Archiwa tagu: Malezja

Zobacz: czerwone i czerwonawe

DSCN0385

DSCN0600

DSCN2128

DSCN4319

DSCN5514

DSCN7446

DSCN8387

DSCN9240

DSCN9364

CZERWONE I CZERWONAWE

1. łodź, Tajlandia, Koh Tao

2. wyjście pożarowe, Dania, Kopenhaga,

3. szkoła, Wietnam, Hoi An

4. grafiti, Boliwia, La Paz,

5. brama, Nowa Zelandia, Rotorua,

6. lampiony, Malezja, Mellaca,

7. ściana, Peru, Lima,

8. Demonstracja z okazji urodzin Stalina, Rosja, Moskwa,

9. stoisko z pamiątkami, Makao, Makao.

Reklamy

Zobacz: rozdroża

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo1_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo2_1280 tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo3_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo4_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo5_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo6_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo7_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo8_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo9_1280

Rozdroża:

1. Wyspa Wight (Anglia)

2.Edynburg (Szkocja)

3. Porto (Portugalia)

4. Sighisoara (Rumunia)

5. Malmo (Szwecja)

6. La Paz (Boliwia)

7. Auckland (Nowa Zelandia)

8. Kuala Lumpur (Malezja)

9. Gijokastra (Albania)

Szalone rzeczy robimy

Do przeżycia małego szaleństwa nie trzeba wiele: strój kąpielowy, dobra rynna deszczowa i deszcz tropikalny w środku malezyjskiej dżungli Taman Negara. Mając te trzy składniki można zacząć eksperyment. Najlepsze są wieczorne deszcze; orzeźwiające i energetyzujące. Potem wystarczy już tylko stanąć pod rynną… i dać się ogarnąć wodospadowi ciepłej wody. Chociaż w konserwatywnej Malezji można napotkać spłoszone spojrzenia miejscowych, ale myślę, że mała ekscentryczność białego człowieka została mu wybaczona.Violetta Villas podobno myła włosy w deszczowej wodzie, dlaczego więc nie my? Minusem brania każdego prysznica w tropikach jest to, że w pięć minut po wytarciu się ręcznikiem wszechobecny pot pojawia się na nowo, nie ma chwili luksusu.
Drugim razem było jeszcze bardziej szaleńczo. Na plaży w wietnamskim Moi Ne panował codzienny galimatias. Po niebie szaleli kitesurferzy, ze swoimi dmuchanymi latawcami. W morzu pluskali się turyści, korzystając z płaskiej a ogromnej fali. Miejscowi siedzieli w kucki na mokrym pasie plaży odkrytej przez odpływ. Grzebali małe dołki, po czym łapali ślimaki, małże i kraby. Wietnamczycy potrafią znaleźć jedzenie w każdym zakątku swego kraju i potrafią zjeść wszystko co się rusza, z wyłączeniem motocykli.
Tymczasem niebo się zachmurzyło. Instruktorzy kitesurfingu widząc nadchodzący wiatr prędko zwinęli latawce i pozbierali zmoczonych kursantów. Miejscowi pomarudzili trochę, po czym zebrali swoje wiaderka wraz z zebranym surowcem na obiad i małe krzesełka i czmychnęli do swoich chatek. Tylko turyści zostali. My też. A tutaj zabawa na całego. Fala się wzbiera, wiatr duje, no i w końcu mamy deszcz z nieba. Gęsty, silny. Ale to tropiki, więc deszcz ciepły, jak z prysznica. Szalejemy, turlamy się w falach (w wodzie nawet cieplej niż na zewnątrz). Instruktorzy kitesurfingu, miejscowi poukrywani w chatkach patrzą na nas jak na wariatów, my jednak cieszymy się chwilą, jakie to piękne uczucie – woda z dołu, z góry i nawet z boku zacina!

Mui Ne1

Dobra, pora się zbierać, robi się ciemno. Przemykamy przez hotel i mijamy Rosjanina, który dosyć prędko zaczął imprezę. Tak prędko, iż dziewczyna go właśnie zbierała ze stołu. Pora się wytrzeć z deszczu i morskich fal i zachowywać w końcu porządnie, jak na turystę przystało.

Żyć jak Maryja, w meczecie

Zwiedzamy Meczet Centralny w Kuala Lumpur. Jako niewierni dostajemy fioletowe tuniki z kapturami, zakrywające wszystko od stóp po czubek nosa. Przy moim wzroście tunika jest przydługawa i muszę uważać na marmurowych schodach meczetu, by nie zaryć nosem w marmury. Obserwujemy spokojne popołudnie w świątyni, podglądając zagrodzoną dla turystów strefę modlitw, gdy kobieta w czarnej chuście na głowie wita nas, uśmiecha się  i mówi: witajcie w meczecie, chcielibyście się czegoś dowiedzieć o mojej religii? Uśmiechamy się i przytakujemy.

