Archiwa tagu: metro

Posłuchaj: Metro londyńskie i saksofonista

Dzisiaj zapraszam na krótką przejażdżkę linią Northern londyńskiego metra. Wysiadamy na stacji Leicester Square, by dać się unieść nowoczesnemu jazzowi granemu przez saksofonistę i pomknąć schodami ruchomymi w górę. DSC_6738

Reklamy

Podziemna etykieta

Moskiewskie Metro jest trochę podróżą do innego świata. Na początku jest przeważnie monumentalne wejście, z automatami i kasami, w których siedzą panie w niebieskich fartuszkach, obrażone i władcze…

Mijamy bramki – bilet trzeba przytknąć do czytnika, inaczej bramki grają piskliwą melodię i zamykają się z hukiem przed gapowiczem. Potem jazda długimi schodami ruchomymi, czasami trwająca aż 3 minuty. Korytarz zjazdowy jest przestronny, ale przeważnie słabo oświetlony żółtym jarzeniowym światłem, na górze reklamy, na dole głośniczki nadające kolejne reklamy i ostrzeżenia dla podrożnych. Za to korytarze metra są piekne; przestronne, funkcjonalne i niesamowicie ozdobione. Panuje stylistyka stalinowsko-leninowska: tutaj przodownicy pracy, tutaj szczesliwe narody Zwiazku Radzieckiego, tutaj Dziaduszka Lenin.
Pociągi stare, ale wydajne , w szczycie mkną nawet co 50 sekund, co nawet dla świeżo  zmodernizowanej londynskiej linii Jubilee jest osiągnięciem nie do przejścia.
Piekno i czar moskiewskiego metra najlepiej zobaczyc na własne oczy, albo na zdjeciach.
Specyficzna jest etykieta w samych pociągach: z jednej strony dogmatyczne przestrzegana dżentelmeństwa, w wyniku której młodzi mężczyzni nie siadają w ogóle. Miejsca ustępuje się każdej kobiecie po 40stce natychmiast, a ona siada z ponurą miną nie mówiąc nawet dziękuje. (Trudno porównywać z londyńskim metrem, gdzie emancypacja zaszła tak daleko, że kobiety w ciąży muszą się dopychać do miejsca). Z drugiej strony można doświadczyć najgorszego przepychania, nastąpywania na nogi, zwłaszcza przy momencie wchodzenia i wychodzenia. Tak, o ile w Londynie wszyscy czekają w apatycznej kolejce, aż wysiadający wysiądą, po czym dopiero się wsiada, to w Moskwie wsiadanie i wysiadanie odbywa się symultanicznie, aby zdażyć przed komunikatem „Uważajmy pasażyry, dwieri zakrywajetcia), po którym drzwi się zatrzaskują bezlitośnie bez czekania na spóźnialskich.

Kolejnym zwyczajem jest ‘wyczekiwanie’ następnego przystanku. Bowiem już w czasie jazdy pasażyry ustawiaja sie twarzą do drzwi i gapiac sie w ciemnosc za drzwiami balansują na szeroko rozstawionych nogach. Bo w moskiewskim metrze poręczy się trzyma w ostateczności. Zatem stoją wszyscy z ponurymi minami, kołysząc się razem z kołysaniem wagonu.
Nie wolno się uśmiechać. Kto się uśmiecha, albo stroi zaloty albo jest obłąkany. Dlatego ludzie taksuja się spojrzeniami, z minami znudzonymi, poważnymi i markotnymi.

Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem o jednym wyjątku; sytuacji, kiedy można zobaczyć uśmiech na twarzy obcego. To tylko na schodach ruchomych zdarza się, że ludzie jadący w górę ślą uśmiech do ludzi jadących na dół i odwrotnie. To bezpieczne, bo tej osoby prawdopodobnie już się nigdy nie spotka w ponad 6 milionowej grupie pasażerów, która codziennie podróżuje podziemiami Moskwy.

Pas transmisyjny kosmosu

Ponieważ mieszkam tuż obok stacji metra Majakowskaja, dlatego z Władimirem Majakowskim zacznę spacer po Moskwie.

„Myśl waszą
marzącą na rozmiękczonym mózgu,
jak lokaj spasiony na zatłuszczonej otomanie,
będę drażnił o okrwawiony serca muskuł,
bezczelny i zjadliwy wyznęcam się każdym zdaniem.
Nie mam w duszy swej ani jednego siwego włosa,
nie gra starczej czułości flet w niej!
Opromieniwszy świat gromem głosu,
idę – piękny
dwudziestodwuletni.”

