Archiwa kategorii: Notatki

Szalone rzeczy robimy

Do przeżycia małego szaleństwa nie trzeba wiele: strój kąpielowy, dobra rynna deszczowa i deszcz tropikalny w środku malezyjskiej dżungli Taman Negara. Mając te trzy składniki można zacząć eksperyment. Najlepsze są wieczorne deszcze; orzeźwiające i energetyzujące. Potem wystarczy już tylko stanąć pod rynną… i dać się ogarnąć wodospadowi ciepłej wody. Chociaż w konserwatywnej Malezji można napotkać spłoszone spojrzenia miejscowych, ale myślę, że mała ekscentryczność białego człowieka została mu wybaczona.Violetta Villas podobno myła włosy w deszczowej wodzie, dlaczego więc nie my? Minusem brania każdego prysznica w tropikach jest to, że w pięć minut po wytarciu się ręcznikiem wszechobecny pot pojawia się na nowo, nie ma chwili luksusu.
Drugim razem było jeszcze bardziej szaleńczo. Na plaży w wietnamskim Moi Ne panował codzienny galimatias. Po niebie szaleli kitesurferzy, ze swoimi dmuchanymi latawcami. W morzu pluskali się turyści, korzystając z płaskiej a ogromnej fali. Miejscowi siedzieli w kucki na mokrym pasie plaży odkrytej przez odpływ. Grzebali małe dołki, po czym łapali ślimaki, małże i kraby. Wietnamczycy potrafią znaleźć jedzenie w każdym zakątku swego kraju i potrafią zjeść wszystko co się rusza, z wyłączeniem motocykli.
Tymczasem niebo się zachmurzyło. Instruktorzy kitesurfingu widząc nadchodzący wiatr prędko zwinęli latawce i pozbierali zmoczonych kursantów. Miejscowi pomarudzili trochę, po czym zebrali swoje wiaderka wraz z zebranym surowcem na obiad i małe krzesełka i czmychnęli do swoich chatek. Tylko turyści zostali. My też. A tutaj zabawa na całego. Fala się wzbiera, wiatr duje, no i w końcu mamy deszcz z nieba. Gęsty, silny. Ale to tropiki, więc deszcz ciepły, jak z prysznica. Szalejemy, turlamy się w falach (w wodzie nawet cieplej niż na zewnątrz). Instruktorzy kitesurfingu, miejscowi poukrywani w chatkach patrzą na nas jak na wariatów, my jednak cieszymy się chwilą, jakie to piękne uczucie – woda z dołu, z góry i nawet z boku zacina!

Mui Ne1

Dobra, pora się zbierać, robi się ciemno. Przemykamy przez hotel i mijamy Rosjanina, który dosyć prędko zaczął imprezę. Tak prędko, iż dziewczyna go właśnie zbierała ze stołu. Pora się wytrzeć z deszczu i morskich fal i zachowywać w końcu porządnie, jak na turystę przystało.

Reklamy

Całe piękno i udręka podróżowania…

Oglądam po raz setny zdjęcia, słucham dźwięków przypominających mi o odwiedzonych miejscach. Ze zdjęciami sprawa jest trudna; zbyt wiele obrazów rozprasza umysł, pozostają landszafty i pocztówki kolejnych zabytków z listy UNESCO. Trudno wybrać to najwłaściwsze zdjęcie; czy widok Andów z pomarańczowego balkonu w Huaraz jest odpowiedni? A może zdjęcie śmierdzącego królewskiego owocu duriana? A może ten autobus, który zepsuł się nocą na przełęczy w Laosie? Jak trudno wybrać to najważniejsze miejsce, obraz zdarzenie. Dźwięki własnoręcznie nagrane są łatwiejsze do przetrawienia i absorbują jeszcze bradziej emocjonalnie – nie zapomnę tego wieczora w Bundu w Indiach, gdy siedzieliśmy na progu sklepu i słuchaliśmy odgłosów miasta. Czy koszmarnego muzyka, który przygrywał nam do obiadu w restauracji w La Paz, czy szumu morza na wybrzeżu w Kambodży.

