Archiwa tagu: Boliwia

Zobacz: H2O

CIMG2831

CIMG3201

DSC_1136

DSCN0003

DSCN0595

DSCN0868

DSCN2526

DSCN3783

DSCN6528

DSCN7908

1. Albania, Butrynt

2. Kosowo, Prizren

3. Włochy, Wenecja

4. Hiszpania, Tossa de Mar

5. Dania, Kopenhaga

6. Kambodża, Siema Reap

7. Rumunia, Bukareszt

8. Boliwia, Uyuni

9. Australia, Blue Mountains

10. Hong Kong

Reklamy

Galeria: Zabierz mnie tam. Natychmiast.

DSCN6302

DSCN5639

DSCN4852

DSCN3947

DSCN0263

DSC_5175

DSC_2808

DSC_2234DSC_1172

DSCN6904

ZABIERZ MNIE TAM. NATYCHMIAST:

1.Egipt, Nuweiba

2. Laos, Vang Vieng

3. Nowa Zelandia, Turangi

4. Boliwia, Tupiza

5. Tajlandia, Koh Tao

6. Indonezja, Jawa

7. Anglia, South Downs

8. Szwecja, Vrango

9. Maroko, Essauira

10. Grecja, Santorini.

Pożegnanie z Boliwią

Do Tupizy jedziemy pociągiem, który początkowo pruje przez skalną pustynię. Mimo nocy piasek bucha przez otwory wentylacyjne i po kilkunastu minutach pył jest wszędzie, mimo zabiegów konduktora, który co pół godziny myje podłogę na mokro (oby konduktorzy w PKP wiedzieli do czego służy miotła i szmata!). Zasypiamy z kocami na twarzy, próbując oddychać w miarę czystym powietrzem. Budzi nas melodia z filmu Titanic, grana przez fletnię pana. To właśnie konduktor włączył płytę „najpiękniejsze melodie na fletnię pana”. Po Titanicu mamy „Yesterday” Beatelsow, no i Sinatrę i melodie z Robin Hooda. Komiczne, acz urocze. Tymczasem za oknem krajobraz się zmienia: zjeżdżamy w dół niesamowicie pięknym wąwozem, ściany czerwonych skał piętrzą się dookoła. Wegetacja jest bardzo uboga; kaktusy, drobne trawki, drzewka eukaliptusowe. Wody też pewnie mało; jedziemy dosłownie wyschniętym korytem rzeki. Dojeżdżamy do Tupizy.

Alturysta_tUP2

Po prawie miesięcznej tułaczce po Boliwii to miasto wydaje się najbardziej urokliwe, w sam raz na dwudniowy odpoczynek. Sama miejscowość położona jest jakby w zapadłym kraterze ogromnego wulkanu; dookoła góry – co ciekawe każde wzgórze – skaliste i suche – błyszczy innym kolorem. Od szarosrebrnego po brunatnoczerwony i pomarańczowy. Mieszkańcy wydają się też być mało boliwijscy – często się uśmiechają i chętnie konwersują, nawet nie znając słowa po angielsku. Naprawdę odpoczywamy po kilku tygodniach w kraju, w którym bez znajomości języka hiszpańskiego jest się tylko obcym – gringo, którego się w najlepszym wypadku ignoruje. Odpoczywamy też od wszechobecnego kurczaka z ryżem i makaronem – pałaszujemy milanezę, czyli kotlet po parysku, nawet narodowe saltenie – smażone pierogi – smakują wybornie. W Tupizie ludzie wydają się być mniej nerwowi niż górale z Altiplano, przesiadujemy na lokalnym rynku, racząc się senną atmosferą. Tylko popołudniami spokój miasta zakłóca wojskowa orkiestra, która werblami i trąbkami torturuje całe miasto, przypominając o tym, że Boliwia wciąż nie może zapomnieć przegranej ponad sto lat temu wojny z Chile i utraconego dostępu do oceanu. Jak się dowiadujemy, konflikt narasta i w 2015 roku Boliwia ma zamiar odgrodzić podziemną rzekę pod Andami, która dostarcza wodę do suchych rejonów pustyni Atacama. To pewnie nie przejdzie bez interwencji Chile – bogatego i uzbrojonego po zęby sąsiada. Dlatego wojskowe werble brzmią wyjątkowo złowieszczo w Tupizie.

