Archiwa tagu: katolicyzm

Dziwny pochód Trzech Króli

Kończyliśmy właśnie pożegnalną kolację na ruchliwej ulicy w Los Christianos na Teneryfie, gdy zauważyliśmy coś niecodziennego. Ulica, dotąd pełna samochodów, opustoszała, a wzdłuż deptaka zaczęły się gromadzić  grupki miejscowych. Aha, szykuje się jakaś uroczystość! „To będzie parada Trzech Króli” powiedział kelner, zabierając pustą patelnię po dopiero co zjedzonej paelli. Poczekaliśmy chwilę, ściemniło się, aż w końcu ruszyli. Najpierw policja rzucająca cukierkami w tłum, potem poczta ochoczo rozdająca słodycze dzieciom, no i strażacy. A potem korowód robił się coraz bardziej wesoły. Zespoły salsy, orkiestry, tańczące dzieci, szczudlarze, sztukmistrze, no i … tak, dobrze widzę, Pszczółka Maja. Potem Myszka Miki, Kaczor Donald, wszyscy oblepieni przez dzieci, które wybiegały z tłumu i witały się z postaciami z ulubionych bajek. Był też Minionek, z racji popularności wspierany przez ochroniarza (inaczej dzieciarnia by go przewróciła ze szczęścia). Potem szły dzieci z węglem – dopiero później doczytałem, że to nie żaden związek zawodowy kopalń na Teneryfie, ale nawiązanie do hiszpańskiego zwyczaju dawania niegrzecznym dzieciom nie rózg, ale węgla.
image

image

image

Po popkulturze przyszła pora na tradycję. Pojawiły się przestraszone wielbłądy, dworzanie i w końcu Trzej Królowie, którzy złożą pokłon Maryi, Józefowi i Dzieciątku już czekającycb w uroczystej szopce pod domem kultury Los Christianos. Królowie cieszyli się, pozdrawiali rozbawioną hiszpańsko-europejską publiczność i rzucali cukierkami. Ostatni król był afrykańczykiem, takim jakich wiele na Teneryfie, sprzedających podróbki torebek Louis Vitton i okularów Gucciego, wiecznie ściganych przez policję i liczącymi cent do centa. „To trzeci król był murzynem, tak jak ci uchodźcy”? Usłyszałem dziewczynkę pytającą swoich rodziców, z akcentu Irlandczyków. „Tak, był”, odpowiedzieli rodzice.

Trzej Królowie pomaszerowali dalej oddać pokłon Jezusowi, który też był uchodźcą, a ja zostałem z rozbawionymi europejczykami, udającymi się do pubów i restauracji i do swoich hoteli, bezpiecznych, odizolowanych (na razie) od problemów bardziej nieszczęśliwej części świata.

Reklamy

Jezus Chrystus od pieniędzy i znajomości

„Chcę wam pokazać moją uczelnię” zaproponowała nasza przewodniczka po Tajlandii. Przytaknęliśmy grzecznie, chociaż ostatnią rzeczą jaką chcieliśmy robić było zwiedzanie czegokolwiek w ukropie lejącym się z nieba. Uczelnia nazywała się „Assumption University” i dopiero kiedy minęliśmy ogromną statuę Chrystusa, zorientowaliśmy się, że jest to uczelnia katolicka. Dziwne to  wrażenie w kraju zdominowanym przez buddyzm.

Assumption1

Już sam wjazd na kampus zrobił wrażenie: szeroka droga wzdłuż pięknego parku, po jednej stronie jeziorko, na której zobaczyliśmy rzeźbę przedstawiającą konie biegnące po wodzie (w stylu raczej licheńskim). Na drodze duży korek, bo właśnie się skończyły zajęcia. Jak się okazało, wiele studentów ma własne limuzyny z szoferami, ci biedniejsi korzystają z publicznych minibusów. W środku kampusu, wśród ogromnych budynków dookoła wystrzyżona trawa i ozdobne krzaki i bogaci żakowie czekający na swoje limuzyny pod daszkiem przynoszącym cień. Teren uczelni jest ogromny, gigantyczne gmachy, poprzetykane świętymi figurami i czasami rzeźbą Mozarta czy jakiegoś naukowca. Przed salą gimnastyczną pokaźna statua Jana Pawła II.

„Tą uczelnię kończy każdy, kto chce pracować w wielkim biznesie” – wyjaśnia Annie. „To nie wiadomości, to kontakty są najważniejsze”. Pytam nasza przewodniczkę, czy muszą uczestniczyć w nabożeństwach i mszach, w końcu misja to misja. „Nie, trochę wiemy o chrześcijaństwie” – mówi nasza tajska przewodniczka – „w głównym holu wisi nawet obraz – jak się to nazywa – Ostatnia Wieczerza”.

Assumption2
Stoimy w korku razem z limuzynami studentów i podziwiamy okoliczne akademiki, a raczej bloki z mieszkaniami do wynajęcia. Nazwy mówią wiele „Party Ever” „Bar Code” „VIP Place”. „W niektórych są baseny, to miłe zanurzyć się po zajęciach w basenie” mówi Annie. Jedziemy jeszcze trochę i wracamy do normalnej Tajlandii, z rynsztokami, z biednymi stoiskami z jedzeniem, z biednymi kramikami z odzieżą i warzywami. Jak wszędzie, są miejsca dla wybranych i są miejsca dla pozostałych szaraków.

Rada oczywista: Assumption University chyba nie warto zwiedzać. Za to w Bangkoku radzę zatrzymać się w pobliżu stacji Siam. Stąd jest łatwy dostęp do wielu dzielnic w mieście, blisko to metra, które może nas zawieść na lotnisko czy stację kolejową. Nie polecam Koh San Road, tradycyjnej mekki backpackerów, miejsca nastawionego wyłącznie na zachodnich młodocianych turystów i nie mającego nic wspólnego z prawdziwym Bangkokiem. Ponadto z Koh San Road wydostać się można jedynie taksówką.