No i pozostają pamiątki. Figurka Buddy, nowozelandzki bożek, australijskie aborygeńskie „śniące obrazy”, słoń-bóg Gensz i obraz Matki Boskiej z Guadalupy?

W końcu pozostają wspomnienia ludzi, kontakty, pocztówki, życzenia na facebooku, to chyba jest najwartościowsze, kiedy można poznawać świat razem z kimś.

A oprócz wspomnień to tak jak powiedział Paul Theroux „Cały blask podróżowania odkrywa się podczas retrospekcji”. Bo tak naprawdę to podróżowanie to ciężki kawał chleba! Pakowanie, gonienie na stacje kolejowe, targowanie się z taksówkarzami, spóźnione loty i odwołane pociągi. Podróżujemy w skrajnych klimatach: można zmarznąć do szpiku kości w Wenecji, roztopić się w słońcu Berlina czy niemalże dostać udaru od wilgoci i ukropu Azji. Czyhają na nas naciągacze, komary, pluskwy i małpy (o tygrysach i krokodylach nie wspominając). Czasami pokój w hostelu przypomina plan filmowy jakiegoś horroru, czasami łazienka nie ma ściany, czasami nie ma łazienki w ogóle. Tak, podróżowanie pozwala nam testować limity własnej wytrzymałości i cierpliwości. Ale może dlatego warto po zdobyciu wszysckiego co było do zdobycia wrócić do swoich czterech ścian, aby siąść w fotelu, otworzyć album ze zdjęciami i pozwolić odzyć wspomnieniom?

 

Banany tylko dla Buddy

Vientiane – stolica Laosu – ma niewiele ponad 200 tys mieszkańców. Gmachy ministerstw wyglądają jak bloki, a główna ulica przypomina deptak średniej wielkości miasta powiatowego w Polsce.
Gdy Amerykanie podarowali Laosowi cement na budowę nowego pasu startowego w lotnisku, ci zbudowali z niego łuk triumfalny (nazywany teraz przez ekspatów pionowym pasem startowym).

W głównej narodowej świątyni na podłodze śpi piesek, a dookoła łazi cętkowany kot. Parę osób zwiedza i ogląda setki posążków posążki Buddy (są wszędzie, przed większością skarbonki na pieniążki, niektóre mają zatknięte w rękach kwiaty czy banknoty). Przemykają młodzi mnisi – w Laosie każdy chłopak przynajmniej na parę miesięcy trafia do klasztoru na naukę. Jest pora sjesty, więc młodzi mnisi śpią na posadzce w świątyni. W cieniu i pod wentylatorem jest najmilej.

Alturysta_Vientiane1 Alturysta_Vientiane2
Popołudniem spacerujemy wzdłuż Mekongu. Inna to rzeka niż w Bangkoku, Phnom Penh, czy w Sajgonie. Tutaj wzdłuż brzegu spaceruje tylko kilkanaście osób, głównie miejscowych.

Alturysta_Vientiane3

Pomnik jakiegoś ojca narodu komunistycznego góruje nad okolicą, a miejscowi składają wodzowi kwiaty i owoce, kłaniając się nabożnie. Grasuję wszechobecni staromodni fotografowie, potrafiący w parę minut dostarczyć zrobioną właśnie fotkę w ramce (pozłacanej!)
Wieczór – szukamy czegoś do zjedzenia, a tu pozamykane. Jest niedziela, czynny jedynie studencki bar z karaoke, w którym studenci próbują swoich sił wokalnych. Jest to rodzaj rytuału godowego, bo najpierw śpiewają dziewczyny, a chłopcy siedzący przy osobnych stolikach je obserwują i dopingują, potem mikrofon trafia do dżentelmenów, którzy znowu są adorowani przez niewiasty. Ani jedni ani drudzy nie potrafią śpiewać i męczą importowane z Tajlandii miłosne piosenki.

