Archiwa tagu: herbata

Nie masz czasu? Nie pij herbaty

Nie będę pisał o centrum Melaki, z uroczymi domkami w kolorze ciemno-ceglanym. Zabytek UNESCO, więc trzeba zaliczyć (w tłumach chińskich turystów) i odhaczyć. Nas najbardziej zauroczyły Chinatown i Little India, z mozaiką niespotykaną nigdzie chyba na świecie. Mijamy więc chińskiego krawca, hinduską kwiaciarnię (przyświątynną) i meczet. Po chwili słychać na cały regulator ostatni hit Bollywood z hinduskiego sklepu muzycznego, krok dalej kupić można lokalne słodycze z mleka sojowego, no i na końcu jest muzułmańska restauracja. Kultury, narodowości, religie żyją więc obok siebie i prowadzą swoje własne biznesy, zachowując swoją tożsamość, ale nie walcząc ze sobą.

Alturysta_melaca1

Siadamy na obiad w restauracji, która mimo iż podaje potrawy Halal, zgodnie z zasadami islamu, to jest prowadzona przez chińczyka, a jedną z potraw jest Mee – smażony makaron ryżowy. Naszym celem jest jednak poznanie i nauczenie się ceremonii herbaty. Ktoś się żachnie „co tu specjalnego w piciu herbaty?”. Jednak chińska i japońska tradycja traktuje picie herbaty jako coś więcej niż wrzucenie torebki Liptona do kubka i zalanie jej wrzątkiem. Azja wynalazła herbatę, herbatą żyje, dlatego warto poznać inny punkt widzenia na nasz codzienny napój. Udajemy się do pana Lee, mistrza ceremonii herbaty i zasiadamy.

Wykład pana Lee zaczyna się od niezbyt herbacianego wstępu, bo słyszymy przypowieści o komputerach. „Bo z mózgiem człowieka jest jak z komputerem. Nadmiar informacji się kumuluje i utrudnia jasne myślenie. Tak jak Windowsa trzeba czasami przeinstalować, gdy się pojawia za dużo wirusów.” tokuje nasz nauczyciel. „Dobrze, ale co to ma wspólnego z parzeniem herbaty?” – pytam delikatnie, chcąc sprowadzić naszego nauczyciela z kolejnej dygresji. Siedzimy w zakurzonym herbacianym sklepie w Melace już pół godziny i zamiast wykładu o herbacie słuchamy o komputerach i dyskach twardych. „Zaraz do tego dojdę” uśmiecha się pan Lee. „Wy ludzie zachodu nie macie cierpliwości. A do dobrej herbaty trzeba mieć serce i cierpliwość. Na herbatę musisz mieć czas. Nie masz czasu – idź do McDonaldsa.” Słuchamy więc dalej, potem pan Lee wykłada zestaw przyrządów i uczy nas go rozkładać, z odpowiednim szacunkiem, w odpowiedniej kolejności. Ważny jest balans, estetyka i szacunek do gościa. Na koniec pijemy napój w trzech duszkach, każdy z inną intencją: aby mieć dobre myśli, aby życzyć dobrze światu, aby czynić dobro.

Alturysta_melaca2

Garść informacji praktycznych
Melaka – pół miliona mieszkańców, ważna aglomeracja w Malezji, położona około 150 kilometrów od stolicy Kuala Lumpur i 260 km od Singapuru. Stąd często odwiedzana na szlaku backpackerskim pomiędzy tymi dwoma miastami. Większość wycieczek zatrzymuje się tutaj na jeden dzień, ja polecam zostanie na dłużej, po to aby mieć więcej czasu na eksplorację wszystkich zakątków. Warto się przespacerować zwłaszcza wieczorem wąskimi uliczkami i dać się zaczarować wiszącym nad sklepami czerwonymi lampionami.
Tuż obok wieży widokowej są centra handlowe z dobrymi promocjami (tak mówią w Malezji). Melaka jest weekendowym miejscem wypadowym singapurczyków, dlatego przyjeżdżając w te dni warto zarezerwować nocleg wcześniej.
Lekcje ceremonii herbaty. Pan Lee prowadzi swoje lekcje w sklepie herbacianym Yeetea, 22 Jalan Laksamana. Kilkukogodzinna szkoła kończy się degustacją kilku rodzajów herbat. Na koniec otrzymuje się certyfikat ukończenia kursu. Skróconą ceremonię herbaty można mieć w Singapurze (Tea Chapter, 9 Neil Rd) oraz na Chinatown w Kuala Lumpur.

