Archiwa tagu: dżungla

Posłuchaj: dźwięk dżungli w wielkim mieście

Dzisiaj dźwięk azjatyckiej dżungli. Rezerwat Bukit Timah znajduje się prawie w centrum miasta, można do niego dojechać klimatyzowanym autobusem. Potem kończą się luksusy, trzeba się wspinać w ukropie pod górę. Sprawę pogarsza wściekła wilgotność powietrza, w której nie schnie nic. Dżungla nie jest wielka, pełno było w niej weekendowych wycieczek i Azjatów chodzących tyłem. Z jakiegoś powodu chodzenie tyłem jest zdrowsze niż chodzenie przodem, pewnie ten trend dojdzie do Europy niebawem. Na szczycie wzgórza niewiele. Jak na Ślęży – nadajnik radiowy i tłumy jedzące kanapki i wyjadające nudle z plastikowych pudełek. Ciekawsze były boczne ścieżki, na których udało mi się nagrać nieskażony pobliskimi autostradami, samolotami i przemysłem dźwięk.

Reklamy

Posłuchaj: świątynia w dżungli

Aby wsłuchać się w Angkor Wat, tajemnicze miasto w kambodżańskiej dżungli, trzeba oderwać się od strumienia wycieczek, rykszarzy, namolnych sprzedawców i skrtć się gdzieś dalej. Znaleźć spokojne miejsce, usiąść na kamieniu (raczej w cieniu) i słuchać. Wtedy znika hałas wycieczek i motocykli, za to słychać muzykę tropikalnego lasu, insekty, ptaki i tajemniczy gwar prawdziwej dżungli. Wnikliwi usłyszą jeszcze opowieści kamiennych posągów i może poznają tajemnice dawnego imperium Khmerów.

Szalone rzeczy robimy

Do przeżycia małego szaleństwa nie trzeba wiele: strój kąpielowy, dobra rynna deszczowa i deszcz tropikalny w środku malezyjskiej dżungli Taman Negara. Mając te trzy składniki można zacząć eksperyment. Najlepsze są wieczorne deszcze; orzeźwiające i energetyzujące. Potem wystarczy już tylko stanąć pod rynną… i dać się ogarnąć wodospadowi ciepłej wody. Chociaż w konserwatywnej Malezji można napotkać spłoszone spojrzenia miejscowych, ale myślę, że mała ekscentryczność białego człowieka została mu wybaczona.Violetta Villas podobno myła włosy w deszczowej wodzie, dlaczego więc nie my? Minusem brania każdego prysznica w tropikach jest to, że w pięć minut po wytarciu się ręcznikiem wszechobecny pot pojawia się na nowo, nie ma chwili luksusu.
Drugim razem było jeszcze bardziej szaleńczo. Na plaży w wietnamskim Moi Ne panował codzienny galimatias. Po niebie szaleli kitesurferzy, ze swoimi dmuchanymi latawcami. W morzu pluskali się turyści, korzystając z płaskiej a ogromnej fali. Miejscowi siedzieli w kucki na mokrym pasie plaży odkrytej przez odpływ. Grzebali małe dołki, po czym łapali ślimaki, małże i kraby. Wietnamczycy potrafią znaleźć jedzenie w każdym zakątku swego kraju i potrafią zjeść wszystko co się rusza, z wyłączeniem motocykli.
Tymczasem niebo się zachmurzyło. Instruktorzy kitesurfingu widząc nadchodzący wiatr prędko zwinęli latawce i pozbierali zmoczonych kursantów. Miejscowi pomarudzili trochę, po czym zebrali swoje wiaderka wraz z zebranym surowcem na obiad i małe krzesełka i czmychnęli do swoich chatek. Tylko turyści zostali. My też. A tutaj zabawa na całego. Fala się wzbiera, wiatr duje, no i w końcu mamy deszcz z nieba. Gęsty, silny. Ale to tropiki, więc deszcz ciepły, jak z prysznica. Szalejemy, turlamy się w falach (w wodzie nawet cieplej niż na zewnątrz). Instruktorzy kitesurfingu, miejscowi poukrywani w chatkach patrzą na nas jak na wariatów, my jednak cieszymy się chwilą, jakie to piękne uczucie – woda z dołu, z góry i nawet z boku zacina!

Mui Ne1

Dobra, pora się zbierać, robi się ciemno. Przemykamy przez hotel i mijamy Rosjanina, który dosyć prędko zaczął imprezę. Tak prędko, iż dziewczyna go właśnie zbierała ze stołu. Pora się wytrzeć z deszczu i morskich fal i zachowywać w końcu porządnie, jak na turystę przystało.

