Archiwa tagu: Londyn

„Wesołych Świąt, wy, sprośne zwierzaki”

„Merry Christmas ya filthy animals” – tak (używając filmowego klasyka) największe kino na Leicester Square przekazywało swoje życzenia tłumom turystów i zakupowiczów tłumnie odwiedzających londyński West End. Tytuł dwuznaczny, ironiczny tak jak Brytyjczycy potrafią być ironiczni i zdystansowani wobec siebie i swoich tradycji. Jakże inaczej bowiem składać świąteczne życzenia wobec tłumów oszalałych rodzin, penetrujących półki sklepowe w poszukiwaniu najlepszego prezentu? Jak oceniać wariatów, którzy koczowali całą noc przez Czarnym Piątkiem, aby kupić zestaw kina domowego za paręnaście funtów mniej? Dookoła pięknie, Mariay Carey śpiewa piosenki, lampki świąteczne świecą jasno jak nigdy, ale pustka pozostaje?

Parę kroków dalej, na czwartym postumencie na Trafalguar Square, obok monumentów słynnych bohaterów, stał równe dumnie niebieski plastikowy kogut. Kogut, po prostu kogut. Nie Rotmistrz Pilecki, nie Batalion Zośka, nie ofiary kolejnego powstania, kataklizmu narodowego czy pomoru.

Jest jeszcze jeden aspekt świąt w Zjednoczonym Królestwie: słodycze, alkohol i imprezy, które rozjaśniają ciemne i zimne miesiące. Mamy eggnog latte, pudingi, mince pies (babeczki ze słodkim owocowym nadzieniem), mamy likiery i brandy, mamy bogate w suszone owoce i cukier ciasta.

Co jeszcze nowego w Londynie? Przybyło parę drapaczy chmur, wyburzono parę starych kamienic, ale poza tym? Ludzie tak samo uprzejmie obojętni, komunikaty odtwarzane w metrze tak samo zapobiegawczo nadopiekuńcze, śmieci tak samo jak dawniej turlają się po ulicach, już rozwieszają zapowiedzi corocznej podwyżki cen biletów, do tych samych restauracji ludzie stoją w kolejkach, a Anglcy z takim samym spokojem jak zawsze zasiadają przed kolejnym piwem w pubie. Wszystko skąpane w pogodzie – takiej jak zawsze – zmiennej i kapryśnej. Rano ulewa, w południe słońce i plaża, wieczorem lodowaty wiatr. Nie było to do końca gościnne powitanie, ale taki jest właśnie jest Londyn.  Zimny, nedostępny, ale narkotycznie pociągający. Jak śpiewają w musicalu Sweeney Todd – there is no such place like London.

Rzeka, do której się wstąpiło drugi raz

Było już parę takich rozczarowań. Na przykład Hawiarska Koliba, chatka w Gorcach. Pamiętam to miejsce sprzed ponad dziesięciu lat; urocze siedlisko, o którym śpiewało się w ogniskowych piosenkach; miejsce domowe, traperskie i jak w księżycowej scenografii. Wróciłem później, obsługa była pijana i nie zważająca na wędrowców, chałupa chyliła się ku upadkowi, a w łóżku były pluskwy.  Czas zrewidował marzenia i ideały, żal pozostał.

Podobnie z Mazurami – dawno temu było to miejsce szalonych, bezpretensjonalnych budżetowych wczasów, z łódkami zakładów pracy i kopalń – rodzinne, żeglarskie i kryzysowe (toż to lata osiemdziesiąte). Teraz – szpan, blichtr i kasa.

Nie tylko miejsca się zmieniają, także same państwa. W Hongkongu rok temu był biznes, tłok i ruch. Teraz protesty i walka o demokrację. W Tajlandii uśmiechów protesty. Rosja zawsze nie była przyjazna i trochę straszna, teraz prawdopodobnie byłbym cofnięty z granicy.

