Dożywotnie wakacje i jednodniowy pracownik

„Byłem wczoraj na Canary Wharf. Setki osób niosących tekturowe pudełka ze swoim dobytkiem tłoczyły się przystankach taksówek” – powiedział Andrew – kolega z pracy, komentując bankructwo banku Lehman Brothers. W samym Londynie jednego dnia ponad 5 tysięcy osób straciło pracę. „Naprawdę mam złamane serce widząc biednych bankowców zarabiających po 200 tysięcy rocznie wylanych z pracy” odpowiedział John. „Zrozum, oni pewnie mają kredyty na mieszkania z widokiem na Tamizę, te za 2 miliony funtów, więc mogą mieć naprawdę problem”.

O czarnym poniedziałku i jeszcze czarniejszym wtorku piszą wszystkie gazety. Maklerzy z drugiego piętra z przejęcia nawet nie wyszli na lunch (o Matko Najświętsza!). „London Lite” opisuje historię 24-letniego Roberta Hilary z Nottingham, którego pierwszy dzień w Lehman Brothers był zarazem ostatnim.

Zbankrutowało też biuro podróży XL, zostawiając tysiące Brytyjczyków z niczym. „To straszne, ja mogę to zrozumieć, ale jak wytłumaczę swemu dziecku, że nie spotka się z Kaczorem Donaldem?” mówili zrozpaczeni turyści na lotnisku Gatwick.

Parę tysięcy kilometrów dalej Cherry Dogson nie może zakończyć swoich wakacji w Egipcie, z tego samego powodu. Cherry ma 49 lat i umiera na raka płuc. Te wakacje są jej ostatnimi, wycieczkę dla siebie i najbliższych kupiła po otrzymaniu diagnozy będącej wyrokiem śmierci. „Spędziliśmy ostatnie cztery dni próbując pozbierać pieniądze na podróż powrotną. Moje wakacje są zepsute. Chcę tylko wrócić do domu”.

W tym samym czasie, parę kilometrów od Canary Wharf artysta Damien Hirst sprzedał swoją rzeźbę za 70 milionów funtów. Rzeźbiarz nie pojawił się na licytacji, bo grał w bilard w Groucho Club na Soho.

W Londynie, jak nigdzie indziej, życie układa się w rytm wszechobecnych west-endowskich musicali. Raduj się i żyj, a potem umieraj.

Canary Wharf

(16/09/2008)

Reklamy

Metrologia

Godziny szczytu trwają właściwie od rana do wieczora. Pierwsza fala, garsonkowych ladies i ubranych w garnitury gentelmenów tłoczy się w metrze, zaglądając sobie nawzajem w darmowe gazety i wąchając sobie nawzajem pachy (kto wymyślił poręcze pod sufitem?).

Potem Tube opanowują mniejsze, ale równie kłopotliwe tłumy: turyści, z walizkami, aparatami fotograficznym, zatrzymujący się na środku plątaniny korytarzy z rozłożoną mapką i bezradnym wyrazem twarz. Tak, że idący prawie na pamięć „tubylcy” lądują twarzą na plecach turysty.

Popołudniowe rush hour zaczynają się dosyć szybko, uczniowie, studenci, pracownicy City, robotnicy z kaskami w rękach mieszają się w wielokolorowy, goniący i spocony tłum.

Wieczorem tłum jest najbardziej zmęczony; wracają pracoholicy, dorabiający po godzinach, pracownicy drugiej zmiany, studenci wieczorowi i ci, którzy popołudnie bezpośrednio po pracy spędzili w  pubie.

Młody człowiek, w garniturze prosto z pracy wyraźnie przedawkował. Koledzy trzymają go i cucą, a on słania się i tuli do przypadkowych pasażerów płci obojga. – Chce mi się żygać /I wannavomit/.-  Tłum się zagęszcza, zostawiając puste miejsce wokół delikwenta.  – Jamie, skup się, trzymaj się poręczy.- Koledzy próbują ratować sytuację. God, jeszcze pięć przystanków do Stratford. Irytacja tłumu rośnie, wagonem rzuca, gorąco, opary alkoholu i niebezpieczeństwo bycia upstrokaconym przez zawartość żołądku chłopaka. Wszyscy milczą. Tutaj przeważnie milczą. Może z wyrozumiałości, w Londynie prawie każdy wypróbował na własnej osobie idiom „obudzić się z twarzą w kebabie”.

