Archiwa kategorii: Notatki

‚Hygge’ w Kopenhadze

W Kopenhadze mgła i zimno. Pogoda nas nie rozpieszcza, a to chłoście ostrym deszczem, to zasnuwa chłodem. Wieczór nadchodzi szybko, a ranki są lodowato zimne. I tak miasto staje się mroźną twierdzą, niedostępną i niemiłą. Odwiedzamy kawiarnie, aby się ogrzać, ale jak długo.

IS_koptekst2

Muzea są ciekawe, zwłaszcza Thorvaldsen Museum, do którego trafiliśmy bez planu i przez pomyłkę.

IS_Koptekst 3

Później nasze współpodróżniczki zwiedzają Muzeum Designu, a my zwiedzamy miejscową dzielnicę królewską, monumentalną katedrę i rozkoszujemy się prostotą i pięknem okolicznych kamienic.
Duńczycy są niezwykle wyrafinowani jeżeli chodzi o estetykę i styl bycia. Zdystansowani, raczej poważni niż zabawni, czasami obrażeni. Takie same są ich estetyczne gusta. Nie ma tutaj ferii kolorów jaka mieni się choćby Moskwa, nie ma różnorodności kształtów Paryża. Duńczycy kochają szary beton, proste formy, kwadraty, prostopadłościany.

IS_DSCN0493

Od linijki, wyprostowane, nie rzucające się w oczy. I wśród tej słotnej (iście londyńskiej pogody) jest coś, co rozświetla humory Duńczyków. Hygge, trudne do przetłumaczenia na polski oznacza wieczór, pełen obcowania z  przyjaciółmi, z domu z kominkiem, przy winie i dobrym jedzeniu. My turyści trzydniowi do Królestwa Danii hygge nie doznamy, bo jak i z kim. W naszym hostelu mieszkają Bułgarzy, Rumunii, pracujący tutaj na swoje szczęście, no i zagubiona brytyjska śpiewaczka przygotowująca się do przesłuchań w miejscowej operze.

Ale mamy własne hygge, środkowoeuropejskie. Nasza współtowarzyszka podróży Czeszka leci do sklepu, kupuje bulion, czosnek i cebule. Polacy, jak Polacy: kupują wino i chrupki. Węgierka dokłada się do ciasta. I mamy nasze hygge! Na stole zupa czosnkowa, lśniąca się od cebuli i szynki, okraszona serem. W brzuchu wino, a potem ciasta i zakąski.

IS_koptekst5

I się zaczyna opowieść środkowoeuropejska. Węgierka jest najbardziej wyobcowana, więc śmiejemy się z jej języka i najdłuższego węgierskiego słowa. My opowiadamy o polskim ‚stole z powyłamywanymi nogami’. Czeszka, jak Czeszka, zdystansowana i uważna rozluźnia się przy kolejnym kieliszku wina i dopytuje się dlaczego Polacy śmieją się z czeskiego określenia wiewiórki. Okazuje się, że dla nas ‚drewny kocur’ brzmi prześmiesznie. Oni się śmieją z ‚kamizelki kuloodpornej’, która brzmi obleśnie i dwuznacznie dla Czechów. A potem granice się zacierają, tworzy się wirtualna strefa Schengen i tak jak się cieszymy z tego, że sowieccy bracia odeszli ze swoimi karkołomnymi ideami, tak boimy się o przyszłość w żarłocznym kapitalizmie. I tu Węgierka narzeka najbardziej, bo wszakże Europa Środkowa znana jest na cały świat z marudzenia, to Węgrzy zdają się być królami w temacie malkontenctwa. Za oknem dalej pada deszcz, a my kończymy nasze hygge. Biesiadę serc bloku postkomunistycznego.

Więcej zdjęć z Kopenhagi: http://alturysta.pl/kopenhaga-w-11-odslonach-2/

Reklamy

Bath czyli łazienki po angielsku

Do miejscowości Bath jechaliśmy z nastawieniem, że już za chwilę zobaczymy coś, co dobrze znamy z polskich czy czeskich uzdrowisk. Zobaczymy domy zdrojowe, spacerujących kuracjuszy w dresach. Zobaczymy pijalnie wód o dziwnym smaku i zapachu i niekończące się promenady. A wszystko to zatopione w ciszy i błogości odpoczynku.