Egipt też opustoszał, w Grecji witryny zamkniętych biznesów, Hiszpania zdesperowana i smutna.

Zmiany nie tylko na złe: Birma otwiera się na ludzi, Kosowo rozkwita po latach wojny, Albania wita się z Europą na nowo.

Trzeba trochę podróżować, by zobaczyć jak się zmienia świat, i to w tempie szybszym niż my się starzejemy. Miejsca znikają, uczucia płowieją, oczekiwania się nie spełniają.

Niektórzy piszą, że nie warto wracać w to samo miejsce. Może to prawda, bo widząc jak miasta i wioski dojrzewają, widzimy jak się sami starzejemy.  A może na tym polega prawdziwe włóczęgostwo? Że widzimy miejsca nie tylko jako punkty na osi czasu, ale też powoli obserwujemy rozkwitanie czy więdnięcie? Chyba dlatego warto wracać, pod jednym warunkiem – nie oczekiwać za wiele.

Prawie jak Fogg

Gdzie najlepiej zacząć podróż dookoła świata? Jasne, że w Londynie. Można się spierać i dyskutować, które miasto bardziej wpływowe i piękniejsze, ale to Londyn jest pępkiem świata, leżącym i w Europie, a jednocześnie zapatrzonym w Amerykę i mającym swoje korzenie w Azji, Australii i Nowej Zelandii.
Pogoda w Londynie była typowa jak na zimę na Wyspach, czyli nie do zniesienia. Zimno, mokro, do tego jeszcze przenikliwy wiatr i pokaźna warstwa chmur ponad nami, czyniąca nastrój jeszcze bardziej ponurym. Na Piccadilly Circus kręciły się tłumy przemokniętych turystów, z których połowa próbowała dostać się na rozpoczynający właśnie Chiński Nowy Rok, a druga połowa próbowała się rozeznać w mapie metra, bo własnie z powodu awarii zamknięto linię metra (typowe) powodując niemałe zamieszanie.
Szybko wydostaliśmy się ze zdezorientowanych tłumów, bo mieliśmy zamiar odwiedzić dzisiaj tylko jeden adres w Londynie: Pall Mall, dom 104, The Reform Club. To słynne miejsce, z którego Fileas Fogg wyruszył w podróż dookoła świata. To miejsce istnieje naprawdę, symbolicznie chciał stamtąd wyruszyć Michael Palin w swoją telewizyjną podróż dookoła świata. Podróżnik nie został wpuszczony do środka, bowiem do klubu dla dżentelmenów nawet obecnie mają wstęp tylko prawdziwi dżentelmeni, z odpowiednimi dżentelmeńskimi koneksjami i dżentelmeńskimi kartami kredytowymi.Dlatego znaleźliśmy adres nie próbując nawet dostać się do środka, pstryknęliśmy fotkę i podążyliśmy dalej.

Alturysta_RTW fin
Poczucie niedosytu pozostało, bo rozpocząć podróż w tak burżuazyjny sposób nijak pasuje do naszej idei, więc wsiedliśmy z powrotem do metra by odwiedzić jeszcze raz londyńskie doki. Tutaj rozpoczynały się prawdziwe przygody; tutaj rekrutowano załogę Cutty Sark, tutaj robotnicy naprawiali żaglowce, które woziły drogocenne przyprawy z Indii i Ameryk. Nieopodal wieszano piratów, jeszcze trochę dalej grasował Kuba Rozpruwacz, a po drugiej stronie Tamizy rozrawiał Oliver Twist. Tak, Doki są najlepszym miejscem do wyruszenia w wyprawę dookoła świata. Przeszliśmy się kawałek, dalej smagani deszczem i wiatrem, pokłoniliśmy się legendarnemu pubowi The George, w którym żeglarze i robotnicy wymieniali się ofertami pracy i pomachaliśmy widocznemu z oddali Królewskiemu Obserwatorium na Greenwich z legendarnym południkiem zerowym i wsiedliśmy w metro do Lotniska Heathrow. Przygodę czas zacząć!

