się ponad nami. Linia góry jest niemal idealnie stożkowa, jakby namalowana przez dziecko. Na szczycie wulkanu różnokolorowe wykwity – pamiątki z poprzednich erupcji. Niektórzy uparci turyści dotarli na sam szczyt stromym szlakiem. Nie ma tam krateru; jedynie pokaźny dół z kamieniami wskazuje miejsce, gdzie czasami Matka Ziemia upuszcza swoją złość. Może przez to Ruapehu jest jeszcze bardziej przerażający.

Alturysta_NZ1b
Wracamy myślami do Władcy Pierścieni. Dla bohaterów pop-epopei droga do Mordoru była przejściem, transformacją, czymś co zmieniało historię legendarnego Śródziemia. U nas jest bardziej prozaicznie. My po prostu tłoczymy się w tłumie Nowozelandczyków, Japonczyków, Kanadyjczyków i Niemców, klikamy zdjęcia aparatem starając się bardzo, aby żaden niepożądany turysta nie wszedł nam w kadr. Nie ma tutaj samotności Froda, desperacji Gandalfa czy schizofrenii Goluma. Ale może na tym polega nasza al-turystyczna tragedia? Że im bardziej chcemy doświadczyć świata indywidualnie i jednostkowo, tym bardziej świat nam pokazuje, że jesteśmy tylko kolejną kopią kolejnych homo sapiens idących utartym szlakiem. Ziemia jest za mała, wszystko już odkryte, nie ma miejsca dla kolejnego Kolumba.

Alturysta_NZ1c