Archiwa tagu: Laos

Galeria: Zabierz mnie tam. Natychmiast.

DSCN6302

DSCN5639

DSCN4852

DSCN3947

DSCN0263

DSC_5175

DSC_2808

DSC_2234DSC_1172

DSCN6904

ZABIERZ MNIE TAM. NATYCHMIAST:

1.Egipt, Nuweiba

2. Laos, Vang Vieng

3. Nowa Zelandia, Turangi

4. Boliwia, Tupiza

5. Tajlandia, Koh Tao

6. Indonezja, Jawa

7. Anglia, South Downs

8. Szwecja, Vrango

9. Maroko, Essauira

10. Grecja, Santorini.

Reklamy

Pożegnanie z Krainą Spokoju

Pierwsze godziny upłynęły spokojnie, jedynymi atrakcjami była długa akcja zbierania pieniędzy za bilety i rozdawania pasażerom plastikowych reklamówek. Z mojego doświadczenia, gdy rozdają plastikowe torebki, można się spodziewać niemałych atrakcji. Mijaliśmy głównie dżunglę, gdzieniegdzie poprzetykaną polami ryżowymi i mizernymi wioskami. Szybko się zrobiło ciemno, pozostało tylko słuchanie monotonnego miejscowego karaoke, które kierowca męczył na CD przez ładnych parę godzin.

Dochodziła północ, gdy wjechaliśmy w góry. Autobus zaczął się wspinać po serpentynie. W ruch poszły pierwsze woreczki – to miejscowym, nieprzywykłym do jazdy pojazdami mechanicznymi rozsupłały się żołądki. Nagle coś potwornie zgrzytnęło, widocznie skrzynia biegów. Jechaliśmy dalej, droga dalej pięła się pod górę – raz gładko, raz wyboiście, w zależności jak górski żywioł potraktował dany odcinek szosy. Nagle autobus zmienił bieg przed kolejnymi wertepami, zazgrzytał okrutnie i stanął. Była pierwsza w nocy. Na nieszczęście byliśmy tuż nad skrajem przepaści, na zakręcie, dookoła dżungla, tylko gdzieniegdzie widać domostwa pobliskiej wioski. Z tyłu trąbienie. Niestety, robiąc slalom pomiędzy dziurami i kałużami stanął dokładnie w poprzek drogi, blokując przejazd ciężarówkom. Z tym nie było problemu, w dziesięć minut za pomocą drugiego trucka z naprzeciwka zostaliśmy wyciągnięci z dziury i wyprostowani. Gorzej było ze skrzynią biegów. Kierowca i pomocnik otworzyli klapę, a reszta autobusu zaglądała im z zaangażowaniem przez plecy, świecąc komórkami i latarkami. – Ojj – powiedział kierowca wskazując na jakąś kompletnie urwaną część napędu. – Ojj – powiedział pomagier, łapiąc się za głowę. – Ojj – potwierdzili zgromadzeni pasażerowie. Potem przemówił kierowca, oczywiście po laosiańsku. Nic nie zrozumieliśmy, ale na widok miejscowych wracających ze stoickim spokojem do autobusu, wyciągających koce i kładących się spać zrobiliśmy posłusznie to samo. Było ciemno, ciepło i przytulnie. Zasnęliśmy całkiem szybko, oprócz przemalowanego na ryżo Japończyka, który przyzwyczajony do superszybkich bolidów nie potrafił się dostosować do sytuacji.

Obudziło nas pianie kogutów i ranne szczekanie psów. Obudziliśmy się i my i wylegliśmy z autobusu. Przez parę godzin sytuacja się nie zmieniła, dalej czekaliśmy na pomoc. W pobliskiej wiosce ktoś zaczął gotować makaron na śniadanie, wyległy zaciekawione dzieci. Drogą szła grupa ludzi dźwigających worki z ryżem. Młodzi mężczyźni, kobiety, schyleni w pół pojawiali się z zarośli na górze szosy, szli kawałek drogą po czym znikali w kolejnych zaroślach. Byli tak skupieni na niesieniu ciężaru, że nawet nie zauważyli naszego autobusu z naszymi błahymi problemami.

W końcu przyjechał autobus, przeładował bagaże i zabrał nas w dalszą drogę. Po pięciu minutach okazało się, że zniknęła trójka amerykanów, którzy wybrali się na spacer po okolicy. Zawróciliśmy, dopiero po paru kilometrach znaleźliśmy zdobywców przygód. Nie koniec kłopotów, bo po otrząśnięciu się z szoku dzieci wujka Sama zorientowały się, ze ich plecaki wraz z pieniędzmi i paszportami zostały w poprzednim autobusie, który został w międzyczasie naprawiony tymczasowo i nas minął kilkanaście minut wcześniej. W końcu na postoju w kolejnej małej wiosce z zabłoconym rynkiem amerykanie odzyskali swoje plecaki. Postój był krótki, na śniadanie mieliśmy do wyboru albo dziwne potrawy z żywych węży zapakowane w plastikowe woreczki, płaskie wysuszone kałamarnice, stare pieczone jajka (z pisklakami w środku) albo coś wyglądające na rosół. Dopiero zaczęliśmy jeść, gdy autobus zatrąbił – jedziemy dalej. Sprzedawczyni rosołku nie straciła zimnej krwi, wzięła od nas talerze i wlała je do reklamówek, dając rurkę plastikową i łyżkę na drogę.