Londyn. Koniec albo początek

Najpiękniejsze w Londynie jest to, że nie można się nim nigdy znudzić. Każdego dnia można odkryć nową uliczkę i poznać nowy zakamarek. I czy to jest zapomniany wiktoriański cmentarz w środku miasta, przypadkowo znaleziony sklep z rosyjskimi smakołykami, czy kamieniczka z malowniczo kolorowymi drzwiami wejściowymi, zawsze mamy wrażenie, że odkrywamy nowy świat. Tak było i tym razem. O Hoxton wiedzieliśmy od dawna, bo tam się kierują co piątek tłumy żądnych zabawy londyńczyków. Za skwerem otoczonym modnymi knajpami i restauracjami zaczyna się prawdziwy świat Hoxtonu.

Mijamy domy komunalne, wybudowane z biednej cegły i straszące brudnymi oknami oraz bałaganem na balkonach. Tutaj już nie zapuszczają się modni londyńczycy. Mijamy lokalny urząd pracy, stołówkę dla bezdomnych i wchodzimy na targ na Hoxton.

Nie ma tutaj banków, ani sklepów z modną odzieżą. Są sklepy charytatywne, Poundland i Iceland – kraina tanich mrożonek. Jest sobotnie popołudnie. Sprzedawcy zabawek i proszków do prania zwijają swoje parasole i stoiska na łóżkach polowych. W witrynie piekarni stoi wiekowa właścicielka i dzwoni dzwonkiem. ‚promocja, wszystko za funta’ krzyczy. Kupujemy dwa chleby (dwa za funta, jeden za 80 pensów). No i decydujemy się na babeczki z brytyjską flagą (to są olimpijskie babeczki kochanie, dodaje właścicielka z przekąsem).

Zjadło się deser, ale moment, nie jedliśmy jeszcze obiadu. Na przeciwko jest starodawna kantyna sprzedająca pewnie od stu lat paje (coś w rodzaju gulaszu zapiekanego w cieście) i jellied eels (węgorze w galarecie). Zamawiamy po pie z ziemniakami pure. Wystrój miejsca jest prawie stołówkowy; drewniane krzesła i stoły, a na podłodze rozsypane trociny. Obiad smakuje średnio, ale czego można się spodziewać od gulaszu zapieczonego w cieście i podanego z ziemniakami tłuczonymi w wodzie, wszystko pływające w sosie szczawiowym.

Węgorze są zjadliwe, po czym zgadujemy w jakim celu wysypano trociny na podłodze. Chyba za dawnych czasów ości węgorza wypluwało się bezpośrednio na podłogę, więc dla bezpieczeństwa konsumentów sypano to trocinami. Kończymy danie i słuchamy wschodniolondyńskiego akcentu obsługi, który brzmi prosto jak ze słynnego serialu Eastenders. Wycieramy ręce (nie spluwając na podłogę) i żegnamy się z życzliwą obsługa, która korzystając z małej ilości klientów sama sobie zaserwowała też paje z sosem szczawiowym. Na Hoxton Market zostają tylko śmieci po sprzedawcach, i pierwsze sklepy opuszczają grube żaluzje w oknach.

Daleko, prosto na południe, widać wieżowce City wraz z obłym ogórkiem. Żegnamy Hoxton, żegnamy też City i wyruszamy w nową drogę. I tak się kończy ten blog o Londynie i nie tylko. Wielka Brytania pozostanie miejscem, które się i kocha i nienawidzi, wszystko zależy od punktu widzenia.

