Archiwa kategorii: Uncategorized

W krainie leprekonusów

Trudno definitywnie określić czym są leprekonusy i jak je sklasyfikować w świecie baśni. Są to istoty skrzatopodobne, małe, ubrane w zielony kubraczek i kapelusz, a na dodatek złośliwe i skąpe. Zamieszkują jamy i zarośla Irlandii i są ponoć bogate, bo z zawodu są szewcami.

Zarobione pieniądze trzymają w garnkach na końcu tęczy i – rzecz oczywista- nie lubią się dzielić swoim majątkiem z nikim. Złapany leprekonus za wolność spełni twoje trzy życzenia (patent złotej rybki), a inne źródła mówią że daje portmonetkę ze złotym dukatem, który niestety zmienia się w liść, gdy tylko skrzat zniknie z oczu szczęśliwego posiadacza pieniądza.Oprócz małych psikusów leprekonusy są podejrzewane o szereg innych poważnych magicznych psot: niektórzy w Irlandii winią je za słabe wyniki narodowej reprezentacji w futbolu, o to że żaden bankier nie trafił do więzienia, a przede wszystkim o zmienna i złośliwy klimat, przez który co najmniej przez trzy miesiące w roku deszcz z nieba leje się wiadrami.
Cała złośliwość zielonych stworków nie oznacza, że leprekonusy są do szpiku kości źle i ponure. Gdy się im nie przeszkadza, lubią dobre piwo, zabawę i taniec.
Po co się tak rozpisalłem o leprekonusach? Bo stały się one komercyjną wizytówka Irlandii. Zwłaszcza w dzień św. Patryka, kiedy zielone stworki opanowują ulice, sklepy (w butikach dla turystów są zawsze).
Dlaczego zatem z tak bogatej mitologii irlandzkiej, czerpiącej i z korzeni celtyckich i nordyckich nie wybrano bardziej dostojnych, mniej złośliwych postaci? Chyba ten wybór jest żartem w żarcie z Irlandii i Irlandczyków. Bo mimo deszczów i wichur naród to pogodny, wesoły i mający do siebie odpowiedni dystans. Cały ten zespół cech łączy sie w styl życia, czy nawet filozofię kryjąca się pod nazwą Craic, o czym napiszę już niebawem.
Ojczyzna Leprechanow znajduje się na północy Irlandii, w Calingford, gdzie jest ponoć siedlisko ostatnich 256 Leprechanow. Teren jest chroniony także ze względów przyrodniczych przez UE, a tablice informacyjne obwieszczają, że siedlisko jest chronione dyrektywą UE i „łowcy i poszukiwacze skarbów będą ukarani”.

Inna tablica głosi „sprzątaj kupy po swoim psie. Leprechaun okrutnie nie lubią psiego gówna na swoich tanecznych bucikach”.Fot. Wikipedia

Reklamy

Perełki Wiecznego Miasta

Po zwiedzeniu Watykanu, Koloseum i wszystkich słynnych fontann warto poświęcić trochę czasu ukrytym skarbom Rzymu. Oczywiście, w tym celu należy wyrwać się przewodnikowi na dwa dni, albo po prostu zorganizować wyjazd samemu.

1. Sobotni „pokaz mody” w Villa Borghese. Miejsce to – często nazywane „Central Parkiem” Rzymu – najpiękniejsze jest w weekendowy poranek. To ogromny kawał zieleni, uporządkowanej bardziej lub mniej. Warto usiąść przy fontannie albo pod parasolowatą sosną i patrzeć jak Rzymianie spacerują, biegają i odpoczywają. Oczywiście nie w dresach – w ubiorach z najdroższych sklepów, z piękną, niewymuszoną elegancją. W parku jest też klimatyczna kafejka filmowa, w której króluje Fellini i Sophia Loren.

2. Włoski Gaudi. Z Villi Borghese do Quartiere Coppede jest kwadrans spaceru najbardziej luksusowymi ulicami Rzymu. Samo osiedle, wybudowane na poczatku zeszłego wieku jest mieszaniną stylów architektonicznych i ma za zadanie zadziwiać, śmieszyć i straszyć. Łukowata brama, barokowe ozdoby, średniowieczne nawiązania i przedziwne rzeźby tworzą atmosferę jak z hororu.

3. Wsiadamy w tramwaj 19 i przez całe miasto jedziemy aż do stacji Piramida. Tam zwiedzamy cmentarz protestancki (acatolico). Miejsce urocze i – jak na Rzym – prawie bezludne. Tutaj – za murami miasta grzebano innowierców, by nie kalać Świętego Miasta. Cmentarz pozostał miejscem spoczynku dla wyznawców innych wiar,  ateistów i wszystkich nie pasujących do katolickiego punktu widzenia. Jest to właściwie cmentarz ekspatów: Anglików, Holendrów,  Niemców, Rosjan, Żydów. Różne czcionki na grobach mieszają się z różnymi symbolami religijnymi, a wszystkiego tego pilnują koty. Koty zresztą królują też na rzymskich ruinach na Largo di Torre Argentina w samym centrum miasta.

image

4. Na Trastevere, czyli na Zatybrzu trzeba po prostu się zgubić. I my się zgubiliśmy, znajdując się na małym skwerku. I tak pozostaliśmy, obserwując jak włoska familia wytacza się z restauracji po sutym obiedzie, żegnając się wylewnie. Po drugiej stronie placyku, na piętrze mieszka starszy ksiądz z trzema młodymi  wikarymi. Oj, to mieszkanie musiało widzieć wiele ognistych teologicznych dysput. Właśnie zamykają okiennice i pakują się do Fiata Punto. Tutaj skuterem przyjechała nerwowa młoda artystka z rulonem papieru (parkując przestawia kwietnik), tutaj dostarczają pomarańcze do restauracji. A nad tym mewy i albatrosy, wrzeszcząc i bijąc się o rybki, które sklepikarz zostawił na murku.

image

5. Będąc już na Trastevere trzeba się wspiąć na jedno z siedmiu wzgórz na których powstał Rzym – Gianicolo (swoją drogą, liczba miast na świecie powstałych na siedmiu wzgórzach jest ogromna, włączając Kielce i Lublin). Warto się wspiąć i po prostu odetchnąć widokiem, razem z wycieczkami oraz młodzieżą szkolną na wagarach.

image