Archiwa kategorii: Irlandia

Co z tym „craic”?

Co z tym craic?
Wyrażenie „craic” – wymawiane „krak” (nie mylić z crack- kokainą, wymawianym tak samo w języku angielskim) to irlandzkie słowo – klucz do filozofii życia mieszkańców zielonej wyspy.
Często się słyszy „jaki był craic wczoraj”?, albo „craic był świetny”, albo „kiepski craic”.

Styl życia craic jest trudny do zdefiniowania, spędziłem trochę czasu, zanim zdecydowałem się o niej napisać, idea jest na tyle trudna do uchwycenia i tak łatwo ją spłycić.
Craic oznacza, że należy cieszyć się każda chwila, bawić pracą, czerpać radość z przebywania z ludźmi, odnosić się do siebie z empatia, no i cenić to co się ma i lubi tu i teraz. Craic to dobry wieczór w pubie, dobra zabawa, wspólne kibicowanie rugby, celebrowanie świat rodzinnych z toastami i opowieściami, wspólne piątki ze sconami w pracy (słodkie bułeczki z rodzynkami). To uśmiechanie się do ludzi na ulicy i ich pozdrawianie, cierpliwość wobec starszych guzdrzacych się przy kasie w sklepie, pomaganie sąsiadom. To też spoglądanie na własny kraj z odpowiednim (ale złośliwym) dystansem.
Irlandczycy nie zaprzeczają, że mieszkają na małej wyspie na końcu Europy, z paskudna pogoda, gdzie pada przez 300 dni w roku, a także okrutną i trudna historią. To pamięć o najazdach, powstaniach przeciwko Brytyjczykom, głodzie i masowej emigracji na cały świat. To świadomość życia w podzielonym kraju (nie ma irlandzkej granicy – mówią – jest brytyjska granica na irlandzkiej wyspie. Granicą Irlandii są klify i plaże.) To też świadomość nadchodzącego Brexitu, którego ofiarą padną też Irlandczycy.

Niektórzy sprowadzają craic do masowego upijania się w pubach w piątkową noc – to też element zabawy, ale mający znaczenie cotygodniowego catharsis. W tygodniu Irlandczycy są po prostu mili i sympatyczni.
To trudna do uchwycenia filozofia życia, kompletnie odmienna od duńskiego pretensjonalnego hygge, tak odległa od azjatyckich filozofii i praktyk uważności i samoświadomości. A jednak działa. Tylko pozazdrościć, zwłaszcza w Polsce, gdzie nadal panuje żarłoczny kapitalizm i technika wiecznego wkurwu na ulicy i w zagrodzie.

Reklamy

Puka zła i dobra

Puka, czyli goblin, zamieszkuje wiejskie obszary i jest stworzeniem zmiennokształtnym. To znaczy wciela się to w konia o ciemnej maści i srebrnych oczach, to w królika, osła, kota czy psa. Istota ta jest kapryśna i darzona w Irlandii strachem, głownie dlatego, że pojawia się w nocy i jest skora do czynienia psot i szkód. Mimo złej prasy nikt ostatnio nie odnotował, aby gobliny kogoś zraniły albo zabiły. Są znane z tego, że potrafią porwać pijanego człeka i więc na swoim grzbiecie przez całą noc przez pola, lasy i wrzosowiska. Dlatego w dawnych czasach rozsądni Irlandczycy nie ruszali się na pijaństwo bez ostróg przy butach – puki nie lubiły mieć ostróg wbitych w grzbiet.
Mają gobliny też inne oblicze: potrafią się wcielić w postać starca i uciąć sobie że spotkanym przechodniem pogawędkę, udzielając cennych (i magicznie trafnych) rad. Taka jest dwoistość celtyckiej mitologii – żadna istota nie jest w stu procentach zła ani dobra. Trochę jak dalekowschodnie yin i yang, tylko w bardziej wietrznej i deszczowej scenografii.
Puki kojarzone są też z jeziorami i bajorkami, jak i z leśnymi zagajnikami (znowu pojawia się ten irlandzki szacunek do przyrody). Jak znaleźć bajorko poświęcone goblinowi? Klucz jest prosty – trzeba znaleźć najbliższy staw czy źródło świętego Patryka.

Ponoć w czasach chrystianizacji szablonów wszystkie miejsca czci puki z automatu zamieniono na źródła i stawy świętego Patryka. I tak to pod nową nazwą kryją się dawne magiczne siły.