(04/09/2012)

Prawie jak turysta

Warto raz na jakiś czas przeżyć takie „wygnanie” jakiego właśnie doświadczam. Dlatego, że zbyt długo przebywając w jednym miejscu zapomina się o całym pięknie otoczenia, które powszednieje z czasem. I pewnie dotyczy to nie tylko Londynu, ale także i pięknego Mazowsza i każdego miejsca na ziemi. Wybrałem się więc jako turysta do miasta Londyn.

Na pierwszy ogień katedra St. Paul’s widziana z zupełnie nowej perspektywy – otwartego niedawno nowego centrum handlowego One New Change w sercu The City.

 

 

Z dachu budynku można podziwiać pnącą się w górę łuskę – drapacz chmur The Shard, który za niedługo niczym szklana góra będzie górował nad południowym brzegiem Tamizy. Będzie najwyższym budynkiem Europy (ale niedługo, bo Rosjanie budują wyższy).

 

 

I mój ulubiony motyw Londynu, architektoniczne pomieszanie z poplątaniem.

 

 

Było to w grudniu, gdy jeszcze Wyspy Brytyjskie były jak w zimie. Nieszczęśliwy pomnik przed katedrą, któremu napadało do oczu.

 

 

Hop przez Tamizę i już jesteśmy w Tate Modern. Wystawa Ai Weiwei to pole słoneczników, porcelanowych, wykonanych w chińskiej wiosce Jingdezhen. Każde ziarenko jest wykonane ręcznie, każde jest inne, ale razem tworzą intrygujący dywan, niczym jednostka człowiecza w społeczeństwie. Zadaniem artysty było sprowokowanie odpowiedzi na pytanie: „Co to znaczy być jednostką w dzisiejszym społeczeństwie. Publiczność miała spacerować po słonecznikowym polu, bawić się bawić ziarenkami, tworząc interaktywną ekspozycję.

 

 

Niestety, po przestudiowaniu przepisów BHP, władze galerii nie dały jednostkom możliwości spacerowania po polu, ze względu na bezpieczeństwo dla zdrowia. I tak pole leży odłogiem, strażnik pilnuje i srogo dyscyplinuje jednostki próbujące łamać reguły.

 

Na koniec spacer po Southbanku. Niestety, o ile władze Tate pilnują przepisów bezpieczeństwa, to dookoła na świeżym zlodowaciałym śniegu działy się dantejskie sceny, gdzie turystom z każdej strony świata rozjeżdżały się nogi na śliskiej powierzchni. Widocznie londyńscy doradcy do spraw BHP jeszcze nie przygotowali szczegółowej analizy z wnioskami, że jeżeli spadnie śnieg i jest mróz, to trzeba użyc piasku do posypania chodników. A fe. W Polsce do takch wniosków już doszliśmy znacznie wcześniej.

(23/01/2010)

Błądząc po Londynie

Londyn ma wiele twarzy. Dla tych, którzy chcą zobaczyć ich bogactwo zapraszam na krótki spacer.

Wystartowałem ze stacji Old Street, mimo nazwy nie mającej nic z atmosfery starej uliczki. Stacja leży na granicy biznesowego City, dekadenckiego Hackney i imprezowego East Endu. To na tej stacji miksują się garniturowcy, z artystyczna bohemą oraz „wczorajszymi” grupami wyspiarzy leczących kac nocy poprzedniej.

Kilka kroków od stacji zaczyna się niezwykle malownicza Whitecross Street z ogromnymi dawnymi kamienicami czynszowymi. W tygodniu, w czasie przerwy obiadowej, swoje kramy rozkladają kucharze ze wszystkich zakątków świata. Zaledwie kilkanaście metrów chodnika i możemy poczuć się jak w Indiach, Włoszech, Chinach, Korei, Afryce.