Wypijamy piwo, pora wracać, bo psy, dotąd łagodne i leniwe, w nocy robią się czepialskie i dociekliwe. Chcemy jeszcze kupić kiść bananów na kolację, ale nie można. To są banany dla Buddy, wnioskujemy z oburzonej miny sprzedawczyni. My, biali profani, zjedlibyśmy je od razu, a one najpierw są położone na ołtarzu, potem ewentualnie zjedzone przez mrówki, mnichów albo łagodne dniami psy.

Sajgon: życie w trzech wymiarach

Pokój w naszej kwaterze w Sajgonie jest co najmniej dziwny. Dom jest zbudowany w typowo wietnamskim stylu i wygląda jak kilka wagonów kolejowych położonych jeden na drugim. Szerokość cztery metry, długość dwadzieścia pięć metrów. Na parterze mijamy pokój dzienny gospodarzy, ołtarzyk (chyba) buddyjski ze świeżym durianem i coca-colą złożoną w ofierze bóstwom. Bawimy się z małymi pieskami, które wesoło pląsają. Potem przechodzimy przez kuchnię, gdzie zawsze jest jakiś kopcący się garnek z kolejną zupą pho (patrz porada na końcu). No i na końcu są strome, kręcone schody prowadzące trzy piętra w górę. Pokój jest długi, kiszkowaty, mieści się podwójne łóżko, krzesło i telewizor. Niewiele oczekiwać od pokoju za 6 dolarów (19 złotych). Gdy otwieramy kratę balkonową, wychodzimy na malutki balkonik i prawie na wyciągnięcie ręki mamy przeciwległy dom, w którym za ścianą z blachy falistej toczy się życie równoległe. Ktoś śpi, ktoś gotuje, ktoś się kłóci. W bocznych uliczkach Sajgonu wszyscy mieszkają sobie nawzajem na głowie. Jak się wychylę przez balustradkę (ale ostrożnie, bo niska), widzę kilkanaście innych domów – wagonów, z rodzinami odpoczywającymi, gotującymi, jedzącymi, śpiewającymi i oglądającymi telewizję. Jak nastawić uszu, dźwięk ulicy jest niesamowity. Ktoś coś mówi, coś gra, psy szczekają, albo kogut pieje. Na prawo widzę balkon z jakąś świętą figurą kobiety. Po dłuższych dociekaniach wnioskuję, że nie jest to Matka Boska, chociaż wygląda właśnie jak Maryja, tylko z potężnym kokiem na głowie. W nocy figura jest podświetlona kolorowymi pulsującymi lampkami.

Alturysta_sajgon3d
Czasami słychać nawoływania obnośnych sprzedawców jedzenia. Każdy ma własną melodię, czasami krótką śpiewaną reklamę, puszczaną przez mały głośniczek. Inne dźwięki wydają bułki na parze, inne rosołki, inne ostrzarki noży, inaczej śpiewają szewcy, a recykling trąbi małymi trąbkami. W Wietnamie wszyscy mieszkają jak w mrowisku, ale to tak bardzo pasuje do narodu, który jest nauczony żyć w społeczności, podążać za hierarchią, patriarchatem, wszystko to w łagodnym odcieniu socjalistycznej ideologii.
Podziwiam uliczne kucharki. Pani trzyma na ramieniu poprzeczkę z dwoma bambusowymi talerzami. Dźwiga cały dobytek: z jednej strony palenisko, z żywym ogniem i rosołkiem gotującym się w garnku. Z drugiej strony szafeczka z miseczkami i pałeczkami dla klientów, z nudlami i dodatkami do potrawy. Pani siada w zaprzyjaźnionym miejscu, kuca, rozpakowuje mini-kuchnię, i już po chwili serwuje gorące nudle z rosołkiem i skrawkami. Częstujemy się, to tylko 1,5 złotego za porcję. Jemy ze szklanych misek, więc pani czeka na nas, w międzyczasie obierając cebulkę do następnych potraw i krojąc grzybki. Wszystko jest efektywne i ekonomiczne, nic się nie może zmarnować. Wietnamczycy rwą się do kapitalizmu na wyścigi, sztuki przetrwania na „zupie z gwoździa” nauczyli się perfekcyjnie, teraz ramię w ramie z Chińczykami podbijają świat. Nie wierzycie? Zobaczmy za paręnaście lat.

