Archiwa kategorii: Europa

Posłuchaj: Bułgaria, Warna, romski skrzypek

Lecąc w pośpiechu na pociąg udało mi się nagrać romskiego skrzypka grającego w przejściu podziemnym przy stacji kolejowej w Warnie.

DSCN2669

Reklamy

Posłuchaj: Wenecja w lutym

Tydzień przed karnawałem miasto było trochę uśpione. Deszcz ze śniegiem skutecznie odstraszył turystów, więc miasto było nawet opustoszałe. W nagraniu słychać przede wszystkim deszcz, pianino w restauracji (grające nadzwyczaj pogodną melodię) i fale Grande Canale.

DSC_1080

 

Prawie jak Fogg

Gdzie najlepiej zacząć podróż dookoła świata? Jasne, że w Londynie. Można się spierać i dyskutować, które miasto bardziej wpływowe i piękniejsze, ale to Londyn jest pępkiem świata, leżącym i w Europie, a jednocześnie zapatrzonym w Amerykę i mającym swoje korzenie w Azji, Australii i Nowej Zelandii.
Pogoda w Londynie była typowa jak na zimę na Wyspach, czyli nie do zniesienia. Zimno, mokro, do tego jeszcze przenikliwy wiatr i pokaźna warstwa chmur ponad nami, czyniąca nastrój jeszcze bardziej ponurym. Na Piccadilly Circus kręciły się tłumy przemokniętych turystów, z których połowa próbowała dostać się na rozpoczynający właśnie Chiński Nowy Rok, a druga połowa próbowała się rozeznać w mapie metra, bo własnie z powodu awarii zamknięto linię metra (typowe) powodując niemałe zamieszanie.
Szybko wydostaliśmy się ze zdezorientowanych tłumów, bo mieliśmy zamiar odwiedzić dzisiaj tylko jeden adres w Londynie: Pall Mall, dom 104, The Reform Club. To słynne miejsce, z którego Fileas Fogg wyruszył w podróż dookoła świata. To miejsce istnieje naprawdę, symbolicznie chciał stamtąd wyruszyć Michael Palin w swoją telewizyjną podróż dookoła świata. Podróżnik nie został wpuszczony do środka, bowiem do klubu dla dżentelmenów nawet obecnie mają wstęp tylko prawdziwi dżentelmeni, z odpowiednimi dżentelmeńskimi koneksjami i dżentelmeńskimi kartami kredytowymi.Dlatego znaleźliśmy adres nie próbując nawet dostać się do środka, pstryknęliśmy fotkę i podążyliśmy dalej.

Alturysta_RTW fin
Poczucie niedosytu pozostało, bo rozpocząć podróż w tak burżuazyjny sposób nijak pasuje do naszej idei, więc wsiedliśmy z powrotem do metra by odwiedzić jeszcze raz londyńskie doki. Tutaj rozpoczynały się prawdziwe przygody; tutaj rekrutowano załogę Cutty Sark, tutaj robotnicy naprawiali żaglowce, które woziły drogocenne przyprawy z Indii i Ameryk. Nieopodal wieszano piratów, jeszcze trochę dalej grasował Kuba Rozpruwacz, a po drugiej stronie Tamizy rozrawiał Oliver Twist. Tak, Doki są najlepszym miejscem do wyruszenia w wyprawę dookoła świata. Przeszliśmy się kawałek, dalej smagani deszczem i wiatrem, pokłoniliśmy się legendarnemu pubowi The George, w którym żeglarze i robotnicy wymieniali się ofertami pracy i pomachaliśmy widocznemu z oddali Królewskiemu Obserwatorium na Greenwich z legendarnym południkiem zerowym i wsiedliśmy w metro do Lotniska Heathrow. Przygodę czas zacząć!

Prawie jak w domu

W cerkwi jest trochę jak w domu. Kościóły prawosławne są przytulne, nawet te wielkie katedralne mają w sobie ciepło i intymność. Już z zewnątrz różnią się od kościółów katolickich – strzelistych, wyniosłych, bojowych i twardo trzymających straż nad miastem czy wioską. Cerkwie są inne; złote kopuły, kolorowe, we wzory, gwiazdki czy księżyce, bardziej przypominają jakiś wystawny deser niż miejsce modlitwy. Też jak w domu, mają swój zapach, zwyczaje i mieszkańców. W środku jest ciemno, wybijają się tylko złocenia ikon i świeczników, panuje przedziwny zapach kadzidła różanego i lawendowego.