Wysiadam, z ulgą zaczerpuje świeżego powietrza i rzucam ostatnie spojrzenie na wesoły wagonik do Stratford.

Na zewnątrz normalny o tej porze przeciąg, wiatr przenikający do szpiku kości, ot, wieczorna bryza.

(19/08/2008)

Ladies and Gentelmen, czyli lukier i politura

W Polsce damy i dżentelmeni wyginęli w 1945 roku. Tak się zwykło mówić. W Anglii ladies and gentelmen spotyka się na każdym kroku. Przynajmniej na drogowskazach do toalet i w komunikatach dla podróżnych wygłaszanych przez automaty w metrze, na stacjach kolejowych i lotniskach. Na pierwszy rzut oka przemili Anglicy i Angielki zniewalają swoją ogładą. Excuse me, sorry, please, good bye, thank you słyszy się na każdym kroku. Ludzie częściej uśmiechają się do siebie, a w sklepach radośni sprzedawcy z werwą pakują towary i życzą na dodatek miłego dnia. Policjanci, łagodni jak baranki ulegają prośbom turystów i pozują z nimi do zdjęcia, a na dodatek zapytani o drogę tłumaczą z cierpliwością, którędy, jak i gdzie dojść. Tak, codzienna życzliwość do drugiego człowieka to wyspiarski standard. I niestety jedyny objaw człowieczeństwa, jaki można spotkać w Wielkiej Brytanii.

Excuse me usłyszysz bardzo często, ale nie łódź się – w metrze panują prawa dżungli. Kto pierwszy zajmie miejsce siedzące? Kto pierwszy dopcha się do poręczy? Kto w ogóle wejdzie do wagonika (w szczycie czasami trzeba przepuścić 2-3 pociągi, by w końcu wejść do środka)? Nie mieszczą się już ludzie w pociągu, mimo iż w środku sporo miejsca? Tak, tak! Londyńczycy lubią stawać tuż przy drzwiach i wisieć jak nietoprze na poręczach, ale przesunąć się i ustąpić miejsca następnym osobom? Nie! Nie w Londynie.

Thank you mówi się często, ale rzadko ustępuje się miejsca starszym. No, chyba że staruszka zawiśnie tuż nad wracającym z banku menedżerem zatopionym w lekturze gazety.

Kupa dużo kosztujePo psach sprząta się kupy (kara od 20 funtów w dzielnicy Hounslow; do 1000 funtów w Kew Gardens). Ale ludzie śmiecą gorzej niż psy. Wszędzie walają się kubki po kawie, paczki po czipsach i zużyte gazety. W sklepach odzieżowych podłoga jest zasłana poprzebieranymi ubraniami. Nie podoba się ta sukienka? To rzucam na podłogę. Rozlałem colę na podłogę w Tesco? Nie martw się, odłóż ją na bok i odejdź jak najprędzej. Pewnie ktoś to zaraz posprząta, chyba że ktoś inny wcześniej złamie na tym nogę.

Have a good day mówi urzędniczka/ pracowniczka banku/ pracownik infolinii odprawiając kolejnego klienta z kwitkiem. Był pan umówiony na spotkanie? Nie, proszę zadzwonić na infolinię (50p/ min) i się umówić. Pan źle wypełnił formularz, proszę przyjść jeszcze raz. Pan nie rozumie? I am terribly sorry, try next time. Have a good day!

A gdzie się podziały maniery Sherlocka Holmesa? Czy zasłyszane przeze mnie w pracy w zeszłym tygodniu powiedzenie „a pig with lipstick is still pig” („uszminkowana świnia jest ciągle świnią” [świnia to bardzo negatywne określenie kobiety]) było tylko wypadkiem przy pracy? Obawiam się, że nie. Lukier i politura bardzo pomaga w codziennym życiu, ale po dokładniejszym przyglądnięciu się temu, co lukier skrywa, mit ladies and gentelmen pryska

Dzielnice portowe (Sosence)

Dawniej do dzielnic portowych nie zaglądały grzeczne dziewczynki. Port londyński był oknem na świat a zarazem istotnym elementem potęgi Wielkiej Brytanii. Tutaj wyruszali w nieznane przyszli mieszkańcy Ameryki, tutaj rozładowano statki z niewolnikami. Tutaj poznawano zapach nowych przypraw, ważono zdobyczne złoto i klasyfikowano skarby wywiezione z Grecji, Syrii i Egiptu.