Jedzenie w Wietnamie:

Są dwie rzeczy nieuniknione: gorące zupy pho (czyli rosół z nudlami i różnymi dodatkami) na śniadanie oraz wszechobecne bagietki z kosmicznym nadzieniem. Dlaczego kosmiczne? To trzeba samemu spróbować.

Wietnam, czyli wesoły komunizm

Jest niedzielne popołudnie w „Parku 23 Września” w Ho Chi Minh City (dawniej zwanym Sajgonem). Czytam regulamin wywieszony przy wejściu:
Dla Gości:
1. Należy być schludnym, grzecznym i cywilizowanym. Należy brać udział w ćwiczeniach fizycznych i utrzymywać Publiczną Higienę bez śmiecenia i robienia bałaganu. (…)
3. Zabronione jest pijaństwo, hazard i wróżbiarstwo. Nie wolno łowić ryb, drażnić zwierząt czy wprowadzać zwierząt do parku. Dbaj o publiczne bezpieczeństwo.
Dla Pracowników Partii:
1. Należy być odpowiedzialnym i przykładem dla Gości, wiodąc cywilizowane życie. Należy być grzecznym i przyjacielskim dla Gości.
2. Należy przestrzegać zasad bezpieczeństwa, przeciwpożarowych i innych.
Spacerujemy po parku, gdzie życie wydaje się uporządkowane według zasad Partii Komunistycznej.

Alturysta_sajgon 1

Na dużym placyku około setka starszych pań ćwiczy aerobik. „Một hai ba dốc”, „raz dwa trzy skłon” krzyczy przez mikrofon instruktorka, setka pań podąża za jej ruchami. Dookoła ćwiczą biegacze, a inni praktykują Tai Chi czy kolejną dziwną wschodnią praktykę medytacyjną i sprawnościową.
Obok młodzież pod specjalnymi daszkami ćwiczy taniec towarzyski. Widać, że szaleństwo Tańca z Gwiazdami i tutaj dotarło. Ale jest i mniej klasycznie. Na trawniku kawałek dalej swoje ruchy szlifują nowe boysbandy i zespoły tańca nowoczesnego. W rytmie koreańskiego K-Popu.

