Archiwa kategorii: Rosja

Podziemna etykieta

Moskiewskie Metro jest trochę podróżą do innego świata. Na początku jest przeważnie monumentalne wejście, z automatami i kasami, w których siedzą panie w niebieskich fartuszkach, obrażone i władcze…

Mijamy bramki – bilet trzeba przytknąć do czytnika, inaczej bramki grają piskliwą melodię i zamykają się z hukiem przed gapowiczem. Potem jazda długimi schodami ruchomymi, czasami trwająca aż 3 minuty. Korytarz zjazdowy jest przestronny, ale przeważnie słabo oświetlony żółtym jarzeniowym światłem, na górze reklamy, na dole głośniczki nadające kolejne reklamy i ostrzeżenia dla podrożnych. Za to korytarze metra są piekne; przestronne, funkcjonalne i niesamowicie ozdobione. Panuje stylistyka stalinowsko-leninowska: tutaj przodownicy pracy, tutaj szczesliwe narody Zwiazku Radzieckiego, tutaj Dziaduszka Lenin.
Pociągi stare, ale wydajne , w szczycie mkną nawet co 50 sekund, co nawet dla świeżo  zmodernizowanej londynskiej linii Jubilee jest osiągnięciem nie do przejścia.
Piekno i czar moskiewskiego metra najlepiej zobaczyc na własne oczy, albo na zdjeciach.
Specyficzna jest etykieta w samych pociągach: z jednej strony dogmatyczne przestrzegana dżentelmeństwa, w wyniku której młodzi mężczyzni nie siadają w ogóle. Miejsca ustępuje się każdej kobiecie po 40stce natychmiast, a ona siada z ponurą miną nie mówiąc nawet dziękuje. (Trudno porównywać z londyńskim metrem, gdzie emancypacja zaszła tak daleko, że kobiety w ciąży muszą się dopychać do miejsca). Z drugiej strony można doświadczyć najgorszego przepychania, nastąpywania na nogi, zwłaszcza przy momencie wchodzenia i wychodzenia. Tak, o ile w Londynie wszyscy czekają w apatycznej kolejce, aż wysiadający wysiądą, po czym dopiero się wsiada, to w Moskwie wsiadanie i wysiadanie odbywa się symultanicznie, aby zdażyć przed komunikatem „Uważajmy pasażyry, dwieri zakrywajetcia), po którym drzwi się zatrzaskują bezlitośnie bez czekania na spóźnialskich.

Kolejnym zwyczajem jest ‘wyczekiwanie’ następnego przystanku. Bowiem już w czasie jazdy pasażyry ustawiaja sie twarzą do drzwi i gapiac sie w ciemnosc za drzwiami balansują na szeroko rozstawionych nogach. Bo w moskiewskim metrze poręczy się trzyma w ostateczności. Zatem stoją wszyscy z ponurymi minami, kołysząc się razem z kołysaniem wagonu.
Nie wolno się uśmiechać. Kto się uśmiecha, albo stroi zaloty albo jest obłąkany. Dlatego ludzie taksuja się spojrzeniami, z minami znudzonymi, poważnymi i markotnymi.

Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem o jednym wyjątku; sytuacji, kiedy można zobaczyć uśmiech na twarzy obcego. To tylko na schodach ruchomych zdarza się, że ludzie jadący w górę ślą uśmiech do ludzi jadących na dół i odwrotnie. To bezpieczne, bo tej osoby prawdopodobnie już się nigdy nie spotka w ponad 6 milionowej grupie pasażerów, która codziennie podróżuje podziemiami Moskwy.