Gniew Mac Lira

Zbiera się na sztorm. Wieje coraz gwałtowniej znad Atlantyku. W Corku wiatr znów przekręca wskazówki zegara kościoła na Shandon (chronometr od wieków pokazuje inną godzinę z każdej strony i zwany jest dlatego wielkim kłamczuchem). Jadę nad ocean, zobaczyć jak się burzą ogromy wód. Oceanem według dawnych mitów w Irlandii rządzi Manannán Mac Lir, syn oceanów, na swoim okręcie „Zamiatacz fal”, w niewidzialnym płaszczu z mgły, w płomiennym hełmie mieczu zwanym „mścicielem”. Postać straszna, tak jak ocean był przerażający dla dawnych mieszkańców Irlandii – żywioł karmiący, karzący, nieprzebrany i nieodkryty. Nigdy nie było wiadomo, co się pojawi na horyzoncie – czy to kuter męża powracającego z połowu, czy flotylla piratów, czy kolejni najeźdźcy Emeraldowej Wyspy.
Jadę więc autobusem do Crosshaven, skąd można najszybciej zawędrować do oceanu. Autobus ma pętlę prawie na końcu klifu, paręset metrów stąd jest kamienista plaża z widokiem na ocean. Dzisiaj tutaj pusto, fale ogromne roztrzaskując się na skalistym wybrzeżu, wieje całkiem nieźle, trochę nie słyszę własnych myśli.

Niebo na zachodzie robi się granatowe. Nie widać Mac Lira, w końcu ma niewidzialny płaszcz. Zresztą sama postać króla nie jest za bardzo chętnie poruszana w opowieściach mistycznych, widocznie z respektu. Znacznie częściej rybakom i żeglarzom pojawiają się Dobrzy Ludzie – istoty magiczne ostrzegające przed zła pogodą i kierujące do portu. Są też ponure czółna, którymi sterują upiory potopionych żeglarzy. Zły to omen, należy wrócić do portu i załatwić sprawy niezałatwione, gdyż zobaczenie upiornych czółen oznacza rychłą podróż w Zaświaty na zawsze.

Pogoda w końcu robi się nieznośna, wracam do miasteczka, siadam przy kawie, aby w cieple i spokoju dokończyć ta opowieść. Bo ocean to nie tylko straszne opowieści. To także legendy o nieodkrytych rajskich wyspach: Hy Brasil – Wyspę Miodem Płynącą (widziana często z zachodniego wybrzeża), Immrama (Wyspy Błogosławione). Nic dziwnego, w końcu przez długie wieki to Irlandia była końcem świata, gdzie kończyły się mapy, a zaczynał przestwór oceanu. Było o czym śpiewać w pubach portowych Corku, Gallway i Dublina, gdy Mac Lir szalał gniewem.

Leśne wróżki

Możecie wierzyć lub nie, ale leśne wróżki istnieją, a w Irlandii mają się całkiem dobrze. Mieszkają w starych zagajnikach, których się nie rusza od czasu Wikingów, w gęstych żywopłotach i w samotnych drzewach. Nazywają się Sheouques (po irlandzku Sidehog) i generalnie nie robią ludziom krzywdy. No, oprócz podmieniania niechrzczonych noworodków na tysiącletnie bękarty wróżek.

Dlatego zieleń jest traktowana w Irlandii z szacunkiem i uważnością. Dlatego drogi – wąskie i kręte – obrośnięte są krzakami, zaroślami i drzewami.

I nikt nie wpada na pomysł ich poszerzenia, samochody po prostu jeżdżą wolniej.

Samotne drzewa, zwłaszcza głogi, są traktowane z respektem, bo są nie tylko domostwami wróżek, ale i bramami do światów baśniowych.

Ponoć wiatr unoszący z ziemi liście to znak, że trwa wędrówka ze naszego świata do „zaświatów”. Należy się wtedy pokłonić i pozdrowić wędrujące istoty.

W Irlandii w środku miasta można spotkać zagajniki, tak gęste i zarośnięte, że tylko wróżki się tam przecisną. I rzadko który kapitalistyczny deweloper odważy się podnieść na nie piłę łańcuchową. Bo z leśnymi wróżkami nie warto zadzierać. Lokalny wieszcz W.B. Yeats pisze w 1892 roku „generalnie niegroźne, aczkolwiek w ostatnim półroczu zabiły dwiebosoby w hrabstwie Down, gdzie mieszkam. Ale ponoć te osoby niszczyły krzaki głogu, w których leśne wróżki mieszkają.”

No i może dlatego, dzięki strachowi przed leśnymi wróżkami Irlandia jest taka piękna, taka dziewicza i zawsze zielona. Bo i w Polsce mieszkały pewnie leśne wróżki, a może nawet elfy. Ale jakoś już nie chcą mieszkać.

Teraz krótki fragment złowróżbnej pieśni leśnych wróżek.

Tam gdzie skalista wyżyna
Lasem Sleuth gęstym pokryta
W jezioro z wyspą się wcina
Tam żuraw z hałasem wita
Wodne szczury zaspane.
Tutaj, tutaj to schowane
Nasze kosze zaczarowane
Pełne jagód, pełne wiśni
Które z sadu ukradliśmy

Uchodź uchodź ludzkie dziecię
Puszcza dzika niech skryje cię
Z wróżką leśną za pan brat
Bo nie pojmiesz nigdy tego, jaki smutny jest ten świat.