Alturysta_sajgon 2
Idziemy dalej, pod drzewem pięciu gitarzystów i chórek ćwiczą jakąś smętną balladę. Dookoła rozbiega się zastęp rozemocjonowanych harcerek, które z kartkami z rękach (widocznie jakieś instrukcje) zdobywają oznaki czy sprawności harcerskie.
Na ławce siedzi gruby Amerykanin w zaawansowanym wieku i gaworzy z grupką studentów. „Po co przyjechałem do Wietnamu? Żeby znaleźć miłość.” Po czym taksuje zgrabne sylwetki studentek. Z tyłu pojawia się nauczyciel, który dyskretnie ewakuuje grupę od seks – turysty.
My też siadamy i po pięciu minutach przysiadają się do nas ci sami studenci. Ćwiczą angielski, a najlepiej to robić z obcokrajowcami. Zadają pytania, my opowiadamy o podróży, Polsce. Z tyłu stoi nauczyciel i sprawdza postępy. Zauważamy, że z grupki piętnastu Wietnamczyków, którzy nas otoczyli każdy musi zadać pytanie i odpowiedzieć na nasze. Wszyscy mają po dwadzieścia trzy lata (choć wyglądają na piętnaście) i studiują biznes na uniwersytecie. „Jak skończę studia, będę menedżerem” mówi młoda Tran. Zaczyna padać deszcz (normalne, to w końcu pora monsunu), studenci proponują podejść pod drzewo i kontynuować ćwiczenia, ale my jesteśmy już trochę zmęczeni zabawą w głuchy telefon. Wymieniamy emaile i wracamy do naszej kwatery. Dziwny był to park, taki niepolski, nie było ani zaplutych pijaczków, ani studentów pijących piwo z reklamówek, ani matek z rozwrzeszczanymi dziećmi.  Tutaj wszystko jest celowe, przemyślane, uporządkowane, park wręcz idealny. Nawet palmy rosną prosto, jakby bały się wyskoczyć poza standardy partii.
Po drodze mijamy czerwone transparenty  ze złotym młotem i sierpem i hasło: „Dang Cong San Vietnam Quang Vinh Muon Nam” co oznacza „Niech nam rządzi chwalebna Komunistyczna Partia Wietnamu”. Dookoła Starbucks, Pizza Hut, a na chodnikach tysiące handlarek, starszych i młodszych, kapitalizm w pełnym rozkwicie. W przeciągu dziesięciu lat kraj trzeciego świata z 60% ludności żyjącej poniżej progu ubóstwa zamienił w ekonomiczną potęgę z tylko 20% osób ubogich. Bezrobocie wynosi dwa procent.  Siedziba partii jest zlokalizowana tuż obok sklepu Prady, Rolexa i Louis Vuitton. A ludzie? Czy są zmęczeni propagandą i życiem w kagańcu ograniczeń? Nie wiem, tego nie chcieli powiedzieć. Przewodniki piszą, że wychowanym na Konfucjanizmie Wietnamczykom było łatwo przyjąć komunistyczne ideologie. Brak własności prywatnej; praca kolektywu, edukacja ważniejsza od bogactwa, nauczyciele bardziej szanowani od lekarzy. Z portretami lidera Wujka Ho Chi Minh wiszącymi na każdym rogu ulicy, błogosławiącego lud pracujący, rolników, robotników i inżynierów, a jednocześnie nie prześladującego swojego ludu (za bardzo) Wietnam wydaje się być państwem z komunizmem z ludzką twarzą. Ale pewnie prawda jest zupełnie gdzie indziej.

Alturysta_sajgon 3

Jak się poruszać po Wietnamie.

– motocykle. Polskie prawo jazdy (nawet międzynarodowe) nie jest honorowane, osoby jeżdżące bez prawa jazdy mogą mieć dużo problemów, w najlepszym przypadku kończy się to koniecznością zapłacenia łapówki milicjantowi. Zawsze należy mieć kask podczas jazdy motocyklem.

– taksówki. Należy wybierać te państwowe firmy oraz żądać od kierowcy włączenia licznika (jak w Zakopanem).

– transport międzymiastowy. Ci fachowi podróżnicy podróżują zapewne lokalnymi autobusami, oszczędzając trochę i mając przeżycia prawdziwych podróży. Niestety większość zwiedzających (tak jak i my) kusi się na tzw. open ticket, czyli bilet na kilka połączeń na trasie np. pomiędzy Ho Chi Minh i Ha Noi. Ponoć najlepszą firmą jest Hahn Cafe, nie radzimy tych tańszych, bo autobusy mają kiepskie, obsługę gburowatą i podejrzane autobusy.

Beżowo-białe kafelki w S-21

Miejsce kaźni zwane S-21 w Phnom Penh przypomina szkołę. Bo była to szkoła. Beżowo – białe kafelki, sale lekcyjne, zestaw do ćwiczeń gimnastycznych na podwórzu, boiska. Za czasów reżimu Czerwonych Khmerów szkołę zamieniono na więzienie dla najbardziej niepokornych obywateli.