Trochę dalej pustostany świadczące o jeszcze większej świetności przekryzysowej. Takich widoków w Londynie jest całkiem sporo. Tu dopiero widać kryzys. Podumałem trochę nad skutkami zapaści gospodarczej…

…i poszedłem dalej, aż horyzont przesłoniło całkowicie osiedle Barbican. Jest to zbudowany w 1976 roku kompleks mieszkaniowy z salami koncertowymi, galeriami, szkołami. Przykład modnej wtedy architektury brutalistycznej. Dzisiaj Barbican Estate jest największym zamieszkanym fragmentem City, a mieszkania są najdroższe w całym Londynie.

Tak wygląda Barbican w środku, szum wodospadu przypomina szum wody w Tatrach Wysokich, tylko krajobraz trochę odmienny.

Gór nie ma, za to są prawdziwe palmy. Na tle loga City of London wyglądają olśniewająco.

Pora pożegnać się z architektonicznym brutalizmem. Tutaj, na szczątkach rzymskiego muru, zaczyna się typowy krajobraz szklanego City. O ile w City mieszka tylko 8.000 osób, to pracuje tutaj ponad 300.000 pracowników.

Bogactwo mili kwadratowej widać na każdym kroku, od gęstej sieci kamer przemysłowych, poprzez przemykające niepozornie najdroższe samochody, najdroższe sklepy z zegarkami i lśniące szklane elewacje.

Ale są też starodawne kamienice mieszczące siedziby banków. Z zewnątrz niepozorne, szare, w środku lśniace złotem i kryształami.

Sobotnie City jest jak wyludnione miasto. Ciche, bezduszne. Ale ta błogość szybko się skończyła.

Spośród muru piaskowców wyłoniła się katedra św. Pawła a wraz z nią mrowisko przyjezdnych z całego świata.

Porwany przez potok kolorowych turystów dotarłem do Millenium Bridge.

Przeleciałem przez Tamizę niczym Harry Potter na miotle, minąłem galerię Tate i zanurzyłem się znów w spokoju Southwark. Dzielnica Southwark była na początku biednym przedmieściem Londynu, z czasem zaczęły mieszkać tutaj coraz bardziej znane osobistości. Wymienię tylko Szekspira, Dickensa, Chaplina, Faradaya i Michaela Caine. Dzisiaj Southwark stracił ze swojej staroświeckości, domostwa wypierają biurowce, dawna elektronia stała się świątynią sztuki, a w miejscu dawnej plaży nad Tamizą drepczą tysiące turystów.

I tu doszedłem do lśniącej i błyszczącej stacji Southwark, wciśniętej pomiędzy dwa stare wiktoriańskie wiadukty kolejowe. Ale taki właśnie jest Londyn, miejsce w którym nowe wypiera stare, a jednocześnie czuć zapach historii na kazdym kroku.

Sprawdź trasę. Zapraszam na GoogleMaps

Barking, czyli gdzie psy szczekają

Dzielnica Barking znajduje się 15 kilometrów od centrum i w wolnym tłumaczeniu oznacza Szczekaniowo (Wrocławianie powiedziliby Psie Pole). Polskie powiedzenie o psach szczekających określoną częścią ciała nie za bardzo się sprawdza, bo wprawdzie od umownego centrum Londynu – stacji Charing Cross jest daleko, ale i tak Barking leży w czwartej z dziewięciu stref taryfowych metra (czyli nie jest aż tak źle). Do Barking trafiłem z powodów zawodowych. Pan Anglik spóźnił się na spotkanie ponad pół godziny (ehh), więc z nudów robiłem zdjęcia przez okna biurowca.

Oto panorama Londynu Centralnego. Uważni obserwatorzy zobaczą i Canary Wharf (po lewej), i nawet City z Ogórkiem. A daleko w tle na pewno wprawny obserwator zobaczy park w Richmond, który jest 40 km w linii prostej.

Teraz czas na panoramę wschodnią. Jeżeli ktoś oczekuje, że po tej stronie miasta będzie się wyciszać i z każdym kilometrem będzie coraz więcej pól i wrzosowisk, jest w błędzie. Widzimy, proszę wycieczki, szeregi domów, z miniaturowymi wnętrzami i równie miniaturowymi ogródkami. Mało kogo w Londynie stać na luksus typu „dom wolnostojący”.