Bezbronne homo sapiens w dżungli

Dżungla jest w wielu miejscach na ziemi, ale to w Malezji można spotkać taką prawdziwa, oryginalną, istniejącą w tym samym miejscu od stu trzydziestu milionów lat. Park Narodowy Taman Negara poszedł turystom na rękę i zbudował kilometry pomostów, którymi są obudowane najważniejsze ścieżki. „Co za niepotrzebne ułatwienie” myślę, ale już po parunastu minutach uczę się, jak bardzo człowiek nie pasuje do głębin lasu deszczowego. Trudno się przyzwyczaić do upału i do wysokiej wilgotności, nawet po deszczu. Pocimy się z każdej strony i ten pot czują owady. O dziwo, nie jest za dużo komarów, ale we znaki dają się małe muszki.

W lesie tropikalnym, takim prawdziwym jak w Taman Negara, człowiek nie czuje się istotą władczą, na szczycie piramidy pokarmowej. Dookoła dźwięczą cykady, hałasując jak młot pneumatyczny. Do spoconej skóry lgną insekty, owady i inne żyjątka, których nigdy w takich wielkościach nie widzieliśmy. Krajobraz zmienia się co parę metrów: tutaj nasłoneczniona łąka z kilkumetrowymi trawami, tutaj mroczny, wilgotny jar, tutaj cały ekosystem ukryty w cieniu ogromnego drzewa, z którego jest widoczny tylko pień. Pod nogami mrówki (dwu centymetrowe), gąsienice, gdzieniegdzie pomknie wąż. No i pijawki. Czają się w niepozornych zeschłych liściach i czatują na nas. Kiedy wyczuwają ofiarę, zwijają się jak sprężynka i skaczą! Na szczęście mamy długie nogawki i spodnie w skarpetkach, więc zabawa ogranicza się do zdejmowania krwiożerców ze skarpetek. My mamy szczęście, ale mijani turyści mają albo tłuste kluseczki już uwieszone na łydkach, albo krwawe ślady po nich. Kilka godzin, parę kilometrów i czujemy się jak po zdobyciu Everestu.

Z lasem tropikalnym trzeba ostrożnie, z szacunkiem. Mam wrażenie, że gdybyśmy nie wynaleźli ognia, którym można palić, niszczyć i degradować, nie bylibyśmy gatunkiem naczelnym w dżungli. Tutaj jesteśmy tylko niepraktycznie zbudowanymi, nieowłosionymi i delikatnymi dwunogami.

Alturysta_taman n1 Alturysta_taman n2 Alturysta_taman n3
Jak dojechać?
Polecam dojazd z Kuala Lumpur, autobusem do Jerantut, potem taksówką do Kuala Tembling i potem trzy godziny łodzią. Są też droższe wersje mikrobusów turystycznych zapewniające przejazd kompleksowy.
Noclegi
Jedynym dostępnym w internecie miejscem był luksusowy ośrodek przy samym parku narodowym. Można pojechać w ciemno, w wiosce leżącej po drugiej stronie rzeki – Kuala Tahan jest wiele kwater prywatnych; z klimą, albo bez. Radzimy tylko omijać czas ferii szkolnych.

Zobacz: meandry Ukayali

Trzy dni zabrała nam podróż z Pucallpy do Iquitos. W linii prostej było to 530 kilometrów, ale drogą wodną przemierzyliśmy aż 990 kilometrów. Początkowo panował brzydki, portowo – przemysłowy krajobraz Pucallpy, by bardzo szybko przekształcić się w mokradła, ciągnące się kilometrami. Trawy, małe krzaki i drzewa. Czasami pomiędzy nimi wyrastała wioseczka z chatkami z trzciny, czasami z kościołem pośrodku. Po kilkunastu godzinach roślinność na brzegu zaczęła gęstnieć i przekształciła się w prawdziwą dżunglę, ciemną, nieprzeniknioną, z wysokimi drzewami czasami wyrastającymi wśród gęstwin. Nie, nie widzieliśmy ani aligatorów, ani piranii; tylko czaple i żurawie żerujące na brzegu, i orły, albo sokoły szybujące wysoko nad drzewami.

Alturysta_DSCN9869 Alturysta_DSCN9912 Alturysta_DSCN0087 Alturysta_DSCN0073

Dla małych wiosek położonych na brzegach Ukayali przypłynięcie statku to wielkie wydarzenie.

Alturysta_DSCN0066

W pobliżu miejscowości Requena; tutaj czysty dopływ wpływa do zamulonej Ukayali.

Alturysta_DSCN0062

Alturysta_DSCN9930

 

Alturysta_DSCN0110