Archiwa tagu: Australia

Zobacz: H2O

CIMG2831

CIMG3201

DSC_1136

DSCN0003

DSCN0595

DSCN0868

DSCN2526

DSCN3783

DSCN6528

DSCN7908

1. Albania, Butrynt

2. Kosowo, Prizren

3. Włochy, Wenecja

4. Hiszpania, Tossa de Mar

5. Dania, Kopenhaga

6. Kambodża, Siema Reap

7. Rumunia, Bukareszt

8. Boliwia, Uyuni

9. Australia, Blue Mountains

10. Hong Kong

Reklamy

Dookoła świata – nasza trasa

Nasza trasa była dyskutowana często podczas niemal dwuletniego przygotowywania.Na początku decydująca była cena biletu. Z racji, iż zamieszkiwaliśmy ostatnie lata w Londynie, udało się znaleźć stosunkowo tanią opcję całego biletu za niewiele ponad 10 000zł. Agencja turystyczna, która skompletowała bilet nazywa się http://www.roundtheworldflights.com. Porównywaliśmy wiele ofert, między innymi opcje biletu w One World i StarAlliance, były one droższe nawet o 80% od naszej agencji. Potem już powstała lista miejsc, które postanowiliśmy zobaczyć tym razem:
– Ameryka Południowa – Peru, Boliwia, Chile (bo nigdy nie byliśmy na tym kontynencie, no i oczywiście czas Machu Picchu, Amazonka, Andy i piękne krajobrazy Boliwii).
– Nowa Zelandia (tutaj był obowiązkowy przystanek, więc planujemy zobaczyć Północną Wyspę, z wulkanem Tongariro, gorącymi źródłami no i piękne plaże Paihii).
– Australia (w ograniczonym zakresie, niestety jeden tydzień w Australii to trzy tygodnie w Azji, dlatego będzie to tylko tygodniowa przerwa w Sydney)
– Azja Południowo  – Wschodnia (Singapur, Malezja, Tajlandia, Kambodża, Wietnam, Myanmar, Laos  – tutaj plany są najbardziej mgliste, ale na pewno chcemy zrobić kółko po Indochinach).
Ważnym ograniczeniem była nasza decyzja o nie odwiedzaniu USA, z powodów wiadomych: nie chciało się nam żebrać Wielkiego Brata o wizy (których pewnie byśmy nie dostali) i musieliśmy lecieć przez Amerykę Południową, co nieznacznie podrożało koszt biletu.
Po paru mailach do naszej agencji udało się ustalić listę portów lotniczych, które odwiedziliśmy na naszej drodze. Ostatecznie lista przystanków wyglądała następująco:
Londyn – Lima (podróż lądowa) Santiago de Chile – Auckland – Sydney – Singapur (podróż lądowa) Bangkok – Hong Kong – Londyn.
Jak widać, do pierwotnych założeń udało nam się dorzucić w tej samej cenie biletu wizytę w Hong Kongu. Jak i w przypadku Sydney – będzie to tygodniowy pobyt.

Mapa z naszym planem znajduje się tutaj:
https://mapsengine.google.com/map/edit?mid=zojuIYtBux-w.k0H3YUA3_HkA

mapa dookola swiata

 

Australijska dusza

Chciałbym zajrzeć w głąb australijskiej duszy. Zabrzmiało poważnie! Ale nie o psychologii tu będzie mowa. „Co jadłam dzisiaj? Ludzie przemysłu mody nie jedzą” podsłuchuję na lotnisku dziewczynę wyglądającą na modelkę, rozmawiającą z kimś przez komórkę. W kraju mającym poważne problemy z otyłością i podającym wartość energetyczną produktów przed informacją o cenie to stwierdzenie brzmi jak oskarżenie. Aż boję się spojrzeć na kanapkę, którą właśnie jem.

Australijczycy niestety chyba nie odziedziczyli po Anglikach sarkazmu i dystansu do siebie i traktują wszystko na poważnie, wręcz  z jakąś ukrytą agresją. Otwieram lokalną bezpłatną gazetę i czytam kolumnę z esemesami wysłanymi przez czytelników. „Dziś zobaczyłam na peronie pierwszym stacji Muzeum mysz. Już nigdy nie wsiądę do pociągu”. „Czy osoba jadąca pociągiem z Campsie o 7:15 mogłaby nie pierdzieć? To, że się ma słuchawki na uszach i nie słyszy się własnego pierdzenia nie oznacza, że inni tego nie słyszą”. „Do paniusi obcinającej paznokcie w tramwaju wczoraj wieczorem – jesteś obrzydliwa”. „Komunikaty na stacji Bondi Junction są za głośne – jestem chora kiedy muszę słyszeć Dong Dong Dong każdego ranka. Przygotujcie się na odszkodowania z powodu utraty słuchu!”. Zadumuję się nad problemami mieszkańców Sydney i trochę się uśmiecham, bo w Londynie nikt by tak nie narzekał ani na myszy, ani na obcinających paznokcie współpasażerów. Te aspekty życia codziennego traktuje się z sarkazmem, nigdy ze złością. Kolumnę dalej są cytowane śmieszne sentencje zasłyszane na ulicy: „Tragedia – mówi w pubie ojciec – moja córka się spotyka nie tylko z pastuchem, ale na dodatek z nowozelandzkim pastuchem!” „Kim Kardashian ma obrzydliwe stopy, spójrzcie w dół!” „Nie lubię się myć, ale lubię być czysta” mówi dziewczyna w pociągu. Obok zdjęcie wojownika o demokrację w Myanmarze, którego aresztuje policja i trzymając za nogi, przypadkowo ściąga mu spodnie. „Trzeba prać bieliznę codziennie, nie wiesz kiedy przytrafi się publiczny występ twoim majtkom”. Tak, Australijczycy kochają żarty proste i głupie do tego stopnia, że na lotnisku przed kontrolą bezpieczeństwa, podróżni są przestrzegani „Prosimy nie żartować o ukrytych w bagażu bombach podczas kontroli granicznej. Możecie się dostać do aresztu”.  A ja się tak zastanawiam poprzez pryzmat naszego polskiego marazmu i sentymentalizmu, razem z obserwowanym często w Anglii sarkazmem: może to nie Australia jest zbytnio dowcipkująca, ale Polacy za smutni, a Anglicy zbyt złośliwi?