Alturysta_klmeczet

No to zaczynamy islamską katechezę. Najpierw od historycznego wykresu, z którego jasno wynika, że muzułmanie wchłonęli w swoją wiarę i judaizm i chrześcijaństwo. „czytamy księgi Tory, jak i Stary i Nowy Testament, to też nasze święte księgi”. Bo „islam jest jak Apple, podczas gdy chrześcijaństwo to stary system Windows. Niby ten sam system, ale lepszy”.
Przytakujemy grzecznie, bo przyzwyczailiśmy się, że każda religia uważa się za najlepszą i nieomylną. Pani kontynuuje. „No i islam nie ma pojęcia grzechu pierworodnego, nikt nie rodzi się z winą w islamie”. Też potakujemy, co rozkręca panią jeszcze bardziej. „No i Maryja, zawsze chodziła w nakryciu głowy, dlatego my też nakrywamy głowy, jak Maryja, jak Matka Teresa  i jak zakonnice katolickie”. Zaczynamy się  już  niecierpliwić, więc dochodzimy do pięciu flarów islamu. „Każdy wyznawca musi oddać procent swojego dochodu dla biednych.To nam pomaga łączyć się we wspólnocie”. To nam się podoba, tak samo jak idea połączenia pór modlitwy z naturalnym cyklem słońca. Pierwsza modlitwa jest o wschodzie słońca, druga – gdy gwiazda jest w zenicie, trzecia – gdy długość naszego cienia jest taka sama jak nasza wysokość. Czwarte modły są o zachodzie, piąta modlitwa zaczyna się, gdy ciemność zapada nad ziemią. Żegnamy się grzecznie, trochę zmęczeni agitacją naszej katechetki, ale tak naprawdę w całej długiej podróży ten meczet to była jedyna świątynia, w której wyznawca chciał tak długo z nami dyskutować o jego wierzeniach. No i miło było odpocząć w cieniu mozaikowych łuków przed gorącym malezyjskim słońcem.

Co warto: Meczet Centralny jest otwierany w dziwnych porach, dostosowanych do czasów modlitw, więc czasami można nie trafić na porę zwiedzania. Za to obok jest przepiękne Muzeum Sztuki Muzułmańskiej, a 10 minut spacerem znajduje się Bird Park, olbrzymie ptasie zoo. Na przeciwko Bird Park warto zobaczyć ogród orchidei.

Celine Dion z napojem różanym

Już w połowie naszej podróży dookoła świata dostaliśmy zaproszenie na wesele Fariza i Feery, w pięknym opakowaniu, własnoręcznie wypisane, aczkolwiek po malezyjsku, więc niezbyt zrozumieliśmy zawartość, oprócz daty i godziny. Na drugiej stronie zaproszenia cytat z Koranu:
„Panie nasz! Daj nam od naszych żon i naszego potomstwa ochłodę oczu i uczyń nas wzorem dla bogobojnych!” (tłumaczenie na podstawie http://www.poznajkoran.pl).
Trochę to było dziwne – być zaproszonym na wesele osób, których kompletnie nie znaliśmy, ale jak nam wyjaśnił nasz gospodarz w Kuala Lumpur, Mohammed, wesela malezyjskie są raczej nieformalnymi spotkaniami i niekoniecznie trzeba znać młodą parę. W porządku, ale pojawił się problem z ubiorem. Przecież backpakerzy raczej nie jeżdżą dookoła świata z garniturem, nie mówiąc nawet o wyjściowej koszuli. Mohammed i tutaj nas uspokoił: on sam nas zaopatrzy w wyjściowe stroje, w tradycyjnych wzorach. Ucieszyliśmy się jeszcze bardziej, bo i wilk syty i owca cała: gospodarze będą uhonorowani naszymi strojami, a my będziemy mieli dodatkową uciechę robienia sobie zdjęć w kwiecistych sarongach (czy jak to się nazywa).
No więc stawiliśmy się, w samo południe, ubrani w stylonowe ciuchy (i spoceni standardowo).