lao2

lao3

Pięć minut po ruszeniu z postoju okazało się, że zostawiliśmy ryżego Japończyka, który rozpaczliwie szukał toalety w czasie postoju. Wróciliśmy do wioski. Przerażony podróżnik stał właśnie na środku błotnistego rynku i zastanawiał się, co dalej z sobą zrobić (oczywiście plecak z paszportem i pieniędzmi zostawił w autobusie).

Pojechaliśmy dalej, słońce było już wysoko, robiło się ciepło, tymczasem autobus zaczął zjeżdżać z gór serpentyną z tysiącem zakrętów. No, może dwoma tysiącami. Każdy zakręt miał sto osiemdziesiąt stopni, a my czuliśmy się jak w całkiem efektownej karuzeli. Przestało to nas bawić po dwóch godzinach, gdy większość pasażerów wpatrywała się w plastikowe reklamówki żegnając się ze śniadaniem. My trzymaliśmy się dzielnie (to znaczy na granicy), podczas gdy siedzący obok ryży Japończyk męczył się już od paru godzin.

W końcu wjechaliśmy w niziny, mijając plantacje bananów, trzciny cukrowej i kolejne pola ryżowe. Wysiedliśmy w przygranicznej Huay Xai. Granicą była tutaj rzeka, a przejściem granicznym parę budynków portowych.

lao4

Nie zważaliśmy już na aroganckie Tajlandki, które wydębiły od nas ‚specjalną’ opłatę graniczną, po czym wpakowały do łodzi motorowych, które miały nas przewieźć przez rzekę. Płynęliśmy po raz ostatni podczas tej podróży Mekongiem, rzeką – matką Azji Południowo – Wschodniej jednocześnie się z nią żegnając. Z przodu cywilizacja – murowane zabudowania Tajlandii i widniejący z daleka portret miłościwie panującego króla, za nami poszarpane góry, zamglone wąwozy, drewniane chałupki i spokój. Ojj. Będziemy do tego spokoju tęsknić.

W sumie podróżowaliśmy nie dziewiętnaście, ale dwadzieścia sześć godzin. Brzmi to przerażająco, ale w Laosie naprawdę czas płynie inaczej i zegarek, planowanie i harmonogramy należy porzucić już przy wjeździe do kraju spokoju i relaksu.

Przydatne informacje: Do Laosu najlepiej dostać się przez Chiang Mai – z Bangkoku są nocne pociągi. Potem już pozostaje tylko autobus, ewentualnie autobus łączony z podróżą łodzią do Luang Prabang. Na pewno szybciej jest się dostać samolotem do Luang Prabang, ale bez długich podróży Laos nie jest już Laosem.

We wtorki Budda śpi

Luang Prabang jest tak małe, że właściwie całe miasto można zwiedzić w dwa dni. Większość turystów jednak zostaje tu na dłużej, by nacieszyć się pięknem okolicy: porośnięte dżunglą góry, brunatny Mekong, bananowce, palmy i drzewa durianowe. Patrzeć i zwiedzać. Dlatego Luang Prabang robi się coraz droższy, coraz piękniejsze pensjonaty w dawnych drewnianych willach, coraz mniej lokalnych miejsc, a więcej restauracji z zachodnim menu. Gęstnieje tłum wakacyjnych Francuzów, Niemców i Amerykanów. Ale wystarczy popłynąć promem na drugi brzeg Mekongu, do dzielnicy Chompung, by poznać inne oblicze Laosu.