Reklamy

Babie lato w carskim sadzie

Carska posiadłość Kolomenskoje ma długą i bogatą historię. Posiadłość założona by uczcić narodziny Iwana Groźnego była zamieszkiwana przez Piotra Wielkiego i Katarzynę II.
Potem zaczęła się rewolucja, a cały teren został przekształcony w skansen architektury. Miejsce jest piękne i urokliwe, dziwnie spokojne jak na śpiącą Moskwę, która nigdy nie śpi. Spod cerkwi Wniebowstąpienia rozciąga się widok na rzekę Moskwę i okoliczne dzielnice. Stoję i podziwiam. Dawniej pewnie spacerowali tutaj carowie, teraz odpoczywają zupełnie niecarscy moskwianie i moskwianki. Dawniej z Kolomenskoje widać było puszcze i knieje, teraz widać ścianę wieżowców z zagubioną gigantyczną cerkwią pomiędzy nimi. A jak bliżej spojrzeć, widać nieużytki i upadłe fabryki, czekającego na kolejnego dewelopera ze sprytem i pieniędzmi.

Nie bawię długo przy kościele, bo pobliska dzwonnica rozbrzmiewa do 15 minut kaskadą wściekle brzmiących dzwonów. Uciekam w ciszę. A tam dalej są i wąwozy, i puszcze, górki i doliny. W końcu trafiam do carskiego sadu. Jest czas babiego lata (w Rosji też tak to nazywają). W powietrzy buszują jeszcze owady, czuć zapach zgniłych jabłek. Tutaj zaradni miejscowi zrywają jabłka, używając podbieraków wykonanych własnoręcznie, z plastikowej butelki i wędki. Kręcę się trochę wśród drzew i w końcu wypatruję dwie papierówki. Są pyszne, soczyste i smakowite. A po niebie lecą gęsi, pewnie uciekają przed zimnem gdzieś na południe.

(18/10/2012)

Między nami expatami

Pub „Hudson” został jakby stworzony specjalnie dla emigrantów. Tych bogatszych, z Zachodu, nazywających się dumnie expatami.
Bar wygląda prawie na amerykańskie miejsce. Wysoki bar, rząd foteli, skórzane kanapy, ciemny wystrój, kamienna podłoga. Tak jak w Ameryce, tylko jakoś nieprawdziwie, tylko barmani mówią słabo po amerykańsku, tylko trzeba płacić Rublami, a za oknem reklama Aeroflotu.

Bar jest ostoją dla całego biznesu, który przybywa robić interesy w Rosji. Mieszają się różne anglosaskie akcenty. Właściciele pubu to Australijczycy, obok siedzi Nowozelandczyk, obok Anglik marudzi i kręci nosem na wszystko, a jeszcze dalej słychać gardłowe pokrzykiwania Amerykanów. Bogatsza połowa kuli ziemskiej w pigułce. Expaci narzekają na wizy, obłędny ruch uliczny, krzywe chodniki, brudne klatki schodowe i puszczają do siebie oko „jasne, Rosja to stan umysłu”. Brzydzą się cyrylicą, nie znoszą blin i barszczu i pogardą darzą gospodarzy. A jednocześnie myślą o puchnących własnych kontach bankowych i cieszą się, że zdołali ubić kolejny interes z ‚dzikusami zza żelaznej kurtyny’.

Jest też w Hudsonie miejsce na imprezę firmową. Otyły obleśny szef z teksańskim akcentem wznosi toast, rosyjscy pracownicy szczerzą zęby w uśmiechach, a zgrabne dziewczyny ustawiają się do zdjęcia z szefuniem. Jest nawet tajska żona szefa, z dzieckiem. Dziecko trochę się krztusi w oparach dymu papierosowego, ale tatuś dumny jest z córeczki.

Przy stoliku pod oknem siedzą wypięknione Tatiany, Julie i Galiny. Czekają na okazję, na bogatego księcia z bajki, który ich zabierze z brudnej Moskwy do krainy McDonaldsa, Coca Coli i Starbucksa. Są zdesperowane, więc niechcący zaczepiają przygodnych mężczyzn i zapraszają do ich stolika. „Chodź, porozmawiajmy, poznajmy się” mówią koślawą angielszczyzną.

Płacimy słony rachunek, wychodzimy w chłodny wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoją inni expaci. Zmęczona i słaniająca się na nogach po dniu pracy grupka Tadżyków, Uzbeków i Kazachów czeka na swoją marszrutkę. Wyglądają bardzo młodo, może szesnaście, może osiemnaście lat. Ubrani biednie, w staromodne wyświechtane dżinsy i czarne kurtki, ściskają w rękach poszarpane reklamówki. Podjeżdża rozklekotany minibus, expaci ładują się bezładnie do środka i od razu zasypiają zmęczeni.