Bath jest inne, mimo iż z nazwy powinno być wzorcem miejscowości uzdrowiskowych. Przede wszystkim ma bardzo odległą historię, sięgającą starożytnych czasów, kiedy to Rzymianie byli tu jeszcze gospodarzami. To oni powołali do życia Bath, czego ślady nadal można podziwiać. Dziś, w Bath nie ma typowych uzdrowisk i wczasowiczów. Ulice miasta pośpiesznie eksplorują wycieczki, które przyjechały tutaj na godzinę, by za chwilę zostać znów zapakowane w autobus jadący do Stonhenge. Ci, co przyjechali tu na dłużej, mieszkają w drogich hotelach, i dzień spędzają raczej spacerując handlowym „high street”, niż na gimnastykach i kąpielach. Wszystko odbywa się w londyńskim tempie i nie ma to nic wspólnego z uzdrowiskową flegmą.

Według mnie, definicja angielskiego sanatorium powinna brzmieć: gorączkowe zakupy z finałem w cukierni na kremowym ciachu popijanym Ciderem, albo Pimmsem. Koniec definicji. Bath, oprócz pięknych budowli, to przede wszystkim setki sklepów, butików a nawet domów handlowych. Tu nie ma kąpieli perełkowych, a w zamian prowadzona jest terapia zakupowa. A jak by tego było mało, to smutek odchudzonego portfela (tzw. „dysonans pozakupowy”) łagodzi się kawałkiem sernika cytrynowego, czy czekoladowym Brownie. Niestety, Bath straciło urok kameralnego miasteczka, w którym czas płynie dwa razy wolniej.

Przy okazji zwiedzania powstał film, z oryginalnymi dźwiękami, bo Bath okazało się niezwykle muzyczne. Dopiero pod koniec dnia, po przejściu przez wszystkie obowiązkowe budowle, gdy wdrapaliśmy się nad górę nad stacja kolejową, udało się zobaczyć piękno architektury budynków z piaskowca.

 

Dover – tu się zaczyna Anglia

Klify w Dover robią ogromne wrażenie. Szczególnie na podróżnikach, którzy widzą je po raz pierwszy. Drzewiej podziwiali je Celtowie, dumał nad nimi Juliusz Cezar, wzdychali pasażerowie transatlantyków, niewolnicy zwożeni w galerach i emigranci zaczynający swoją tułaczkę. Biała, kredowa ściana wyrastająca na kilkadziesiąt metrów prosto z morza robiła wrażenie i na polskich emigrantach, tych z Epoki-Przed-Ryanairem.

Dla wielu klifowy próg był nie do przeskoczenia i zanim zaczęła się ich podróż po wyspie już musieli wracać. Pamiętam opowieść kolegi, który tuż przed maturą postanowił dorobić sobie na wakacje i spróbować pracy na czarno w kraju-raju. Jego podróż skończyła się tuż przed klifem, z którego został zawrócony z odnotacją w paszporcie „persona non grata”. Wyprawa zakończyła się dla niego niezłym wstydem, mankiem w portfelu, uwagą przesłaną do dyrektora szkoły i laniem od rodziców.

Dzisiaj, kiedy górą przelatują co sekundę tysiące pasażerów lub dołem – pod Kanałem Angielskim przez większość świata nazywanym Kanałem La Manche – śmigają Eurostary, klify blakną i tracą na znaczeniu, a do przeprawy wystarczy najzwyklejszy dowód osobisty. Teraz tylko kierowcy tirów i autokarowi wycieczkowicze zastygają w podziwie, gdy prom zbliża się do brzegu Wielkiej Brytanii.

Ze szczytów snieżnobiałego muru port promowy wygląda jak wielkie mrowisko. Promy przypływają jeden za drugim, wypluwają kolejne pojazdy, które znikają w przełęczy. W ich miejsce czekają już w uporządkowanej kolejce auta, tiry i autobusy z towarami i pasażerami w drodze do Francji.

A w ciężarówkach czają się kolejni amatorzy raju na Wyspach – emigranci z Afryki, Azji i Europy, ukryci w skrzyniach tirów. Według Home Office, codziennie około 40 osób próbuje właśnie tak przekroczyć granicę. Już w Calais, przez przeprawą, angielscy celnicy tropią ich za pomocą detektorów dwutlenku węgla, albo sensorów wykrywających bicie serca. Komu się dzisiaj udało? Kto jeszcze dzisiaj wieczorem trafi do raju, a kto przegra walkę o lepsze życie?