luang prabang1
Najpierw targ, ale taki prawdziwy, na którym się nie kupi kolorowych wyszywanych poszewek na poduszki i tysiąca figurek buddy. Tutaj królują chińskie karabiny dla dzieci, kobiety wędzą świeżo złowione ryby i grillują szaszłyki z drobiu: z serca, wątroby i innych części ciała drobiu, nie zgadujemy nawet jakich. Są ryżowe placuszki i pakiety z ryżowymi przekąskami zawinięte w liść bananowca. Kawałek dalej kończy się droga zbudowana przez Unię Europejską (jak dumnie głosiły tabliczki) i pozostaje gruntowa, gliniasta ścieżka, po której chodzą kaczki, kury i dzieci, zawsze ciekawe cudzoziemców.
Potem są już tylko świątynie, jakby cała ta część Mekongu była święta. Najpierw zwiedzamy stupę na wzgórzu, świątynia biedna, otynkowana na biało, ale za to widok przedni. Następny klasztor położony już niżej, ale z pięknym miejscem modlitwy, ze ścianami pokrytymi złotymi malowidłami. Jest południe; spokój, cisza. Słychać cykady w pobliskiej dżungli, młodzi mnisi w pomarańczowych habitach bawią się w chowanego, gdzieś szczeka pies, chodzą kurki, pieje kogut (ale buddyści są chyba wegetarianami, czy jak).
Co rano mnisi przekraczają rwący Mekong i tworzą procesję, w której miejscowi właściciele biznesów składają im ofiarę z ryżu i jedzenia. Podobno to nawet nie buddyzm, ale laotański animizm, wiara, że obdarowanie mnicha to przebłaganie duchów przodków i zapewnienie sobie pomyślności. Mimo wczesnej pory (6ta rano) ceremonia przyciąga tłumy turystów w strojach kąpielowych, którzy błyskają światłem fleszów i pozują do fotografii z zakonnikami, traktując religijny obrzęd jak pokaz małp w zoo. Ile razy w czasie naszej podróży obserwujemy, jak tradycja lokalna staje się okazją własnej popularności? Ciekawe co o wypaczonej ceremonii myśli Budda w jego tysiącu posążków w Luang Prabang? Pewnie jest zrelaksowany, tak jak jego leżąco-śpiąca figurka. Napotkaliśmy właśnie w Luang Prabang siedem figur Buddy, każda statuetka na inny dzień tygodnia. We wtorek Budda leżał (bo tego dnia umarł – podpowiada mnich). Ale ja myślę, że we wtorek po prostu Budda już był zmęczony tygodniem. „Co za piękna religia” – komentujemy. „Bóg katolicki każe harować sześć w dni tygodni i potem można łaskawie odpocząć, a Budda już sobie ucina drzemkę we wtorek. Żyć nie umierać.”

PS. Mnich buddyjski w Tajlandii nie potrafił wytłumaczyć dlaczego w Laosie Budda śpi we wtorki.

luang prabang2
Praktycznie: warto pożyczyć motocykl i pojeździć po okolicznych wodospadach, świątyniach, warto przez chwilę też siąść nad brzegiem Mekongu i nie robić nic, oglądając przypływające i odpływające łodzie i obserwując jak płynie sobie spokojnie wielka rzeka.

Banany tylko dla Buddy

Vientiane – stolica Laosu – ma niewiele ponad 200 tys mieszkańców. Gmachy ministerstw wyglądają jak bloki, a główna ulica przypomina deptak średniej wielkości miasta powiatowego w Polsce.
Gdy Amerykanie podarowali Laosowi cement na budowę nowego pasu startowego w lotnisku, ci zbudowali z niego łuk triumfalny (nazywany teraz przez ekspatów pionowym pasem startowym).

W głównej narodowej świątyni na podłodze śpi piesek, a dookoła łazi cętkowany kot. Parę osób zwiedza i ogląda setki posążków posążki Buddy (są wszędzie, przed większością skarbonki na pieniążki, niektóre mają zatknięte w rękach kwiaty czy banknoty). Przemykają młodzi mnisi – w Laosie każdy chłopak przynajmniej na parę miesięcy trafia do klasztoru na naukę. Jest pora sjesty, więc młodzi mnisi śpią na posadzce w świątyni. W cieniu i pod wentylatorem jest najmilej.

Alturysta_Vientiane1 Alturysta_Vientiane2
Popołudniem spacerujemy wzdłuż Mekongu. Inna to rzeka niż w Bangkoku, Phnom Penh, czy w Sajgonie. Tutaj wzdłuż brzegu spaceruje tylko kilkanaście osób, głównie miejscowych.

Alturysta_Vientiane3

Pomnik jakiegoś ojca narodu komunistycznego góruje nad okolicą, a miejscowi składają wodzowi kwiaty i owoce, kłaniając się nabożnie. Grasuję wszechobecni staromodni fotografowie, potrafiący w parę minut dostarczyć zrobioną właśnie fotkę w ramce (pozłacanej!)
Wieczór – szukamy czegoś do zjedzenia, a tu pozamykane. Jest niedziela, czynny jedynie studencki bar z karaoke, w którym studenci próbują swoich sił wokalnych. Jest to rodzaj rytuału godowego, bo najpierw śpiewają dziewczyny, a chłopcy siedzący przy osobnych stolikach je obserwują i dopingują, potem mikrofon trafia do dżentelmenów, którzy znowu są adorowani przez niewiasty. Ani jedni ani drudzy nie potrafią śpiewać i męczą importowane z Tajlandii miłosne piosenki.

Wypijamy piwo, pora wracać, bo psy, dotąd łagodne i leniwe, w nocy robią się czepialskie i dociekliwe. Chcemy jeszcze kupić kiść bananów na kolację, ale nie można. To są banany dla Buddy, wnioskujemy z oburzonej miny sprzedawczyni. My, biali profani, zjedlibyśmy je od razu, a one najpierw są położone na ołtarzu, potem ewentualnie zjedzone przez mrówki, mnichów albo łagodne dniami psy.