Alturysta_slub1 Alturysta_slub2

Wesele odbywało się w domu pana młodego. A raczej w ogrodzie i na kawałku uliczki osiedlowej. W wielkich namiotach był bufet z jedzeniem, stoły do siedzenia, pusty na razie honorowy stół z tronem dla pary młodej i rozpuszczający się powoli tort. Dziwne to było wesele: nie było alkoholu (więc nie było upitego wujka Zdziśka i gorzko gorzko i innych elitarnych polskich zabaw), było za to dużo ciastek i różanego super słodkiego napoju. Zresztą tort weselny był też udekorowany różami. Zdjęcie powyżej zdążyłem tuż przed tym, zanim kelnerzy wynieśli tort do klimatyzowanego pomieszczenia, bo słodki ulepek zaczął po prostu topić. Cała impreza wyglądała raczej jak popołudniowe przyjęcie: goście swobodnie spacerujący i gaworzący z klanem gospodarzy – ubranych w szaty jednego, jasnozielonego koloru. Fariz i Feera siedzieli w willi i byli obiektem ustawicznej sesji fotograficznej z bliższymi i dalszymi krewnymi i znajomymi. My też zostaliśmy zaproszeni: po zamienieniu paru słów pstryknięto nam fotki – najpierw na poważnie, a potem na wesoło, z rękami w znaku „pokój” czyli naszym znaku „v”. Dokończyliśmy poczęstunek, będąc nieustannie nieśmiało obserwowanymi przez całą rodzinę i znajomych, a odważniejsze osoby zdobyły się na miłą konwersację. Z głośników sączył się – o dziwo – żaden muzułmański śpiew, jedynie Celina Dion z filmu Titanic, Bryan Adams a Robin Hooda i Sting, Jak się dowiedzieliśmy, główna uroczystość religijna, z imamem miała miejsce rano i była zarezerwowana dla najbliższej rodziny. Zasłodzeni i najedzeni wstaliśmy od stołu, poprawiliśmy skrycie nasze „spódnice” (Mohammmed przezornie zabezpieczył nas sznurkowym gorsetem, byśmy nie zrobili garderobowego skandalu) i pożegnaliśmy się z rodziną. Na do widzenia dostaliśmy nie butelkę wódki, ale małe pudełko ze słodyczami i serduszkiem z napisem „Terima Kasih”, co oznacza „dziękuję” po Malezyjsku. Ubogaceni nowymi wrażeniami odwiedziliśmy po drodze piękny meczet gminny, dalej w tradycyjnych strojach, co wzbudziło zdziwienie odwiedzających świątynię Malezyjczyków, po czym z radością zrzuciliśmy stylonowe szaty na rzecz krótkich spodenek i koszulek.

Cuda kwiecistej propagandy

Jest gorący wieczór, na turystycznym pasażu obok Placu Niepodległości w stolicy Malezji Kuala Lumpur grupa tancerzy wykonuje swój codzienny program artystyczny. Muzyka bębni z głośników, no bo orkiestry nie ma. Stroje piękne, choć pod spodem sukni tancerek ukazują się adidasy i tenisówki. Zespół jest obowiązkowo mieszany etnicznie; jest i ciemnoskóry mieszkaniec dżungli Sarawaku, malajski tancerz, chińska tancerka i pląsająca hinduska. Na koniec pokazu cała grupa tańczy do dosyć nieciekawej piosenki „Jedna Malezja”. „1Malaysia” to obecny hymn propagandowy rządu, który stara się pokazać, że tak różnorodny kulturowo kraj jest rajem na ziemi (i pokazać turystom, że warto przyjeżdżać).

Rządowa propaganda jest zresztą widoczna na każdym kroku. Na pociągach zdjęcia Premiera otwierającego linie kolejowe, na ulicach zatroskany Premier w szkole, Premier z przedszkolakami, Premier z emerytami i rencistami. I kwiaty. Podrównikowy kraj ma tony kwiatów, dlatego kwiaty są wszędzie, włącznie z autobusami i fotografiami rodziny królewskiej i Premiera.
Czy wszystkim żyje się kwieciście? Wchodzę do księgarni i przekopawszy się przez regały kwiecistych romansów i książek o islamie znajduję ukrytą książkę z felietonami Theo, dziennikarza chińskiego pochodzenia. Teksty, pełne frustracji i żalu. pokazują trochę inny obraz Malezji – kraju rządzonego autokratyczni przez większość muzułmańską. Pomijając typowe – powiedziałbym iście polskie – problemy z niedokończonymi autostradami, publicznymi pieniędzmi wywalonymi w błoto, czy łapówkami – dużo żalu Theo wylewa na rosnące nierówności pomiędzy muzułmanami, a mniejszościami chińską i hinduską. Przykłady zamierzonej dyskryminacji można mnożyć, weźmy chociażby rząd tępiący i zamykający farmy wieprzowiny pod pretekstem ochrony środowiska, co prowadzi do wzrostu ceny świniny. To bije wyłącznie w Chińczyków, bowiem hindusi i muzułmani nie jedzą boczku.
Jedna Malezja! – wzburza się felietonista. Nie potrzebujemy propagandy, by dowiedzieć się, że możemy wyznawać swoją religię, jeść kurczaka na słodko i wypić piwo Tiger wieczorem.
Następnego dnia nasz gospodarz zabiera nas do dzielnicy Putrajaya, położonej na obrzeżach stolicy.

