Archiwa tagu: Hong Kong

Zobacz: H2O

CIMG2831

CIMG3201

DSC_1136

DSCN0003

DSCN0595

DSCN0868

DSCN2526

DSCN3783

DSCN6528

DSCN7908

1. Albania, Butrynt

2. Kosowo, Prizren

3. Włochy, Wenecja

4. Hiszpania, Tossa de Mar

5. Dania, Kopenhaga

6. Kambodża, Siema Reap

7. Rumunia, Bukareszt

8. Boliwia, Uyuni

9. Australia, Blue Mountains

10. Hong Kong

Reklamy

Miasto bez nieba

Przyznam się, że mam problem ze śniadaniami w Południowo-Wschodniej Azji. Po nocy, spędzonej w pokoju bez klimatyzacji (albo z klimatyzacją nie działającą), organizm jest już od razu trochę jakby wyżęty z sił i wymęczony. Idzie człek do lokalnego ulicznego baru, a tutaj zamiast zwyczajowej europejskiej owsianki czy kanapek czeka gorąca zupka, smażony ryż, gorące naleśniki, czy – jak w Hong Kongu – gorące pierożki wonton. Jem więc posłusznie, pot skrapla się właściwie wszędzie, gorąco rozchodzi po ciele i jest tylko zwiastunem kolejnego upalnego dzionka. Tylko pomarzyć, gdy siedzi się – tak jak teraz – w zimowym pejzażu i wspomina tropiki.
W Hong Kongu jest bardzo gorąco, i na dodatek parno, zwłaszcza gdy deszcz pada parę razy dziennie. Dlatego sklepy kuszą klimatyzacją; wstępujemy choćby na chwilkę aby ochłonąć i odpocząć. Ta metropolia jest naprawdę szalona. Kluczymy wśród drapaczy chmur i rzadko widzimy niebo. Budynki mają po kilkanaście pięter i są postawione właściwie jeden na drugim, ulice są niczym wąwozy, a ludzie mieszkają dosłownie jak w mrowisku. Jest to miasto bardziej pionowe niż poziome.

HK1
Kaskadą schodów ruchomych wjeżdżamy na Middle Levels, wyższe partie miasta, zamieszkałe przez bogaczy. Gdzieniegdzie pojawia się willa, ale większość to znowu blokowiska, tylko położone bliżej nieba, z widokiem na zatokę. „Patrz, w tym bloku chyba każdy pokój ma okno, tak bogato to wygląda” zauważamy. Dalej jest małe zoo, w którym w klatce siedzą lemury, „Mają smutne miny, chyba nie wiedzą, że mają metraż mieszkanka ogromny jak na tą metropolię”. Pani ze specjalistycznej firmy wyprowadza psy (właściciele pracują od rana do wieczora widocznie), każde siku polewa wodą, aby było estetycznie. Toalety psie są rozstawione do kilkanaście metrów, gorzej z ludzkimi, ale oprócz niań do psów mało kto chodzi po Middle Levels. Jeszcze parę kroków i już Victoria Peak, słynny szczyt, z widokiem na dachy drapaczy chmur. Dżungla bloków i prawdziwa dżungla dookoła nas zapiera dech. Tam w dole, w spalinach, wyziewach z kuchni i hałasie klimatyzacji łatwo zapomnieć, że dawniej była to kolejna wyspa porośnięta dżunglą.
Następnego dnia wybieramy się promem do małej wioski po drugiej stronie archipelagu. Tu jakby czas się zatrzymał; sieci rybackie, chińskie domki z dykty i blachy nad brzegiem morza, małe świątynie taoistyczne, zapach suszonych kalmarów i wszechobecne kulki rybne. Bierzemy ostatnią kąpiel, obok napisu „uwaga, niebezpieczeństwo rekinów, kąpielisko ogrodzone siatką”. Jest rajski i sielankowo, gdyby nie szum pobliskiej elektrowni, która trochę psuje nam widok. Cóż, w czasie dwustu dni podróży mieliśmy ładniejsze miejscówki, ale i ta ujdzie.

HK3

Szalejemy dalej i kolejką linową podróżujemy do Wielkiego Buddy przy klasztorze Po Lin. Jedzie się pięknie, ponad zatoką, dżunglą i górami. Na miejscu jest okropnie, skrzyżowanie Częstochowy z centrum handlowym. Pizza, fastfoody, plastikowa wioska i równie plastikowy Budda wielkości Chrystusa ze Świebodzina. Brak duchowości, tylko nerwowe przepychanie się z chińskimi wycieczkami w kolejce powrotne.

Już na koniec odwiedzamy muzeum herbaty i sklep z herbatą w przedziwnym domu towarowym, w którym sprzedają superdrogie gniazda ptasie (do jedzenia, dobre na wszystko). Przyjazna sprzedawczyni przygotowuje dla nas ceremonię picia tego legendarnego dla Chińczyków napoju. Ba, jesteśmy częstowani nawet 40-letnim Pu Erh – dla chętnych krążek starzejącej się herbaty do kupienia po dwa tysiące dolarów. Rozkoszujemy się słomianym smakiem herbaty, popijamy – jak każą podczas ceremonii – trzy łyki. Dla ziemi, dla nieba i dla człowieka. By dobrze myśleć, by dobrze mówić, by dobrze życzyć innym. Przedzieramy potem się znowu przez nerwowy tłum, by wsiąść do supernowocznego pociągu na lotnisko. To właściwie ostatni kawałek podróży, a może początek kolejnej?

Rady praktyczne: Nie jedźcie do Disneylandu, warto za to wybrać się do parku rozrywki Ocean Park. Rollecoaster Hair Riser nalezy zaliczyć w pierwszej kolejności!

