Archiwa tagu: emigracja

Skały Sydney

Dzielnica The Rocks (Skały) wyglądaja na pierwszy rzut oka jak zwykła, porządnie utrzymana dzielnica portowa; więcej tutaj luksusowych restauracji i sklepów z pamiątkami niż zabytków. Ale to najstarsza dzielnica stolicy Australii i kluczowy zabytek tego stosunkowo młodego miasta. Tutaj przypływali przymusowi i dobrowolni kolonizatorzy, tutaj Anglicy nabijali karabiny, by walczyć z aborygenami. Skały spłynęły krwią podobnie jak we wszystkich kolonizowanych krajach Ameryki i Azji. Ale Sydney to opowieść wyjątkowo tragiczna i krwawa. Tutaj Imperium Brytyjskie wysiedliło 87 tysięcy więźniów, pozbywając się problemu w kraju macierzystym i zapewniając niewolniczą siłę roboczą pracującą na bogactwo Londynu. Skazani byli traktowani jak zwierzęta i trzymani jako niewolnicy. Z nimi przypłynęło 200 tysięcy Anglików liczących na łatwy zarobek i świetlaną przyszłość. Potem przybyły inne nacje: Chińczcy, Włosi, Portugalczycy. Z tego konglomeratu łez i potu zrodziła się współczesna Australia: bogata, niezależna i dumna. Spacerując po odnowionym wybrzeżu The Rocks zastanawiam się, ile w ludziach zostało tej historii. Obecnie aborygeni – dawnej tępieni –  sprzedają swoją sztukę za grube dolary. Ich kosmologię zwaną Śnieniem rozsławiają anglojęzyczne książki. Tymczasem w Sydney rodzimi mieszkańcy ubrani jedynie w przepaski i pomalowani na barwy wojenne grają na digeridoo na bulwarze The Rocks syntetyczny pop i ustawiają się do zdjęć z turystami co dopiero przypłynęli wycieczkowcem Duch Karnawału (Carnival Spirit). Trudno znaleźć tutaj historię, patos, brak miejsca na refleksję. Ale może na tym polega urok Australii?

Alturysta_austrRocks Alturysta_austrRocks2 Alturysta_austrRocks3

Reklamy

Między nami expatami

Pub „Hudson” został jakby stworzony specjalnie dla emigrantów. Tych bogatszych, z Zachodu, nazywających się dumnie expatami.
Bar wygląda prawie na amerykańskie miejsce. Wysoki bar, rząd foteli, skórzane kanapy, ciemny wystrój, kamienna podłoga. Tak jak w Ameryce, tylko jakoś nieprawdziwie, tylko barmani mówią słabo po amerykańsku, tylko trzeba płacić Rublami, a za oknem reklama Aeroflotu.

Bar jest ostoją dla całego biznesu, który przybywa robić interesy w Rosji. Mieszają się różne anglosaskie akcenty. Właściciele pubu to Australijczycy, obok siedzi Nowozelandczyk, obok Anglik marudzi i kręci nosem na wszystko, a jeszcze dalej słychać gardłowe pokrzykiwania Amerykanów. Bogatsza połowa kuli ziemskiej w pigułce. Expaci narzekają na wizy, obłędny ruch uliczny, krzywe chodniki, brudne klatki schodowe i puszczają do siebie oko „jasne, Rosja to stan umysłu”. Brzydzą się cyrylicą, nie znoszą blin i barszczu i pogardą darzą gospodarzy. A jednocześnie myślą o puchnących własnych kontach bankowych i cieszą się, że zdołali ubić kolejny interes z ‚dzikusami zza żelaznej kurtyny’.

Jest też w Hudsonie miejsce na imprezę firmową. Otyły obleśny szef z teksańskim akcentem wznosi toast, rosyjscy pracownicy szczerzą zęby w uśmiechach, a zgrabne dziewczyny ustawiają się do zdjęcia z szefuniem. Jest nawet tajska żona szefa, z dzieckiem. Dziecko trochę się krztusi w oparach dymu papierosowego, ale tatuś dumny jest z córeczki.

Przy stoliku pod oknem siedzą wypięknione Tatiany, Julie i Galiny. Czekają na okazję, na bogatego księcia z bajki, który ich zabierze z brudnej Moskwy do krainy McDonaldsa, Coca Coli i Starbucksa. Są zdesperowane, więc niechcący zaczepiają przygodnych mężczyzn i zapraszają do ich stolika. „Chodź, porozmawiajmy, poznajmy się” mówią koślawą angielszczyzną.

