Archiwa kategorii: Anglia

Zobacz: rozdroża

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo1_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo2_1280 tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo3_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo4_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo5_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo6_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo7_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo8_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo9_1280

Rozdroża:

1. Wyspa Wight (Anglia)

2.Edynburg (Szkocja)

3. Porto (Portugalia)

4. Sighisoara (Rumunia)

5. Malmo (Szwecja)

6. La Paz (Boliwia)

7. Auckland (Nowa Zelandia)

8. Kuala Lumpur (Malezja)

9. Gijokastra (Albania)

Reklamy

Posłuchaj: Bonfire Night

W Skandynawii zwana nocą Walpurgii, w krajach anglosaskich  Bonfire Night – Noc Fajerwerków. Święto obchodzone w okolicach 5 października, jako upamiętnienie m.in. zwycięstwa protestantów nad katolikami, ale także jako rocznicę udaremnienia Spisku Prochowego, którego celem było zabójstwo króla Anglii.

Bonfire night2

 

Prawie jak Fogg

Gdzie najlepiej zacząć podróż dookoła świata? Jasne, że w Londynie. Można się spierać i dyskutować, które miasto bardziej wpływowe i piękniejsze, ale to Londyn jest pępkiem świata, leżącym i w Europie, a jednocześnie zapatrzonym w Amerykę i mającym swoje korzenie w Azji, Australii i Nowej Zelandii.
Pogoda w Londynie była typowa jak na zimę na Wyspach, czyli nie do zniesienia. Zimno, mokro, do tego jeszcze przenikliwy wiatr i pokaźna warstwa chmur ponad nami, czyniąca nastrój jeszcze bardziej ponurym. Na Piccadilly Circus kręciły się tłumy przemokniętych turystów, z których połowa próbowała dostać się na rozpoczynający właśnie Chiński Nowy Rok, a druga połowa próbowała się rozeznać w mapie metra, bo własnie z powodu awarii zamknięto linię metra (typowe) powodując niemałe zamieszanie.
Szybko wydostaliśmy się ze zdezorientowanych tłumów, bo mieliśmy zamiar odwiedzić dzisiaj tylko jeden adres w Londynie: Pall Mall, dom 104, The Reform Club. To słynne miejsce, z którego Fileas Fogg wyruszył w podróż dookoła świata. To miejsce istnieje naprawdę, symbolicznie chciał stamtąd wyruszyć Michael Palin w swoją telewizyjną podróż dookoła świata. Podróżnik nie został wpuszczony do środka, bowiem do klubu dla dżentelmenów nawet obecnie mają wstęp tylko prawdziwi dżentelmeni, z odpowiednimi dżentelmeńskimi koneksjami i dżentelmeńskimi kartami kredytowymi.Dlatego znaleźliśmy adres nie próbując nawet dostać się do środka, pstryknęliśmy fotkę i podążyliśmy dalej.

Alturysta_RTW fin
Poczucie niedosytu pozostało, bo rozpocząć podróż w tak burżuazyjny sposób nijak pasuje do naszej idei, więc wsiedliśmy z powrotem do metra by odwiedzić jeszcze raz londyńskie doki. Tutaj rozpoczynały się prawdziwe przygody; tutaj rekrutowano załogę Cutty Sark, tutaj robotnicy naprawiali żaglowce, które woziły drogocenne przyprawy z Indii i Ameryk. Nieopodal wieszano piratów, jeszcze trochę dalej grasował Kuba Rozpruwacz, a po drugiej stronie Tamizy rozrawiał Oliver Twist. Tak, Doki są najlepszym miejscem do wyruszenia w wyprawę dookoła świata. Przeszliśmy się kawałek, dalej smagani deszczem i wiatrem, pokłoniliśmy się legendarnemu pubowi The George, w którym żeglarze i robotnicy wymieniali się ofertami pracy i pomachaliśmy widocznemu z oddali Królewskiemu Obserwatorium na Greenwich z legendarnym południkiem zerowym i wsiedliśmy w metro do Lotniska Heathrow. Przygodę czas zacząć!