Alturysta_kl7

Tutaj lśni wybudowany pałac prezydencki, oszałamia Meczet Centralny, wszystko wielkie, spektakularne. Jednak związek religii (tej jedynej słusznej) z polityką jest aż nadto widoczny. Nawet budynki ministerialne są udekorowane w kwieciste wzory, tradycyjne dla islamu, a niektóre wieżowce mają niebieskie kopułki, jak w meczetach. Kiedy pytam się naszego gospodarza o jego opinię na temat demonstracji, problemów; on się uśmiecha i śmieje z zażenowaniem. Nie daje się wciągnąć w jakiekolwiek dysputy.
Jak to jest z tą Malezją? Trzeba się mocno przekopać przez pokłady kwiecistej propagandy, by poznać prawdę.

Bezbronne homo sapiens w dżungli

Dżungla jest w wielu miejscach na ziemi, ale to w Malezji można spotkać taką prawdziwa, oryginalną, istniejącą w tym samym miejscu od stu trzydziestu milionów lat. Park Narodowy Taman Negara poszedł turystom na rękę i zbudował kilometry pomostów, którymi są obudowane najważniejsze ścieżki. „Co za niepotrzebne ułatwienie” myślę, ale już po parunastu minutach uczę się, jak bardzo człowiek nie pasuje do głębin lasu deszczowego. Trudno się przyzwyczaić do upału i do wysokiej wilgotności, nawet po deszczu. Pocimy się z każdej strony i ten pot czują owady. O dziwo, nie jest za dużo komarów, ale we znaki dają się małe muszki.

W lesie tropikalnym, takim prawdziwym jak w Taman Negara, człowiek nie czuje się istotą władczą, na szczycie piramidy pokarmowej. Dookoła dźwięczą cykady, hałasując jak młot pneumatyczny. Do spoconej skóry lgną insekty, owady i inne żyjątka, których nigdy w takich wielkościach nie widzieliśmy. Krajobraz zmienia się co parę metrów: tutaj nasłoneczniona łąka z kilkumetrowymi trawami, tutaj mroczny, wilgotny jar, tutaj cały ekosystem ukryty w cieniu ogromnego drzewa, z którego jest widoczny tylko pień. Pod nogami mrówki (dwu centymetrowe), gąsienice, gdzieniegdzie pomknie wąż. No i pijawki. Czają się w niepozornych zeschłych liściach i czatują na nas. Kiedy wyczuwają ofiarę, zwijają się jak sprężynka i skaczą! Na szczęście mamy długie nogawki i spodnie w skarpetkach, więc zabawa ogranicza się do zdejmowania krwiożerców ze skarpetek. My mamy szczęście, ale mijani turyści mają albo tłuste kluseczki już uwieszone na łydkach, albo krwawe ślady po nich. Kilka godzin, parę kilometrów i czujemy się jak po zdobyciu Everestu.

Z lasem tropikalnym trzeba ostrożnie, z szacunkiem. Mam wrażenie, że gdybyśmy nie wynaleźli ognia, którym można palić, niszczyć i degradować, nie bylibyśmy gatunkiem naczelnym w dżungli. Tutaj jesteśmy tylko niepraktycznie zbudowanymi, nieowłosionymi i delikatnymi dwunogami.

Alturysta_taman n1 Alturysta_taman n2 Alturysta_taman n3
Jak dojechać?
Polecam dojazd z Kuala Lumpur, autobusem do Jerantut, potem taksówką do Kuala Tembling i potem trzy godziny łodzią. Są też droższe wersje mikrobusów turystycznych zapewniające przejazd kompleksowy.
Noclegi
Jedynym dostępnym w internecie miejscem był luksusowy ośrodek przy samym parku narodowym. Można pojechać w ciemno, w wiosce leżącej po drugiej stronie rzeki – Kuala Tahan jest wiele kwater prywatnych; z klimą, albo bez. Radzimy tylko omijać czas ferii szkolnych.