Płacimy słony rachunek, wychodzimy w chłodny wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoją inni expaci. Zmęczona i słaniająca się na nogach po dniu pracy grupka Tadżyków, Uzbeków i Kazachów czeka na swoją marszrutkę. Wyglądają bardzo młodo, może szesnaście, może osiemnaście lat. Ubrani biednie, w staromodne wyświechtane dżinsy i czarne kurtki, ściskają w rękach poszarpane reklamówki. Podjeżdża rozklekotany minibus, expaci ładują się bezładnie do środka i od razu zasypiają zmęczeni.

Jest późno, Moskwa też mróży oczy (chociaż Moskwa nie śpi nigdy). Moskwa jest spokojna, jak pasożyt wyciśnie jeszcze ostatnie soki i z garniturowców w pubie Hudson, i z biednych robotników śpiących w marszrutce. Schodze do metra. Nie mogę zgadnąć, czy Lenin na stacji Białoruska uśmiecha się cynicznie, triumfalnie, czy może ze smutkiem?

(26/09/2012)

Dwa imperia

W kwietniu 2008 wsiadłem na pokład samolotu Wizzair do Londynu Luton, aby zacząć zupełnie nowy rozdział życia. Zaczął się mój prywatny podbój imperium brytyjskiego. 4 lata i 4 miesiące później siedziałem na pokładzie Aeroflotu do Moskwy, rozpoczynając tym sposobem kolejny epizod: poznawania, oswajania i ujarzmiania kolejnej metropolii i mojego prywatnego romansu z imperium rosyjskim. Oczywiście, pół roku to za krótko by poznać Moskwę. 4 lata to za krótko by stać się miejscowym w Londynie. Ale staram się opisać przygody, zachwyty, a także to wszystko, co mnie poruszyło i zostawiło ślad w pamięci.

Moskwa i Londyn, dwie największe i najbardziej wpływowe metropolie Europy leżą na dwóch biegunach kontynentu. Obie mają i chwalebną przeszłość, ale także historię wstydu i hańby. Związane z Europa jak nigdy przedtem, a jednocześnie odwrócone plecami do Starego Kontynentu. Moskwa sprzedaje gaz do prawie całej Europy, ze wstrętem patrząc na zachodnie idee (oficjalnie, bo nieoficjalnie to Moskwianie bardziej szaleją za zachodem niż Londyńczycy). Londyn chce być finansowym centrum Europy, ale jednocześnie mówi: my i Kontynent, od lat sceptyczny do euro, Schengen i wszystkiego co pochodzi z Brukseli (nie dotyczy brukselek).

Gdy Londyn boryka się kolejny rok z kryzysem finansowym, Moskwa boryka się z kryzysem tożsamości, stojąc w przedziwnym rozdwojeniu pomiędzy wschodem a zachodem. I tak naprawdę to Londyńczycy jadą do Moskwy robić interesy, podczas gdy bogaci Rosjanie kupują kolejne luksusowe apartamenty w Londynie.
Do Londynu ściągają nacje z dawnego imperium brytyjskiego, próbując szczęścia w emigracji, czasami osiągając sukces, czasami lądując na dnie. Tak samo jak miliony Uzbeków, Tadżyków, Turków i Kazahów którzy przyjeżdżają do Moskwy szukając lepszej przyszłości. W obu miastach za sukces trzeba drogo zapłacić.

Londyn, cytowany w wielu filmach i książkach, od Olivera Twista do Harrego Pottera. Moskwa znana z powieści Bułhakowa, Dostojewskiego i fantastycznych  powieści Straż Nocna i Metro 2033. I gdy The Clash śpiewał „Londyn Calling”, DJ Smash śpiewa „Moskwa never sleeps”. Dajmy się porwać Londynowi i przyzwyczajmy sie do bezsenności w Moskwie.

Moskwa, leżąca nad rzeką Moskwą, założona w 1143 roku; 11,5 miliona mieszkańców na na 1081 kilometrów kwadratowych.
Londyn, położony nad Tamizą, założony w Roku Pańskim 43; 8,1 miliona mieszkańców na powierzchni 1500 kilometrów kwadratowych.

Welcome to London! Добро пожаловать в Москве!