(W.B. Yeats – Skradzione dziecko, przeł. Barbara Dziedzic)

W krainie leprekonusów

Trudno definitywnie określić czym są leprekonusy i jak je sklasyfikować w świecie baśni. Są to istoty skrzatopodobne, małe, ubrane w zielony kubraczek i kapelusz, a na dodatek złośliwe i skąpe. Zamieszkują jamy i zarośla Irlandii i są ponoć bogate, bo z zawodu są szewcami.

Zarobione pieniądze trzymają w garnkach na końcu tęczy i – rzecz oczywista- nie lubią się dzielić swoim majątkiem z nikim. Złapany leprekonus za wolność spełni twoje trzy życzenia (patent złotej rybki), a inne źródła mówią że daje portmonetkę ze złotym dukatem, który niestety zmienia się w liść, gdy tylko skrzat zniknie z oczu szczęśliwego posiadacza pieniądza.Oprócz małych psikusów leprekonusy są podejrzewane o szereg innych poważnych magicznych psot: niektórzy w Irlandii winią je za słabe wyniki narodowej reprezentacji w futbolu, o to że żaden bankier nie trafił do więzienia, a przede wszystkim o zmienna i złośliwy klimat, przez który co najmniej przez trzy miesiące w roku deszcz z nieba leje się wiadrami.
Cała złośliwość zielonych stworków nie oznacza, że leprekonusy są do szpiku kości źle i ponure. Gdy się im nie przeszkadza, lubią dobre piwo, zabawę i taniec.
Po co się tak rozpisalłem o leprekonusach? Bo stały się one komercyjną wizytówka Irlandii. Zwłaszcza w dzień św. Patryka, kiedy zielone stworki opanowują ulice, sklepy (w butikach dla turystów są zawsze).
Dlaczego zatem z tak bogatej mitologii irlandzkiej, czerpiącej i z korzeni celtyckich i nordyckich nie wybrano bardziej dostojnych, mniej złośliwych postaci? Chyba ten wybór jest żartem w żarcie z Irlandii i Irlandczyków. Bo mimo deszczów i wichur naród to pogodny, wesoły i mający do siebie odpowiedni dystans. Cały ten zespół cech łączy sie w styl życia, czy nawet filozofię kryjąca się pod nazwą Craic, o czym napiszę już niebawem.
Ojczyzna Leprechanow znajduje się na północy Irlandii, w Calingford, gdzie jest ponoć siedlisko ostatnich 256 Leprechanow. Teren jest chroniony także ze względów przyrodniczych przez UE, a tablice informacyjne obwieszczają, że siedlisko jest chronione dyrektywą UE i „łowcy i poszukiwacze skarbów będą ukarani”.

Inna tablica głosi „sprzątaj kupy po swoim psie. Leprechaun okrutnie nie lubią psiego gówna na swoich tanecznych bucikach”.Fot. Wikipedia

Irlandia: porozmawiajmy o pogodzie

Prawie trzy lata minely od ostatniego wpisu, zatem na rozgrzewkę porozmawiajmy o pogodzie. Temat prosty, intrygujący, a interesuje wszystkich. Tak to jest z pogoda w Irlandii, gdzie zdarza mi się przebywać już od półtora miesiąca. Jest bohaterką porannych opowieści przy kawie w pracy, pogawędek na przystankach autobusowych i toastów w pubach.

Geograficzne wytłumaczenie jest zrozumiałe: jak mieszka się na wyspie na wygwizdowiu Europy, z całym wściekłym Atlantykiem za miedzą, nic cię nie chroni od zmiennych nastrojów Posejdona (a raczej Fand, czyli celtyckiej bogini morza).

I tak jest. Tu słońce, tu deszczyk, a tutaj wichura. I wszystko w przeciągu godziny. Zmienność pogody jest legendarna, natomiast dla miejscowych jest to raczej aspekt, który trzeba zaakceptować i polubić, niż się przed nim chronić. Pada śnieg? Nie ma problemu, aby młodzieżowa drużyna rugby w Dublinie nie kontynuowała treningu na świeżym powietrzu. Mamy ulewę (taka, po której się trzeba wykręcić i wysuszyć), ale nie przeszkadza to dzieciom dalej bawić się na placu zabaw.

Kapryśność bogini Fand uczy pokory, ale też praktycznego podejścia do życia, a więc:

– parasolki się nie nosi, bo generalnie jak pada to i wieje, więc pada z boku,

– sklepy i restauracje mają na wyposażeniu kubełki ustawiane przy wejściu „by było gdzie stawiać parasolki”

– każdy murek czy żywopłot jest dobry, dlatego w Corku (w którym mieszkam obecnie) drogi są obmurowanie i zażywopłotowane. Przydaje się jak wieje sztorm z Atlantyku

– prognozę pogody sprawdza się na dzień naprzód, długoterminowe prognozy rzadko się sprawdzaja

– cieszyć się należy każdym dniem bez deszczu i bez wiatru, należy wyjść na zewnątrz i korzystać. Jutro może być gorzej.

Może dlatego Irlandczycy, tak bardzo oddaleni od reszty świata, tak bardzo w szponach żywiołów, potrafią się cieszyć tym co mają, nie czekając aż przyjdzie słońce.