Reklamy

Salta: mumie i szkoła picia ‚mate’

Po przejściu granicy Boliwia – Argentyna krajobraz zmieniał się bardzo powoli. Dalej szokowały różnokolorowe góry, ale droga zrobiła się lepsza, budynki bogatsze, tylko lamy podgryzające mizerną trawę dalej gapiły się na mijające je samochody takim samym mało inteligentnym spojrzeniem. Potrzebowaliśmy aż sześciu godzin (plus dwie godziny czekania aż skończy się blokada drogi przez rolników) by zjechać z gór do Salty – naszego pierwszego przystanku w Argentynie. Tutaj po raz pierwszy powitało nas tango i flamenco. Żarliwa, pełna nerwowych zwrotów i zawieszeń melodii muzyka wykonana perfekcyjnie przez niewidomego pianistę postawiła cezurę pomiędzy pełną andyjskich rytmów Boliwią (tam-ta-ta-dam – ta -ta) a krainą właśnie tanga. Tutaj tańczy się na koncertach, w restauracjach, a także na specjalnie organizowanych spotkaniach fanów tego tańca, zwanych milongami.

W tanecznym rytmie zwiedziliśmy kolejny kwadratowy główny plac miasta (zwany plazą), by zanurzyć się na chwilę w dosyć brutalnym akcencie wierzeń legendarnych Inków. Muzeum Mumii (MAAM) skupia się na brutalnym obrzędzie składania ofiar z dzieci, bogom na przebłaganie. Cały rytuał odbywał się raz na parę lat. Starszyzna zasiadająca w stolicy w Cuzco (w Peru) wybierała dziecko, które ma być złożone w ofierze. Według opisów bycie „ofiarą” oznaczało zaszczyt dla całej rodziny, ale nie wierzę, żeby do tego zaszczytu stała długa kolejka ochotników. Potem rozpoczynano pielgrzymkę – procesję, która dwa razy okrążała rynek w Cuzco, by udać się potem kilkaset kilometrów na południe, przez dzisiejszą Boliwię, aż do Andów obok Salty. Tam kapłani i „ofiara” wspinali się na jeden ze szczytów, budowali ołtarz i grób, po czym po ogłuszeniu chłopca, czy dziewczynki, zostawiali je na żywo w grobie, z akcesoriami w iście egipskim stylu: kosztowności, złoto, srebro, miniaturki zwierząt, i zwykłe przedmioty użytku codziennego. Oglądamy mumię w specjalnie wyciemnionej sali. Dziewczynka jest zamknięta w ogromnej szklanej tulei; w środku archeolodzy dalej utrzymują mroźną temperaturę, by zakonserwować znalezisko. Przyglądamy się mumii z bliska. Robi piekielne wrażenie. Małe, kilkuletnie dziecko siedzi w kucki, nogi i ręce jakby spętane. Usta rozchylone jakby w przerażeniu, zamknięte oczy nie chcą widzieć kapłana, który za chwile je uderzy kamieniem. Dziwne, można gloryfikować inkaską kulturę za demokrację, równość i mądrość, ale wykrzywiona twarz dziecka, które zostało poświęcone jako ofiara dla sprawy rzuca inne światło na inkaską legendę.
Muzeum zwiedzaliśmy w towarzystwie dwóch absolwentów uniwersytetu technicznego, którzy przyjechali z prowincji Santa Fe na rozmowę o pracę w pobliskiej fabryce. Nicolas i Christian nie rozstawali się z kubkiem tradycyjnej argentyńskiej herbaty – mate i termosem ze wrzątkiem. „Mate jest jak przyjaciel, nie opuści cię w potrzebie” mówili, po czym odkręcali korek termosu, dolewali wrzątku, po czym częstowali nas mocną esencją, niczym fajką pokoju. Słyszałem, że w Warszawie ten rodzaj herbaty robi furorę, jako dający „kopa” , zwłaszcza w szeregach osób związanych z biznesem i dorobkiewiczów, ale w argentyńskiej ‚mate’ nie chodzi o wydajność potrzebną do pracy po godzinach i zarabiania większych kwot pieniędzy. W Argentynie mate piją zakochane pary w parku, samotni panowie z pieskami, i właśnie grupy razem podróżujących znajomych. tu nie chodzi by zabłysnąć i wyrwać do przodu, chodzi o zbliżenie się do siebie. I chyba o rytuale picia mate będziemy pamiętać najdłużej, wspominając Saltę. Najlepiej się bowiem oglądało całą panoramę miasta, ukrytego wśród zielonych wzgórz z kubkiem mate w ręku.

Alturysta_Arg1a Alturysta_Arg1b