Jest późno, Moskwa też mróży oczy (chociaż Moskwa nie śpi nigdy). Moskwa jest spokojna, jak pasożyt wyciśnie jeszcze ostatnie soki i z garniturowców w pubie Hudson, i z biednych robotników śpiących w marszrutce. Schodze do metra. Nie mogę zgadnąć, czy Lenin na stacji Białoruska uśmiecha się cynicznie, triumfalnie, czy może ze smutkiem?

(26/09/2012)

Jak melon

Rosjanin jest trochę jak melon. Z zewnątrz twardy, chropowaty, szpetny. I dopiero kiedy dostać się do wewnątrz, ma się pełny obraz. I tacy są Rosjanie i Rosjanki. Prawie nie uśmiechający się, czasami smutni, gburowaci. W moim biurze nie było inaczej; codzienne rozmowy z Tatianami, Aleksandrami i Sergiejami ograniczały się do grzecznościowego ‚dzień dobry’ i krótkiej pogawędki, raczej z obowiązku niż przyjemności.

Tak było do czasu, kiedy zostałem zaproszony na wieczorną nasiadówkę po pracy. A raczej uroczyste obchody Dnia Pracownika Sektoru Budownictwa. A ponieważ pan Sergiej szedł na dwutygodniowy urlop, okazja była podwójna: urlop i święto.
Na stół w pokoju narad wjechały więc ogórki, pomidory (działkowe, nie supermarketowe), słonina, szynka, ciasto no i melon. Uwaga: melon rosyjski, lepszy niż ten z Uzbekistanu, bo słodszy. Nie zabrakło wina i – aby było światowo – tequili.
Były toasty – za sektor budownictwa, za gospodarzy, za gości, za Rosję, za Szkocję, za Polskę też. I tak jak w porównaniu z melonem, ponure na co dzień towarzystwo biurowe przekształciło się w jedną rodzinę. I zaczęły się dyskusje o tym, co Rosjanom najprzyjemniejsze; o banji, czyli lokalnej odmianie sauny (koniecznie z bitkami wierzbowymi), o daczach, czyli weekendowych ostojach spokoju moskwian, którzy na co dzień żyją w blokach i z naturą mają mało kontaktu.
Dyskutowaliśmy też o jedzeniu, o siedemnastu rodzajach barszczu, o pierożkach (które nie są pierogami), o blinach, o kawiorze (no jakże) i o sushi, które ostatnio zawładnęło rosyjską kuchnią.

Przyszedł też czas wyszukiwania podobieństw rosyjsko-polskich, i od ‚Czterech Pancernych i Psa’ i ‚Wilka i zająca’ aż po podobne zamiłowanie do świniny, kurczaka i słoniny. Potem było trochę narzekania na wszystko – co też mamy dosyć wspólne w obu nacjach – a potem się rozeszliśmy do swoich domostw. I mimo, że nazajutrz w biurze wszyscy byli podobnie ponurzy i gburowaci (zwłaszcza na kacu), dla mnie było to jednak ciekawe i ważne doświadczenie. Pierwszy raz bowiem od paru tygodni udało mi się zajrzeć za tą skorupkę melona i przekonać się, ze sądzenie na podstawie pochopnych obserwacji może być daleko mylące.

(19/09/2012)

Pas transmisyjny kosmosu

Ponieważ mieszkam tuż obok stacji metra Majakowskaja, dlatego z Władimirem Majakowskim zacznę spacer po Moskwie.

„Myśl waszą
marzącą na rozmiękczonym mózgu,
jak lokaj spasiony na zatłuszczonej otomanie,
będę drażnił o okrwawiony serca muskuł,
bezczelny i zjadliwy wyznęcam się każdym zdaniem.
Nie mam w duszy swej ani jednego siwego włosa,
nie gra starczej czułości flet w niej!
Opromieniwszy świat gromem głosu,
idę – piękny
dwudziestodwuletni.”