Najtańsze i przewidywalne jedzenie można znaleźć w sieciówce Cafe Coral, jest wszędzie. W innych miejscach odwaga zalecana, bo obsługa mówi głównie po chiński i menu też raczej dla nas nieczytelne.

Chungking Express

Chungking Mansions to właściwie Hongkong w miniaturze. Można zobaczyć, przeży ć noc w tym budynku i wyjechać z tego miasta. Albo można zobaczyć całą metropolię nad ujściem rzeki Shizi i bez noclegu w tym brudnym i zaplutym blokowisku nie zobaczyć nic.

Co to jest Chungking Mansions? To gigantyczny kompleks czterech kilkunastopiętrowych bloków – dawniej mieszkań komunalnych dla rozrastającego się mini-państwa, teraz mieszanina tanich hosteli, podejrzanych spelunek, dziwnych biur i półlegalnych manufaktur. Wszystko to połączone brzydkim centrum handlowym które wychodzi na jedną z bardziej reprezentacyjnych ulic Hongkongu.

Nasz hotel (na pewno hotel?) nazywa się Australia Hotel i jest na szesnastym piętrze. W recepcji niegrzeczny Arab rzuca nam klucze, idziemy do pokoju jeszcze dwa piętra wyżej, po klatce schodowej zakurzonej i tłustej od wyziewów z kuchni. Nasz pokój ma – dokładnie zmierzyłem – ma szerokość dwa metry i tyle samo długości. W pokoju jest łózko, stolik i mini łazienka, w której do woli można albo korzystać z toalety, albo nad tą toaletą brać prysznic.

Pokój ma okno, którego połowę zajmuje stary buczący klimatyzator. Zresztą nie ma za bardzo co oglądać – widać tylko niewielką studnię wewnątrz bloku, z innymi oknami, rurami kanalizacyjnymi i wiszącymi swobodnie kablami elektrycznymi. Nieba nie widać.

hk1

 

Chungking Mansions zmieniają się jak zaczarowany las. Rano stoiska oferują parasolki, płaszcze przeciwdeszczowe, mapy dla turystów i płyty CD. Wieczorem kioski się zamykają, a otwierają sex shopy z dildami, krucyfiksami i kolorowymi czasopismami. Rano hindusi sprzedają repliki zegarków, wieczorem ci sami handlują haszyszem i kokainą. Tylko stoisko z dewocjonaliami jest czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę, oferując statuetki Buddy, Ganeszy i Jezusa razem z chińskami zestawami do czarów i medalikami taoistycznymi. Naganiacze zapraszają do restauracji serwujących wszystkie danie świata; są i nokalne zupki z pierogami wonton, są biriani prosto z Półwyspu Indyjskiego, są afrykańskie jadłodajnie, a w dole japońska cukiernia dla cyber-hipsterów.

Jest tu prawie jak w Wieży Babel. Socjolog mieszkający w tym budynku naliczył 129 przedstawicieli różnych narodowości mieszkających w jednym czasie w tym miejscu. (w tej paszczy smoka – poetycko dodają dziennikarze). Mieszkańcy molochu spotykają się przy windach.  To znaczy czekając na windy, bo małe kabiny nie nadążają z rozwożeniem pasażerów na kilkanaście pięter. Czekamy więc w kolejce, obserwując nudne ekrany pokazujace widok z kamer w windach. Naprzeciwko nas, na małym stoisku Chińczyk pracowicie otwiera pudełka z nokiami i wkłada do nich instrukcje w języku wyglądającym na chorwacki. Ciekawe, ile towarów które mamy w domu przepłynęło przez Hongkong i było pakowane (w oryginalnym opakowaniu) w Chungking Mansions? Obok Arab odbiera telefon od „moja żona 2” i coś jej długo tłumaczy. Czekamy dłużej, bowiem inna rodzina właśnie się wyprowadza z budynku, blokując jedną windę. A ten Amerykanin to zabrał miejsca za trzech – wzdychamy przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. W końcu jesteśmy w środku, mieści się tylko osiem osób, ale zmieściło się jeszcze tajemnicze tekturowe pudło. Pakunek jest odbierany przez Afrykanina na czternastym piętrze, zaglądamy, a tam wielka hala, z porozstawianymi maszynami do szycia i setką Chinek szyjących jakieś dresy. Pewnie markowe adidasy, które za trzy miesiące będą wypakowane z kontenera w Gdyni.

hk4

hk3

Czy jest niebezpiecznie w Chungking Mansions? Tam gdzie my chodzimy nie, bo wszystko kamerowane przez telewizję przemysłową, ale co się dzieje na wszystkich pietrach tej piramidy, ile praw człowieka jest tam łamanych, ile szmuglerów ludzi – narkotyków – broni – kosztowności zbiło tam fortunę? A ile policyjnych obław miało tutaj miejsce? Magazyn The Economist porównał ten gmach do Kantyny Spaceport z Gwiezdnych Wojen, inni nazwali blokowisko postmodernistyczną Casablanką, a reżyser Wong Kar-wai umieścił akcje filmu Chunging Express właśnie tutaj.

hk2

W Chungking Mansions mieszkamy siedem dni, na tyle długo aby znienawidzić to miejsce, aby przyzwyczaić się do przejmującego odoru kuchni, potu i brudnych posadzek. Ale pomaga to nam bardziej zrozumieć to miasto, miasto wyjęte z jakiejś post – apokaliptycznej opowieści. Miejsce w którym nie widać horyzontu ni nieba, a za zachody słońca i gwiazdy robią neony. Nie ma w Hongkongu śpiewu ptaków, ani cykania świerszczy, jest za to szum klimatyzatorów i klaksony samochodów.