A to panorama południowa wraz z dzielnicą Red Bridge. Widać parę pnących się ku niebu „council blocks”, czyli bloków komunalnych, słynnych wylęgarlni młodocianych przestępców.

Na jakie wzgórze się nie wejdzie w Londynie, zawsze widać domy, miliony domów, aż po horyzont. Czy patrzy się z Hampsted Heath, czy z Greenwich, zawsze się dziwię temu bezkresnemu polu dachów. I pod każdym dachem ktoś mieszka, ktoś wstaje rano do pracy, ktoś narzeka na pogodę i na kiepską komunikację i z utęsknieniem zasypia w poniedziałkowy wieczór marząc o weekendzie.

Tymczasem przyszedł spóźniony Pan Anglik na spotkanie (stranded in the train, czyli utknął w pociągu). Dziwne, ja nie utknąłem, a jechałem tym samym). Spotkanie się skończyło, a ja miałem czas jeszcze przez moment przyglądnąć się Barking w czasie lunchu. I było co obserwować. Z jednej strony benefity, czyli bezrobotni zgromadzili się przed pubem „The Barking Dog” na pierwsze piwo, tutaj murzynka szarpie się z dwojgiem dzieci, rozmawiając przez telefon komórkowy na temat gotowania lazanii. Kapturowcy czają się za rogiem, a po drugiej stronie ulicy miejscowa straż miejska (zwana community support) obserwuje ich z niepokojem. Miejscowi biznesmeni, rodem z Indii i Sri Lanki, w garniturach z białymi skarpetkami wyskakują na kanapkę, a muzułmanin z brodą podąża do pobliskiego meczetu. Otyła emerytka jedzie na wózku, a w bagażniku siatka z daniami gotowymi ASDA. Ot, nerwowe poniedziałkowe popołudnie. Lecę do pociągu, już stoi na peronie. Źle, bo nie zdążę. Nie zdążyłem, dzwonek, please mind the doors. Stojący w środku pociągu murzyn przytrzymuje drzwi i wskakuję w ostatniej chwili. Tak, drzwi w pociągu przytrzymują tylko we Wschodnim Londynie.

(02/02/2010)

Bollywood z londyńskiej strony

Modny hinduski przemysł filmowy, z polskiego punktu widzenia wygląda niezwyle kolorowo i jak nic innego chwyta za serce. Po roku pobytu w Londynie, w którym więcej niż co dziesiąty jego mieszkaniec pochodzi z Indii, nabrałem zupełnie innego spojrzenia. Związki Wielkiej Brytanii z Indiami, mimo zniesienia kolonializmu, są nadal bardzo żywe. Zacznijmy od brytyjskiego dania narodowego – chicken tika masala (kurczak curry), zaczerpniętego prosto z Półwyspu Hinduskiego choć zupełnie tam nieznanego. Wspomnę wspólny sport – krykiet, którego popularność bije rekordy zarówno w Londynie jak i Mumbaju. No i dodam, że mimo zmian ustroju, Elżbieta II jest także królową Indii.