Żal i frustracja panują w Boliwii – do Hiszpanów, którzy zniszczyli bezpowrotnie inkaską kulturę i wywieźli srebro i surowce do Madrytu. Trudno policzyć, ile milionów rdzennych mieszkańców zginęło pod rządami z Europy. Ale Boliwia ma żal też do sąsiadów, którzy bezwzględnie podgryzali państwo z każdej strony, zabierając czy to wybrzeże, czy bogate w surowce góry czy urodzajną puszczę. Mieszkańcy są źli na władzę; dlatego może tradycyjnie co dwa-trzy lata w La Paz jest nowy rząd i prezydent. Boliwijczycy są źli na Stany Zjednoczone, które w antynarkotykowej obsesji zniszczyły lokalne uprawy koki i miliony ludzi pozostawiły na granicy ubóstwa. Można mieć też żal do natury, która tak srogo się rozprawia z dawnym krajem inków – a to trzęsienie ziemi, a to powódź na nizinach, a jak nie katastrofy naturalne, to konieczność wyżycia na ubogim i mroźnym płaskowyżu (do wyboru jest jeszcze urodzajna dżungla, ale za to pełna komarów i malarii). Złość i żal jest więc chyba jedynym elementem tożsamości narodowej, tak pracowicie budowanej przez ponad 180 lat niepodległości. Chyba że górnicy w Potosi dokopią się do nowej góry złota i nagle cały naród stanie się drugą Norwegią. Trzymam kciuki.
Żegnamy się z Tupizą w miejscu legendarnym dla całej Boliwii: na dworcu autobusowym. Boliwijski dworzec autobusowy to instytucja i osobna historia; „a Potosiiii a Potosiii”, „Villazoooon, Villazooon”, „Bueeeenos Aireeees” – sprzedawczynie biletów przekrzykują się i walczą o klienta d ostatniej krwi; zadziwiają nazwy przedziwnych firemek transportowych. Od Bambo-bus, Imperial Villa po Jan Paweł II Przedsiębiorstwo Transportowe. Autobusy są przedziwne, raczej stare i rozsypujące się, przeważnie z Jezusem czy Matką Boską wymalowaną na karoserii. W środku też pobożnie – zauważyliśmy, że im więcej pobożnych obrazków i haseł „Jezus Twoją Drogą”wymalowanych złotymi literami na szybie tym gorszy stan techniczny pojazdu.  W Boliwii metafizyka i prawa fizyki się uzupełniają. Ale na dworcach autobusowych najważniejsi są ludzie – od zwykłych pasażerów po rodziny targające tony towarów (kontrabanda do Argentyny), po psy śpiące na środku korytarzów i pod ławkami. Będzie nam też brakowało wszechobecnego zaplecza żywieniowego – kukurydzy dmuchanej, ziemniaków w tysiącach postaci, galaretek w kubeczkach i napojów w torebkach foliowych. Wszystko to sprzedawane przez korpulentne kobiety wychwalające swoje produkty śpiewnym hiszpańskim dialektem, w nieokreślonym wieku, z ogorzałymi twarzami i obowiązkowymi czarnymi warkoczykami, ubranymi chyba w pięć spódnic i fartuchów na raz. Na granicy celnik wbija pieczątkę, uśmiecha się i mówi łamaną angielszczyzną „have a nice trip senior”. Boliwia jest krajem trudnym i wymagającym, ale gdy odpoczniemy od wszystkich niedogodności Boliwii, chyba zaczniemy za nią tęsknić.
Alturysta_tuP1