Alturysta_s213

W klasach lekcyjnych ustawiono metalowe łóżka dla skazanych, przyrządy do ćwiczeń zamieniono na przyrządy do torturowania więźniów, a boiska służyły przegrupowaniu ofiar. Zwiedzamy te miejsca zszokkowani, bo urządzenia tortur pozostały i są niemymi światkami tragedii sprzed ponad trzydziestu lat.
Oglądamy więc zdjecie ostatniej ofiary S-21, czarno-biała fotografia przestawiające storturowane ciało leżące na żelaznym łóżku. Pod fotografią to samo łóżko, te same beżowo-białe kafelki, ten sam akumulator do porażania prądem. Nic się nie zmieniło.

Alturysta_s212
W drugim budynku rzędy tysięcy fotografii ofiar tego miejsca. Khmerowie byli równie skrupulatni jak hitlerowcy i rejestrowali skrupulatnie każdego więźnia. Z dwudziestu tysięcy osób więzionych tylko dziewięć przeżyło S-21. Zwiedzamy dalej, bez słowa, bez komentarza. Obok młoda osiemnastolenia amerykanka czyta historie więźniów i szlocha, żydowska wycieczka studiuje ekspozycję z zadumą, tylko chińska wycieczka wydaje się być nieco odłączona od rzeczywistości i robi sobie wesołe zdjęcia z ostatnimi żyjącymi osobami, ktore przezyły więzienie i sprzedaje obecnie swoje  wspomnienia w sklepie z pamiątkami.
W ostatnim budynku zdjęcia Pol Pota i jego współpracowników, pomazane i porysowane przez zwiedzających, widać że złość nie przeszła. Czytam życiorysy przewodców reżimu: wykształceni, często na Sorbonie, znający jęzki i podróżujący. Zafascynowani najpierw marksizmem, potem maoizmem.
Czytam potem o reżimie Czerwonych Khmerów i zastanawiam się, jak w ogóle Kambodża przetrwała. Historia jest jak z futurystycznej powieści science – fiction. Jednego dnia Khmerowie wysiedlili siłą całą ludność miast i rozlokowali ich w obozach przymusowej pracy na prowincji. Intelektualistów wymordowano (ekologicznie, bo ciosem młotka w czaszkę, bez marnowania nabojów). Ponoć nawet za noszenie okularów groziła pewna śmierć. W ciągu pięciu lat reżimu zniknęli profesorowie, nauczyciele, lekarze, historycy, inżynierowie. Kraj został cofnięty do roliniczego poziomu rozwoju, jak szacują historycy – do XI wieku. Ludność pracowała w przymusowych kołchozach, umierała na dengę i malarię i cierpiała straszny głód. Siatka agentów i kapusiów była taka gęsta i efektywna, że rodziny przestawały w ogóle rozmawiać, w obawie przez powiedzeniem jednego słowa za dużo. Szacuje się, że jedna czwarta narodu, około dwa miliony ludności zostało zamordowanych albo zmarło z głodu i chorób w czasie reżimu. Tej gehennie narodu przyglądał się świat, z Organizacją Narodów Zjednoczonych i Stanami Zjednoczonymi, które były bardziej zajęte zrzucaniem napalmu i broni chemicznej masowego rażenia na Wietnam, niż pomocą Kambodży.

Alturysta_s21

Pięć lat później Wietnamczycy pokonali Khmerów i wyzwolili Kambodżę. Liderzy Czerwonych Khmerów nie zostali osądzeni, zostali aresztowani dopiero parę alt temu i wielu z nich nie dożyło procesu.
Po zwiedzeniu S-21 Kambodża nie będzie dla mnie taka sama. Dziwię się i podziwiam tych niepozornych, czasami natrętnych, czasami nieśmiałych potomków wielkich Khmerów (tych z Angkor Wat). Bo mimo tego horroru, tej nieludzkiej utopii, jakiej zostali ofiarami, są uśmiechnięci, pogodni i sprawiają wrażenie, że potrafią się cieszyć każdą chwilą.