Alturysta_Cerkiew1
Już przy wejściu wita nas babka cerkiewna w Cerkiewnej Ławce, sprzedająca świeczki i święte obrazki. Pani ma ważną minę i typowo po rosyjsku się nie uśmiecha. W samym środku więcej się zwiedza niż przebywa jak w katolickim kościele. Tutaj jest widoczny ten ortodoksyjny związek człowieka z obrazem świętym. Wierni wchodzą, żegnają się kilka razy (tak porządnie, od podłogi do sufitu) i potem zaczynają pielgrzymkę dookoła świątyni, od obraza do obraza. Przed specjalnie ważnymi świętymi pali się świeczki, przed niektórymi wierni przystają na dłużej, czasami przytulają się do ramy, jakby chcieli im powierzyć swoje troski i kłopoty. Z tyłu czeka armia babek cerkiewnych, które wyrzucają dopalone świeczki, dbają o porządek i pilnują świętego nastroju. Czasami siedzi też ochroniach, ważny niezmiernie, niczym woźny w szkole. Po nabożeństwie babki cerkiewne wyciągają metalowe skrobaczki i inne chemiczne preparaty i szlifują marmurową podłogę, aby lśniła odpowiednio. Odkurzają obrazy i fornirują ramy.
Jak król zjawia się pop i śpiewa, błogosławi i odprawia śwęte czynności za uchylonym tylko częściowo dla śmiertelnych ikonostasem. Wszystko robi wrażenie obrzędu uporządkowanego, spokojnego a jednocześnie niezmiernie osobistego i żarliwego, trochę jak przy rodzinnym obbiedzie każdy ma swoje miejsce i swoją funkcję.
Najbardziej lubię odwiedzać cerkwie pod wieczór, kiedy wnętrze jest rozświetlone tylko świeczkami, w środku ciepło i przytulnie, wierni odprawiają swoje modły, gdzieś w oddali pop śpiewa swój akatyst, a ja stoję obcy (się przeżegnać bym porządnie, po prawosłanie nie potrafił), ale tolerowany. To trochę zwodnicze, bo kosciół prawosławny ma podobną historię nietolerancji, mowy nienawiści i wszczynania wojen jak prawie każda inna religia świata. Ale tak to jest z religiami, że ilekroć widzi się malownicze zewnętrzne obrzędy można zapomnieć o niezbyt człowieczym przesłaniu, które jest głoszone wśród pięknych ikon, dostojnych śpiewów i oparów kadzidła. Może więc dobrze że nie wiem, o czym prawi pop.

Pora kanikuł

Siedzę na lotnisku Demodedowo i staram się nie zwariować. W trzykondygacyjnej hali odlotów przypominającej stary dom towarowy kłębi się parę tysięcy podróżnych. Ponieważ jest początek września – większość leci na wakacje. Na tablicy odlotów wyświetlają się kolejno Warna, Hurghada, Phuket, Sharm, Agadir, Teneryfa, Monastyr… Tłum jest rozemocjonowany i… lekko pijany.

Domodedovo1

Nawoływania, krzyk dzieci i nerwowe szarpanie się rodzin w drodze na wymarzone wakacje to typowy obrazek urlopowego tłumu. Naprzeciwko mnie siedzi starsze małżeństwo, które kurczowo trzyma obrazek z ikoną Bogurodzicy tak jak by ich Transareo leciało do nieba. Obok w różowym obcisłym kostiumie pani, wyglądająca na pięćdziesiąt lat, wiezie ze sobą ładnych kilka kilogramów nadwagi plus dwa kilo botoksu. Domyślam się, że specjalnie wstrzykniętego na okoliczność podróży. Na różowym wdzianku ma wyhaftowanego złotymi nićmi Kermita Żabę mówiącego „To be or not to be”. Tymczasem wołają do samolotu do Burgas. Nerwowo ustawia się kolejka, tu wywraca się plastikowy kubek z szampanem, a pani z ikoną Bogurodzicy dzwoni jeszcze do rodziny „zadzwonię za chwilę, z samolieta”.

Egipt i Tunezja są teraz dla biedaków. Porządni Rosjanie odpoczywają w Tajlandii, Meksyku czy na Malediwach. Tam gdzie tylko doleci Aeroflot i Transareo. Im dalej, tym lepiej. Rosjanie kochają podróżować, i chyba ponad półwieczny zakaz opuszczania kraju był największą karą, jaka mogła ich spotkać. Jergieniew napisał, że zakaz podróżowania to nie tylko ograniczenie przestrzeni, ale zakodowanie strachu przed światem jako wrogą zagranicą, którą trzeba odkodować. Rosjanie odkodowują świat jak mogą najlepiej, nadrabiając lata izolacji. I robią to sposób niepowtarzalnie odmienny od innych nacji.

Tutaj Rosjanie się przeważnie rumienią i przytakują „tak, nasi to potrafią wczasować, już w samolocie są pijani”. Dlatego na urlopie Rosjanie starają się stronić od siebie, jeżeli się da, albo znaleźć odludzie, gdzie nie ma swoich. „Nie było w Bangkoku naszych, tego naszego bydła” mówi sekretarka do kolegi wspominając wakacje. Pamiętam, jak jeszcze przed wyjazdem wysyłała e-meile, zaznaczając, że „jest dostępna pod telefonem” (och, to nasze słowiańskie męczennictwo przedowników pracy), „ale proszę pamiętać, że jest siedem godzin różnicy czasu” (czyli nie jakaś tam biedna Jałta czy Ukraina). Tak, Rosjanie i Rosjanki uwielbiają pokazywać i demonstrować swój status. Widać to na ulicach, po markach samochodów, widać po ilości drogich iPhonów, widać po wypełnionych torbach z zakupami z Louis Vitton i Haroddsa w samolocie Aeroflotu Londyn-Moskwa.

W tym szaleństwie, hedonizmie zaistnym, jest ogromna życiowa mądrość. „Żyj tak jakby jutra miałoby nie być”. I czy chodzi tutaj o ogromne zakupy, czy to wypicie najdroższego szampana do kolacji bez okazji, Rosjanie są nauczeni, że póki historia i władza pozwala się bawić, bawić się należy. Bo po co myśleć o jutrze, jak jutro jest nieodganione, niepewne?