Teraz portowa sława Londynu została przyćmiona przez szybko rozwijający się przemysł lotniczy, więc dzielnice portowe stały się po części bezużyteczne. Oczywiście, dalej przypływają do Londynu kontenerowce i wielopiętrowe transatlantyki, ale to tylko procent tego, co cumowało tu drzewiej.

Dzielnice portowe – zresztą tak jak i cały Londyn – są przeróżne. Są niezwykle prestiżowa, tak jak doki Św. Katarzyny, z mieszkaniami wartymi miliony funtów, czy równie posh doki Grenlandzkie będące wyznacznikiem statusu społecznego. Na dawnym Wybrzeżu Kanaryjskim (Canary Wharf) rozrosło się obecne finansowe centrum Europy. Wieczorami puby wypełniają się panami i paniami w garniturach, oblewającymi kolejne zarobione miliony/tysiące.

Tamiza

Ale są też doki Woolwich, dzielnica Deptford, okolice doku Króla Jerzego V, w których złe fatum dalej rządzi. Tutaj jest najwięcej mieszkań czynszowych, imigrantów. Jest biednie i niebezpiecznie, nawet w środku dnia. Tutaj można znaleźć podejrzane magazyny, fabryczki. Tutaj jest wielka hurtownia chińskiego jedzenia, w której rozładowywane są codziennie nowe kontenery posiłków wędrujących do tysiąca chińskich knajp.

Wszystko w zasięgu dobroczynnej i nieujarzmionej Tamizy, kapryśnej i zmiennej. Rzeki zawsze wzburzonej, w ciągłym biegu. Poddająca się oceanicznym pływom zmienia swój poziom 9 metrów w czasie doby, raz to zalewając swoje koryto po brzegi, aby po paru godzinach odsłonić piaszczyste dno, w którym uliczni artyści rzeźbią zamki, wieloryby, fortepiany i potwory, ku uciesze publiczności. Górą jadą pociągi, wypluwając na kilkunastu stacjach miliony przyjezdnych, dołem swoje potoki prowadzi metro. A na niebie kolejne Boeingi otwierają podwozia przed lądowaniem. Tamiza nigdy nie odpoczywa, tak jak Londyn nigdy nie zasypia.

Fortepian w Tamizie

Londyn, Dzielnica Docklands.

Metro: Overground Wapping. Można się też przejechać kolejką DLR ze stacji Bank chociażby do Greenwich, albo linią na Woolwich, aby z okien zobaczyć resztki prawdziwych doków.

Muzeum spełnionych marzeń

Nad Muzeum Memoriałem Kosmonautyki w niebo startuje rakieta postawiona na dziewięćdziesięciu dziewięciu metrowym postumentem. Na dole, w cokole maszerują Gagarin, Lenin i lud pracujący, ku lepszej przyszłości jaką jest podbój kosmosu. Samo muzeum zaczyna się wielką salą z pomnikiem Gagarina, stojącego dumnie w skafandrze na tle witrażu, prawie jak w kościele.

W muzeum jest naprawdę dużo ciekawych eksponatów do oglądania. Kapsuła, w której poleciała w kosmos Łajka. Biedna psina nie wróciła z powrotem, o czym dowiedziałem się dopiero w muzeum i w ten sposób zawalił się mój mały prywatny mit. Co gorsza, pogrzebawszy w internecie, gdy dowiedziałem się, że Łajka nie zdążyła zjeść 7mej porcji jedzenia, tej z trucizną (bo wrócić nie miała nigdy-takie było założenie), gdyż po prostu zdechła z przegrzania. Kapsuła Łajki jest wielkości pralki i przeraziło mnie, że w czymś  takim można podróżować w kosmos.
Obok w gablotach stoją dumnie wyprężone Biełka i Striełka, którym udało się wrócić już z kosmosu. Wypchane zwierzątka mają wyprzężone pazury i wytrzeszczone oczy, jakby to co zobaczyły, przeraziło je zupełnie.
Dalej już jest mniej makabrycznie. Świadectwo (gramota) Gagarina, chałupa Ciołkowskiego, który na wsi konstruował rakiety. Potem Luna3, która zrobiła pierwsza zdjęcia ciemnej strony księżyca. Są sojuzy (strach w czymś takim małym polecieć w kosmos, toto ma rozmiar przyczepy kampingowej!). No i stacje kosmiczne, łunochody, skafandry i przybory do siusiania, wszystko w co trzeba się zaopatrzyć przed podróżą w przestrzeń pozaziemską.
Teraz, gdy propaganda opadła i kolejny ekonomiści wyśmiewają koncepcje podróży pozaziemskich i wiadomo, że jesteśmy i będziemy długo długo samotni w tym wszechświecie. A dawna kosmonautyka przypomina, że każde marzenie może się ziścić, tak jak się spełniły marzenia i idee nauczyciela matematyki i fizyki z Kaługi, Konstantego Ciołkowskiego.