Majakowski: poeta futurysta, potem rewolucjonista i propagandysta. Pod koniec, gdy utopii nie dało się wprowadzić w życie, Władimir odważył się na polemikę z systemem, który poprzednio wychwalał. Po jego tajemniczym samobójstwie został wykorzystany w Rosji jako tuba propagandowa. Stąd późniejsza zaszczytna lokalizacja pomnika na Placu Zwycięstwa i futurystyczna (jak na lata pięćdziesiąte ) stacja metra nazwana jego imieniem. Dzisiaj pomnik Władimira stoi na skrzyżowaniu dwóch wiecznie zakorkowanych moskiewskich megaulic. Obok przemykają w mercedesach i BMW nowobogaccy, a w przejściu podziemnym Tadżykowie handlują podróbkami zegarków i kradzionymi komórkami. Na rogu kebab i bliny na wynos, a parę kroków dalej, pod kryształowymi żyrandolami siedzą paniusie z z wybotoksowanymi ustami, nad filiżanką kawy za 300 rubli. 300 rubli to też dzienna pensja imigranta z Uzbekistanu, który przybył do Moskwy w poszukiwaniu lepszego życia. Tło dla pomnika stanowi poststalinowski Hotel Pekin, który został zaplanowany jako siedziba bezpieki. Stąd podobno w korytarzach, nad wejściami do pokojów lampki czerwone i zielone, które miały informować gdzie się odbywa przesłuchanie. Obok w nocy lśnią neony Audi, Subwaya i Starbucksa. Moskwa pokochała kapitalizm do bólu, ale nadal nie może zapomnieć dawnych czasów.

Ze wszystkich stacji metra Majakovskaya urzekła mnie najbardziej. Posrebrzane elipsoidalne kolumny, fantazyjne plafony (ze wzorkiem w gwiazdy, sierpy i młoty) i mozaiki na suficie.

Można spacerować i podziwiać panoramę Kremla z samolotami, sterowce, spadochrony, narciarzy, ale też i jabłoń i kombajn w łanach zboża.

Na górze utopijne marzenia, a na dole codzienność: zmęczeni ludzie wracający późno z pracy, emerytki którym brakuje do pierwszego i studenci, którzy nie są pewni swojej przyszłości. A może się mylę? Może trzeba po prostu uwierzyć w to co mówi poeta Władimir?

„Ścięgna i mięśnie – pewniejsze od próśb!
Nie czekać aż się zmiłuje czas!
Nie błagać litości losu!
Toć trzyma w garści każdy z nas
pas transmisyjny kosmosu!”

cytaty: „Obłok w spodniach”, przekł. Mieczysław Jastrun

Moskwa – powitanie

No i sie stało. Srebrnoniebieski samolot lini Aeroflot wylądował z paroma podskokami, a z nim i ja. Rozemocjonowany, ciekawy i trochę przestraszony. Moskwa przywitała przytłaczającym upałem, spalinami i hałasem. Celniczka z chmurnym wzrokiem wbiła pierwszą pieczątkę do paszportu, nie odpowiadając nawet na moje wyćwiczone „zdrastwujtie”. No nie za dobry początek.

Parę kroków od terminalu czekał na nas czerwony pociąg Aeroekspress, łączący lotnisko z centrum miasta. Dziwna to była podróż. Najpierw jechaliśmy lasem, gęstym sosnowym i brzozowym, niczym w jakiejś puszczy. Potem pojawiły się pierwsze satelickie osiedla – wielkie dwudziestopiętrowe bloki, niektóre z cegły, inne z płyty żelbetowej, inne w nowoczesnym stylu, z łukami, złoceniami i marmurowymi portalami okien. Prawie przy końcu minęliśmy slamsowe osiedle immigrantów ze wschodu, którzy egzystują w czteropiętrowych kontenerach, suszą pranie, śpią w upale i robią swoje małe biznesy, podczas gdy bogaci przemykają obok klimatyzowanym pociągiem.

