Archiwa tagu: Mołdawia

Nostalgia mołdawska

Siedzimy na lotnisku, czekając na samolot do Kiszyniowa. Siedzimy spokojnie, zrelaksowaniu, prawie nieobecni. Brak tej zwyczajowej ekscytacji przed wizytą w nowym kraju. Nie wertujemy przewodników, nie uzgadniamy tras, nie wybieramy wariantów. Powód prosty – według przewodników i internetu w Mołdawii prawie nic nie ma. To znaczy nic nie ma ciekawego do zwiedzania. Zobaczymy.

Odlatuje też samolot do Paryża-Bo-woss. Obok siedzi para, dyskutuje, wertuje mapy, selekcjonuje muzea do zobaczenia . Odbiera telefony od zaniepokojone rodziny (w końcu uchodźcy, terroryści, rozpasanie, samo zło w tej Europie Zachodniej) . W końcu lecą do kolejki, aby wcisnąć się o samolotu.

W Kiszyniowie mamy oberwanie chmury. Wiezie nas taksówka bez licznika, z zepsutym zamkiem w drzwiach, ale za to przyciemnianymi szybami. Chłopak omija korki, jadąc po poboczach, wymusza pierwszeństwo na tirach i autobusach, ale w końcu dowozi nas bezpiecznie pod wskazany adres. Tu zaczynają się problemy, bo w Mołdawii google map wariuje i gubi adresy, zamiast zarezerwowanego apartamentu znajdujemy pizzerię, w której przeczekujemy burzę przy – a jakże – pizzy i przy winie. Winem się rozpoczyna podróż i właściwie na winie mogłaby się skończyć. Bo takiego bogactwa trunków, tak przepysznych trzeba by daleko szukać.

Zabieramy się za zwiedzanie następnego dnia. Jest i w Kiszyniowie łuk triumfalny, są katedry, są muzea (akurat zamknięte kiedy chcemy je zwiedzić), ale bardziej pociągająca jest swoista podróż do przeszłości, jakiej można doznać w Mołdawii. Mamy na każdym kroku więc rozkładane łózka z odzieżą używaną na wagę, mamy sklepy z komórkami, kantory i kasyna, błyszczące kolorami i tandetą.  Są targi, na których można kupić kiszoną marchewkę, kapustę (całą główkę), kiszony arbuz i kiszone wodorosty (takie rosyjskie). A wszystko to pośród zaniedbanych kamienic, na krzywych chodnikach i wśród kopcących samochodów. Widać też pamiątki z przeszłości – postkomunistyczne monumenty, hotele i zdobienia pamiętające erę Stalina i jego następców. No i bloki mieszkalne, zbudowane tak, jakby inna ściana była z innej cegły, każde okno z innej fabryki, każdy balkon z innego rodzaju sidingu. Na wjeździe do miasta podziwiamy przedziwną Bramę Kiszyniowa, zbudowaną z bloków mieszkalnych ogromną rzeźbę przypominającą dwie piły, albo dwie piramidy. Broni się tylko mała uliczka Puszkina w centrum, z małymi piętrowymi domkami w stylu art deco, z pięknymi drzewami i knajpkami które tam się rozgościły.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Cerkiew 
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Pieśń dawnej epoki
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Mozaika blokowa

Na każdym kroku widać bolesny dualizm, który jest pewnie nieszczęściem tego małego kraju. Napisy w sklepach i na ulicach – po rumuńsku i po rosyjsku, sprzedawcy na targu oferują do wyboru: flagę Unii Europejskiej albo Związku Radzieckiego. W marszrutkach starsi mówią po rosyjsku, młodsi po mołdawsku. Kraj jest widocznie rozdarty między zachodnią Rumunią i wschodnimi ciągotkami do spokoju i dobrobytu dawnego Związku Radzieckiego.

A jednak, mimo wszystko cieszymy się Mołdawią. Piękny jest kompleks Orheiul Vechi – kompleks monastyrów zbudowany na rzecznym klifie tak dziwnym i fascynującym, że spędzamy tam cały dzień. Relaksujemy się w ogrodzie botanicznym (mimo że szaleństwa w tej botaniczności nie ma), czy w którejś z restauracji (a jedzenie fajne). Na koniec jest zawsze czerwone wino, które i mieszkańcom i turystom umila pobyt w kraju który jeszcze długo będzie szukał swojej tożsamości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Orheiul Vechi
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Wiejski dom nieopodal Orheiul Vechi
Reklamy