Muzeum Memoriał Kosmonautyki.

Metro: VDNKh

http://www.space-museum.ru/

Najlepsze dla: marzycieli i technomaniaków. I dla tych, co dalej wierzą, że Armstrong był na księżycu. Bo nie był oczywiście:-)

 

Dwa imperia

W kwietniu 2008 wsiadłem na pokład samolotu Wizzair do Londynu Luton, aby zacząć zupełnie nowy rozdział życia. Zaczął się mój prywatny podbój imperium brytyjskiego. 4 lata i 4 miesiące później siedziałem na pokładzie Aeroflotu do Moskwy, rozpoczynając tym sposobem kolejny epizod: poznawania, oswajania i ujarzmiania kolejnej metropolii i mojego prywatnego romansu z imperium rosyjskim. Oczywiście, pół roku to za krótko by poznać Moskwę. 4 lata to za krótko by stać się miejscowym w Londynie. Ale staram się opisać przygody, zachwyty, a także to wszystko, co mnie poruszyło i zostawiło ślad w pamięci.

Moskwa i Londyn, dwie największe i najbardziej wpływowe metropolie Europy leżą na dwóch biegunach kontynentu. Obie mają i chwalebną przeszłość, ale także historię wstydu i hańby. Związane z Europa jak nigdy przedtem, a jednocześnie odwrócone plecami do Starego Kontynentu. Moskwa sprzedaje gaz do prawie całej Europy, ze wstrętem patrząc na zachodnie idee (oficjalnie, bo nieoficjalnie to Moskwianie bardziej szaleją za zachodem niż Londyńczycy). Londyn chce być finansowym centrum Europy, ale jednocześnie mówi: my i Kontynent, od lat sceptyczny do euro, Schengen i wszystkiego co pochodzi z Brukseli (nie dotyczy brukselek).

Gdy Londyn boryka się kolejny rok z kryzysem finansowym, Moskwa boryka się z kryzysem tożsamości, stojąc w przedziwnym rozdwojeniu pomiędzy wschodem a zachodem. I tak naprawdę to Londyńczycy jadą do Moskwy robić interesy, podczas gdy bogaci Rosjanie kupują kolejne luksusowe apartamenty w Londynie.
Do Londynu ściągają nacje z dawnego imperium brytyjskiego, próbując szczęścia w emigracji, czasami osiągając sukces, czasami lądując na dnie. Tak samo jak miliony Uzbeków, Tadżyków, Turków i Kazahów którzy przyjeżdżają do Moskwy szukając lepszej przyszłości. W obu miastach za sukces trzeba drogo zapłacić.

Londyn, cytowany w wielu filmach i książkach, od Olivera Twista do Harrego Pottera. Moskwa znana z powieści Bułhakowa, Dostojewskiego i fantastycznych  powieści Straż Nocna i Metro 2033. I gdy The Clash śpiewał „Londyn Calling”, DJ Smash śpiewa „Moskwa never sleeps”. Dajmy się porwać Londynowi i przyzwyczajmy sie do bezsenności w Moskwie.

Moskwa, leżąca nad rzeką Moskwą, założona w 1143 roku; 11,5 miliona mieszkańców na na 1081 kilometrów kwadratowych.
Londyn, położony nad Tamizą, założony w Roku Pańskim 43; 8,1 miliona mieszkańców na powierzchni 1500 kilometrów kwadratowych.

Welcome to London! Добро пожаловать в Москве!