Po wyjściu z pociągu Dworzec Białoruski jawił się jak zaczarowany zamek, z basztami, bramami i zdobieniami – na dodatek w kolorze seledynowym. Na zewnątrz było już mniej bajkowo, ale nadal egzotycznie: tłum podróżnych w garniturach, rencistki sprzedające rajstopy na chodniku, dziewczyny w miniówkach z najnowszymi torbkami Louis Vitton, zebracy, wojskowi w charakterystycznych wielkich czapkach, i cwaniakujący taksówkarze. Stanąłem zdezorientowany. Cały plac przed dworcem, tak jasno i przejrzyście wyglądający na mapie był ogromnym placem budowy poprzetykanym kilkupasmowymi szosami. Wśród tego chaosu kluczyli piesi, po niby pomostach ułożonych z grubych desek. W którą stronę iść? Skoncentrowałem się na pisanej cyrylicą tabliczce z nazwą ulicy, wydukałem coś i poszedłem wzdłuż wykopów, ogrodzeń i stoisk z gazetami i majtkami, obok białej cerkwii ze złotymi kopułami i świeżo zbudowanych wiezowców z granitu i szkła. I tak, bez zbytnich fajerwerków zaczęła się przygoda z Moskwą, miastem pełnym sprzeczności i kontrastów tak wielkich, że aż trudno to sobie wyobrazić.

(12/09/2012)

Muzeum spełnionych marzeń

Nad Muzeum Memoriałem Kosmonautyki w niebo startuje rakieta postawiona na dziewięćdziesięciu dziewięciu metrowym postumentem. Na dole, w cokole maszerują Gagarin, Lenin i lud pracujący, ku lepszej przyszłości jaką jest podbój kosmosu. Samo muzeum zaczyna się wielką salą z pomnikiem Gagarina, stojącego dumnie w skafandrze na tle witrażu, prawie jak w kościele.

W muzeum jest naprawdę dużo ciekawych eksponatów do oglądania. Kapsuła, w której poleciała w kosmos Łajka. Biedna psina nie wróciła z powrotem, o czym dowiedziałem się dopiero w muzeum i w ten sposób zawalił się mój mały prywatny mit. Co gorsza, pogrzebawszy w internecie, gdy dowiedziałem się, że Łajka nie zdążyła zjeść 7mej porcji jedzenia, tej z trucizną (bo wrócić nie miała nigdy-takie było założenie), gdyż po prostu zdechła z przegrzania. Kapsuła Łajki jest wielkości pralki i przeraziło mnie, że w czymś  takim można podróżować w kosmos.
Obok w gablotach stoją dumnie wyprężone Biełka i Striełka, którym udało się wrócić już z kosmosu. Wypchane zwierzątka mają wyprzężone pazury i wytrzeszczone oczy, jakby to co zobaczyły, przeraziło je zupełnie.
Dalej już jest mniej makabrycznie. Świadectwo (gramota) Gagarina, chałupa Ciołkowskiego, który na wsi konstruował rakiety. Potem Luna3, która zrobiła pierwsza zdjęcia ciemnej strony księżyca. Są sojuzy (strach w czymś takim małym polecieć w kosmos, toto ma rozmiar przyczepy kampingowej!). No i stacje kosmiczne, łunochody, skafandry i przybory do siusiania, wszystko w co trzeba się zaopatrzyć przed podróżą w przestrzeń pozaziemską.
Teraz, gdy propaganda opadła i kolejny ekonomiści wyśmiewają koncepcje podróży pozaziemskich i wiadomo, że jesteśmy i będziemy długo długo samotni w tym wszechświecie. A dawna kosmonautyka przypomina, że każde marzenie może się ziścić, tak jak się spełniły marzenia i idee nauczyciela matematyki i fizyki z Kaługi, Konstantego Ciołkowskiego.

Muzeum Memoriał Kosmonautyki.

Metro: VDNKh

http://www.space-museum.ru/

Najlepsze dla: marzycieli i technomaniaków. I dla tych, co dalej wierzą, że Armstrong był na księżycu. Bo nie był oczywiście:-)