Skały Sydney

Dzielnica The Rocks (Skały) wyglądaja na pierwszy rzut oka jak zwykła, porządnie utrzymana dzielnica portowa; więcej tutaj luksusowych restauracji i sklepów z pamiątkami niż zabytków. Ale to najstarsza dzielnica stolicy Australii i kluczowy zabytek tego stosunkowo młodego miasta. Tutaj przypływali przymusowi i dobrowolni kolonizatorzy, tutaj Anglicy nabijali karabiny, by walczyć z aborygenami. Skały spłynęły krwią podobnie jak we wszystkich kolonizowanych krajach Ameryki i Azji. Ale Sydney to opowieść wyjątkowo tragiczna i krwawa. Tutaj Imperium Brytyjskie wysiedliło 87 tysięcy więźniów, pozbywając się problemu w kraju macierzystym i zapewniając niewolniczą siłę roboczą pracującą na bogactwo Londynu. Skazani byli traktowani jak zwierzęta i trzymani jako niewolnicy. Z nimi przypłynęło 200 tysięcy Anglików liczących na łatwy zarobek i świetlaną przyszłość. Potem przybyły inne nacje: Chińczcy, Włosi, Portugalczycy. Z tego konglomeratu łez i potu zrodziła się współczesna Australia: bogata, niezależna i dumna. Spacerując po odnowionym wybrzeżu The Rocks zastanawiam się, ile w ludziach zostało tej historii. Obecnie aborygeni – dawnej tępieni –  sprzedają swoją sztukę za grube dolary. Ich kosmologię zwaną Śnieniem rozsławiają anglojęzyczne książki. Tymczasem w Sydney rodzimi mieszkańcy ubrani jedynie w przepaski i pomalowani na barwy wojenne grają na digeridoo na bulwarze The Rocks syntetyczny pop i ustawiają się do zdjęć z turystami co dopiero przypłynęli wycieczkowcem Duch Karnawału (Carnival Spirit). Trudno znaleźć tutaj historię, patos, brak miejsca na refleksję. Ale może na tym polega urok Australii?

Alturysta_austrRocks Alturysta_austrRocks2 Alturysta_austrRocks3

Most w Sydney

Jest wieczór, siedzimy nad brzegiem Portu Sydney – ogromnego akwenu wcinającego się w głąb kontynentu na dobre kilkanaście kilometrów. Za nami świeci się nieczynny już Lunapark, z diabelskim kołem i kolorowym pałacem bajek.Przed nami widać żagle Opery w Sydney, charakterystyczne, aczkolwiek z daleka nie aż tak imponujące, jak się prezentują na pocztówkach. Bardziej zachwyca wielki Harbour Bridge, wielki żelazny most z gigantycznym łukiem. Widzieliśmy ten most wielokrotnie w telewizji, ale na żywo jest ogromny i – muszę przyznać – kiczowaty. Tymczasem pod mostem ruch. Sydnejczycy wyprowadzają psy, biegają czy siedzą parami ciesząc się widokiem downtown. Paręnaście osób rozłożyło maty do yogi i ćwiczy swoje wygibasy. Ponoć Australia dogania Stany Zjednoczone w procencie otyłych obywateli, ale nie widać tego w ambitnym Sydney. Tutaj ciągle ćwiczą, biegają, pocą się i liczą kalorie, jak w Londynie.

Bo Sydney jest właściwie Londynem południowej półkuli – miasto to młode, ambitne, nerwowe i pretensjonalne. Widać to w godzinach szczytu, kiedy perony stacji kolejowych robią się tłoczne, a mieszkańcy podróżują ściśnięci jak sardynki ze smętnymi i ponurymi minami. Podobna w Sydney mieszanka kulturowa jak w stolicy nad Tamizą; ponad połowa mieszkańców to imigranci, w lokalnym sklepiku gazety chińskie, japońskie, portugalskie, włoskie i hiszpańskie. Ale są różnice. Sydney brakuje dwóch rzeczy, które ma Londyn; historii i dystansu do siebie i świata. Ale o tym niebawem.

austr1