Majakowski: poeta futurysta, potem rewolucjonista i propagandysta. Pod koniec, gdy utopii nie dało się wprowadzić w życie, Władimir odważył się na polemikę z systemem, który poprzednio wychwalał. Po jego tajemniczym samobójstwie został wykorzystany w Rosji jako tuba propagandowa. Stąd późniejsza zaszczytna lokalizacja pomnika na Placu Zwycięstwa i futurystyczna (jak na lata pięćdziesiąte ) stacja metra nazwana jego imieniem. Dzisiaj pomnik Władimira stoi na skrzyżowaniu dwóch wiecznie zakorkowanych moskiewskich megaulic. Obok przemykają w mercedesach i BMW nowobogaccy, a w przejściu podziemnym Tadżykowie handlują podróbkami zegarków i kradzionymi komórkami. Na rogu kebab i bliny na wynos, a parę kroków dalej, pod kryształowymi żyrandolami siedzą paniusie z z wybotoksowanymi ustami, nad filiżanką kawy za 300 rubli. 300 rubli to też dzienna pensja imigranta z Uzbekistanu, który przybył do Moskwy w poszukiwaniu lepszego życia. Tło dla pomnika stanowi poststalinowski Hotel Pekin, który został zaplanowany jako siedziba bezpieki. Stąd podobno w korytarzach, nad wejściami do pokojów lampki czerwone i zielone, które miały informować gdzie się odbywa przesłuchanie. Obok w nocy lśnią neony Audi, Subwaya i Starbucksa. Moskwa pokochała kapitalizm do bólu, ale nadal nie może zapomnieć dawnych czasów.

Ze wszystkich stacji metra Majakovskaya urzekła mnie najbardziej. Posrebrzane elipsoidalne kolumny, fantazyjne plafony (ze wzorkiem w gwiazdy, sierpy i młoty) i mozaiki na suficie.

Można spacerować i podziwiać panoramę Kremla z samolotami, sterowce, spadochrony, narciarzy, ale też i jabłoń i kombajn w łanach zboża.

Na górze utopijne marzenia, a na dole codzienność: zmęczeni ludzie wracający późno z pracy, emerytki którym brakuje do pierwszego i studenci, którzy nie są pewni swojej przyszłości. A może się mylę? Może trzeba po prostu uwierzyć w to co mówi poeta Władimir?

„Ścięgna i mięśnie – pewniejsze od próśb!
Nie czekać aż się zmiłuje czas!
Nie błagać litości losu!
Toć trzyma w garści każdy z nas
pas transmisyjny kosmosu!”

cytaty: „Obłok w spodniach”, przekł. Mieczysław Jastrun

Metrologia

Godziny szczytu trwają właściwie od rana do wieczora. Pierwsza fala, garsonkowych ladies i ubranych w garnitury gentelmenów tłoczy się w metrze, zaglądając sobie nawzajem w darmowe gazety i wąchając sobie nawzajem pachy (kto wymyślił poręcze pod sufitem?).

Potem Tube opanowują mniejsze, ale równie kłopotliwe tłumy: turyści, z walizkami, aparatami fotograficznym, zatrzymujący się na środku plątaniny korytarzy z rozłożoną mapką i bezradnym wyrazem twarz. Tak, że idący prawie na pamięć „tubylcy” lądują twarzą na plecach turysty.

Popołudniowe rush hour zaczynają się dosyć szybko, uczniowie, studenci, pracownicy City, robotnicy z kaskami w rękach mieszają się w wielokolorowy, goniący i spocony tłum.

Wieczorem tłum jest najbardziej zmęczony; wracają pracoholicy, dorabiający po godzinach, pracownicy drugiej zmiany, studenci wieczorowi i ci, którzy popołudnie bezpośrednio po pracy spędzili w  pubie.

Młody człowiek, w garniturze prosto z pracy wyraźnie przedawkował. Koledzy trzymają go i cucą, a on słania się i tuli do przypadkowych pasażerów płci obojga. – Chce mi się żygać /I wannavomit/.-  Tłum się zagęszcza, zostawiając puste miejsce wokół delikwenta.  – Jamie, skup się, trzymaj się poręczy.- Koledzy próbują ratować sytuację. God, jeszcze pięć przystanków do Stratford. Irytacja tłumu rośnie, wagonem rzuca, gorąco, opary alkoholu i niebezpieczeństwo bycia upstrokaconym przez zawartość żołądku chłopaka. Wszyscy milczą. Tutaj przeważnie milczą. Może z wyrozumiałości, w Londynie prawie każdy wypróbował na własnej osobie idiom „obudzić się z twarzą w kebabie”.

Wysiadam, z ulgą zaczerpuje świeżego powietrza i rzucam ostatnie spojrzenie na wesoły wagonik do Stratford.

Na zewnątrz normalny o tej porze przeciąg, wiatr przenikający do szpiku kości, ot, wieczorna bryza.

(19/08/2008)