Zwiedzanie Phnom Penh.

My poruszaliśmy się głównie na piechotę (jak odległości pozwalały), a także tuk-tukami. Zawsze należy wynegocjować opłatę za przejazd przed podróżą. Zawsze.

Stolica Kambodży dopiero się rozwija i odbudowuje po ponurych czasach Czerwonych Khmerów, oprócz S-21 warto zwiedzić świątynie i pałac królewski, a także przespacerować się wzdłuż rzeki, pomyszkować w rozlicznych bazarach, usiąść w kafejce, zjeść duriana na ulicznym stoisku.

Jezus Chrystus od pieniędzy i znajomości

„Chcę wam pokazać moją uczelnię” zaproponowała nasza przewodniczka po Tajlandii. Przytaknęliśmy grzecznie, chociaż ostatnią rzeczą jaką chcieliśmy robić było zwiedzanie czegokolwiek w ukropie lejącym się z nieba. Uczelnia nazywała się „Assumption University” i dopiero kiedy minęliśmy ogromną statuę Chrystusa, zorientowaliśmy się, że jest to uczelnia katolicka. Dziwne to  wrażenie w kraju zdominowanym przez buddyzm.

Assumption1

Już sam wjazd na kampus zrobił wrażenie: szeroka droga wzdłuż pięknego parku, po jednej stronie jeziorko, na której zobaczyliśmy rzeźbę przedstawiającą konie biegnące po wodzie (w stylu raczej licheńskim). Na drodze duży korek, bo właśnie się skończyły zajęcia. Jak się okazało, wiele studentów ma własne limuzyny z szoferami, ci biedniejsi korzystają z publicznych minibusów. W środku kampusu, wśród ogromnych budynków dookoła wystrzyżona trawa i ozdobne krzaki i bogaci żakowie czekający na swoje limuzyny pod daszkiem przynoszącym cień. Teren uczelni jest ogromny, gigantyczne gmachy, poprzetykane świętymi figurami i czasami rzeźbą Mozarta czy jakiegoś naukowca. Przed salą gimnastyczną pokaźna statua Jana Pawła II.

„Tą uczelnię kończy każdy, kto chce pracować w wielkim biznesie” – wyjaśnia Annie. „To nie wiadomości, to kontakty są najważniejsze”. Pytam nasza przewodniczkę, czy muszą uczestniczyć w nabożeństwach i mszach, w końcu misja to misja. „Nie, trochę wiemy o chrześcijaństwie” – mówi nasza tajska przewodniczka – „w głównym holu wisi nawet obraz – jak się to nazywa – Ostatnia Wieczerza”.

Assumption2
Stoimy w korku razem z limuzynami studentów i podziwiamy okoliczne akademiki, a raczej bloki z mieszkaniami do wynajęcia. Nazwy mówią wiele „Party Ever” „Bar Code” „VIP Place”. „W niektórych są baseny, to miłe zanurzyć się po zajęciach w basenie” mówi Annie. Jedziemy jeszcze trochę i wracamy do normalnej Tajlandii, z rynsztokami, z biednymi stoiskami z jedzeniem, z biednymi kramikami z odzieżą i warzywami. Jak wszędzie, są miejsca dla wybranych i są miejsca dla pozostałych szaraków.

Rada oczywista: Assumption University chyba nie warto zwiedzać. Za to w Bangkoku radzę zatrzymać się w pobliżu stacji Siam. Stąd jest łatwy dostęp do wielu dzielnic w mieście, blisko to metra, które może nas zawieść na lotnisko czy stację kolejową. Nie polecam Koh San Road, tradycyjnej mekki backpackerów, miejsca nastawionego wyłącznie na zachodnich młodocianych turystów i nie mającego nic wspólnego z prawdziwym Bangkokiem. Ponadto z Koh San Road wydostać się można jedynie taksówką.