Nie ma co się dziwić, że Londyn jest ziemią obiecaną dla milionów Hindusów, Pakistańczyków, mieszkańców Sri Lanki i Bangladeszu. Wiza do Wielkiej Brytanii to przepustka do lepszego świata. Na Wyspach zarabia się kilka razy więcej, a w porównaniu z najbiedniejszymi wioskami Indii, nawet kilkanaście razy więcej. Wspomina o tym arcyciekawa książka Moniki Ali „Brick Lane”. Ponoć szczęśliwcy osiedlający się w Londynie otrzymują listy od całej wioski (łącznie z sołtysami), z prośbami o wsparcie finansowe. Hiduscy Londonerzy chwalą się za to swoimi meblościankami w wynajmowanym pokoju, które są namacalnym dowodem na awans społeczny. Inwazja Hindusów trwa od lat kolonijnych, stąd są oni już całkiem nieźle wchłonięci przez multikulturową stolicę. Trudnią się oni głównie handlem (słynne „idę kupić chleb do Hindusa na rogu”), usługami, pracami mniej wykwalifikowanymi. Chociaż z biegiem lat, coraz większy procent uchodźców z Półwyspu Indyjskiego przebija „szklany sufit” i awansuje, zarówno w biznesie jak i administracji. Uczą się londyńskiego akcentu, chłoną zwyczaje i zapewne następne pokolenie będzie już miało brytyjski paszport i nienaganny akcent. Wchłonięcie przez obcy kraj nie oznacza odcięcia się od swoich korzeni. Widać to dobrze na ulicach, gdyż Hindusi nie boją się nosić wilobarwnych odświętnych strojów, Sikhowie chodzą w charakterystycznych turbanach, a Muzułmanie zapuszczają brody i podążają na modlitwy, jak to robili ich przodkowie.

I tu pojawia się ta gorzka nuta Bollywoodu. Mianowicie, nawet kompletne przeniesienie do nowoczesnego społeczeństwa nie zmienia mentalności i nie wymazuje starych uprzedzeń. Rodziny imigrantów mogą zachować swoje zwyczaje w całości, włączając w to wielożeństwo i łamanie podstawowych praw kobiet. Pisze o tym Monika Ali, ale spotkałem się z tym też w pracy. Abdul, hinduski muzułmanin w wieku dwudziestu kilku lat czeka na wiadomość od rodziców, którzy mają mu znaleźć w Indiach żonę. Było już kilka kandydatek, ale niestety rodzice przyszłej młodej pary się nie dogadywali się i nie dochodziło do zaręczyn. (Tu małe wyjaśnienie – indyjscy muzułmanie muszą zapłacić rodzinie panny młodej, ci wyznania hinduskiego płacą rodzinie pana młodego.) Z przyszłymi kandydatkami Abdul kontaktuje się przez Skype i maila, bo do Indii przyjedzie dopiero na ślub, jak już będzie wszystko załatwione. Nie wspominaj o Abdulowej egzegezie wielożeństwa (trzeba po prostu więcej kochać i mieć więcej pieniędzy, to duża odpowiedzialność mieć parę żon). O tym opowiada właśnie „Brick Lane”. Optymistyczne, że bohaterka książki zdołała się wyzwolić i usamodzielnić. A ile jeszcze kobiet, spośród półmilionowej społeczności, nie opuszcza w ogóle swoich mieszkań komunalnych, żyje wyłącznie wśród rodziny i krewnych, nie znając języka, miasta, zwyczajów?

 

Znajomy, mieszkający parę lat w Indiach, powiedział kiedyś, że Hindusi i Polacy mają bardzo podobną mentalność, sposób bycia. Zaiste, ten uporczywy konserwatyzm, przywiązanie do wartości i impregnacja na trendy z zewnątrz jest naszym błogosławieństwem i przekleństwem. Ponadto polski talent do interesów wygrywa w Europie, ale w skali światowej Hindusi nas bija na głowę. Może dlatego obie nacje patrzą na sobie z dystansem, jeżeli nie niechęcią? My gardzimy „ciapatymi”, krytykujemy ich pazerność, a oni pewnie myślą to samo, bojąc się o stanowiska pracy i prosperujące interesy.

Obserwując hinduska mniejszość, zastanawiam się, jak będzie wyglądała polska emigracja po parunastu latach? Gdy wyjadą „plasterzy” i „painterzy”, POSKowa emigracja starej daty wymrze, a zostaną zmywaki z wyższym wykształceniem, które mozolnie i pracowicie szukają swojego miejsca w piramidzie pokarmowej wielkiego miasta?