Wulkany, flamingi i wertepy

Cała południowa Boliwia wygląda jak geologiczny wybryk natury; od największego na świecie solnego jeziora i wulkanów w okolicach Uyuni po pustynne góry, parę kroków od pustyni Atacama. Uyuni wygląda jak prawdziwe miasteczko z westernu; rzędy parterowych domków zbudowane w samym sercu pustyni. Pod wieczór ubieramy się ciepło, bowiem robi się zimno sekundy po zachodzie słońca. Smagani wiatrem szukamy najcieplejszego miejsca na kolacje. Niestety, do Uyuni dotarł turystyczny szał i jedyne dostępne restauracje oferują pizzę i tylko pizzę, w cenach bliższych do londyńskich. Nie mamy wyboru; siedzimy razem z innymi turystami przy piecu i się grzejemy. Po powrocie z wycieczki zauważamy różnicę: turyści albo są spaleni na twarzy, ze spierzchniętymi od soli ustami – to ci którzy właśnie przyjechali z 3-dniowej wycieczki. Druga grupa jest przed wycieczką i właśnie trzęsie się z zimna w mroźnym pustynnym klimacie.
Wiele można marudzić o zorganizowanych wycieczkach do solnych jezior: zawrotne jak na Boliwię ceny, nieuczciwe biura podróży i turyści tłoczący się w przepełnionych jeepach, no i noclegi w motelach na końcu świata, w których elektryczność zapewnia agregat prądotwórczy, a za ogrzewanie (mimo mroźnych nocy) służą trzy koce. Ale w pamięci pozostają niesamowite, surrealistyczne widoki i to się chyba liczy najbardziej.

Alturysta_Uy1 Alturysta_UY2 Alturysta_UY3 Alturysta_UY4 Alturysta_UY5 Alturysta_UY6 Alturysta_UY7

Miasto Chciwości

Są miasta zła, miasta chwały, miasta wyrażające potęgę, ale Potosi najbardziej definiuje chciwość. Wyjątkowo zła przywara, która wzięła swoje źródło w srebronośnej górze górującej nad miejscowością. Zaczęło się dawno; od inkaskich plemion, które odkryły że położona 4100 metrów ponad poziomem morza góra kryje prawdziwy skarb. Inkowie tak byli pewni swojej doskonałości, że zapanowali nad ogromnych obszarem Ameryki Południowej, od Ekwadoru po Argentynę. Chwała się skończyła gdy przybyli Hiszpanie i chciwe imperium Inków rozpadło się mimo ofiar z dzieci składanych Pachamamie na szczytach Andów.

Alturysta_potosi zm
Prawdziwa gorączka srebra zaczęła z Hiszpanami, którzy potrzebowali wiele kruszcu, by dekorować swoje pałace w Madrycie i Barcelonie.  Do roboty w kopalniach zmuszano lokalnych Aymarów, a cena była straszna. Szacuje sie, że w kopalniach Potosi zginęło ponad osiem milionów osób – niewiele mniej niż z rąk Hitlera czy Stalina. Hiszpanie srebra nie oddali, ale zemsta dopadła kolonizatorów; teraz to Peru i Boliwia mają lepsze perspektywy niż szargana bezrobociem i recesją Hiszpania.
Od 160 lat boliwiańczycy  pracuja na swoje, chciwość jednak dalej włada miastem. Do Potosi przybywają biedni wieśniacy z całego kraju, pracują w sztolniach przypominających raczej biedaszyby, umierają w wieku lat czterdziestu, o ile wcześniej nie zginą przy tąpnięciu czy od śmiercionośnych gazów.

Alturysta_potosi zm2

Górnicy pracują jak dwieście lat temu – kują ściany kilofami, pakują urobek łopatami, sami pchają wagoniki i pracują bez żadnych zabezpieczeń w przetwórniach urobku, by produkt końcowy 80% rudę srebra sprzedać za małe pieniądze do Belgii, Francji czy Singapuru. Tam zostanie srebro oczyszczone, wycenione, sprzedane i wmontowane w miliardy telefonów komórkowych, telewizorów czy innych luksusowych produktów. Wyzysk biednych krajów przez superchciwe korporacje jest chyba legendarny, ale o ile nie widzimy biedaszybów w Afryce, Indiach czy Rosji, Potosi jest smutną lekcją kapitalizmu. Miejmy tylko nadzieję, że El Tito – diabeł władający podziemiami, do którego modlą się górnicy, i z którym pija wódkę pod koniec każdego udanego tygodnia – ukarze każdego za swoją chciwość, tak jak ukarał Inków i Hiszpanów.