Londyn. Koniec albo początek

Najpiękniejsze w Londynie jest to, że nie można się nim nigdy znudzić. Każdego dnia można odkryć nową uliczkę i poznać nowy zakamarek. I czy to jest zapomniany wiktoriański cmentarz w środku miasta, przypadkowo znaleziony sklep z rosyjskimi smakołykami, czy kamieniczka z malowniczo kolorowymi drzwiami wejściowymi, zawsze mamy wrażenie, że odkrywamy nowy świat. Tak było i tym razem. O Hoxton wiedzieliśmy od dawna, bo tam się kierują co piątek tłumy żądnych zabawy londyńczyków. Za skwerem otoczonym modnymi knajpami i restauracjami zaczyna się prawdziwy świat Hoxtonu.

Mijamy domy komunalne, wybudowane z biednej cegły i straszące brudnymi oknami oraz bałaganem na balkonach. Tutaj już nie zapuszczają się modni londyńczycy. Mijamy lokalny urząd pracy, stołówkę dla bezdomnych i wchodzimy na targ na Hoxton.

Nie ma tutaj banków, ani sklepów z modną odzieżą. Są sklepy charytatywne, Poundland i Iceland – kraina tanich mrożonek. Jest sobotnie popołudnie. Sprzedawcy zabawek i proszków do prania zwijają swoje parasole i stoiska na łóżkach polowych. W witrynie piekarni stoi wiekowa właścicielka i dzwoni dzwonkiem. ‚promocja, wszystko za funta’ krzyczy. Kupujemy dwa chleby (dwa za funta, jeden za 80 pensów). No i decydujemy się na babeczki z brytyjską flagą (to są olimpijskie babeczki kochanie, dodaje właścicielka z przekąsem).

Zjadło się deser, ale moment, nie jedliśmy jeszcze obiadu. Na przeciwko jest starodawna kantyna sprzedająca pewnie od stu lat paje (coś w rodzaju gulaszu zapiekanego w cieście) i jellied eels (węgorze w galarecie). Zamawiamy po pie z ziemniakami pure. Wystrój miejsca jest prawie stołówkowy; drewniane krzesła i stoły, a na podłodze rozsypane trociny. Obiad smakuje średnio, ale czego można się spodziewać od gulaszu zapieczonego w cieście i podanego z ziemniakami tłuczonymi w wodzie, wszystko pływające w sosie szczawiowym.

Węgorze są zjadliwe, po czym zgadujemy w jakim celu wysypano trociny na podłodze. Chyba za dawnych czasów ości węgorza wypluwało się bezpośrednio na podłogę, więc dla bezpieczeństwa konsumentów sypano to trocinami. Kończymy danie i słuchamy wschodniolondyńskiego akcentu obsługi, który brzmi prosto jak ze słynnego serialu Eastenders. Wycieramy ręce (nie spluwając na podłogę) i żegnamy się z życzliwą obsługa, która korzystając z małej ilości klientów sama sobie zaserwowała też paje z sosem szczawiowym. Na Hoxton Market zostają tylko śmieci po sprzedawcach, i pierwsze sklepy opuszczają grube żaluzje w oknach.

Daleko, prosto na południe, widać wieżowce City wraz z obłym ogórkiem. Żegnamy Hoxton, żegnamy też City i wyruszamy w nową drogę. I tak się kończy ten blog o Londynie i nie tylko. Wielka Brytania pozostanie miejscem, które się i kocha i nienawidzi, wszystko zależy od punktu widzenia.

(04/09/2012)

Prawie jak turysta

Warto raz na jakiś czas przeżyć takie „wygnanie” jakiego właśnie doświadczam. Dlatego, że zbyt długo przebywając w jednym miejscu zapomina się o całym pięknie otoczenia, które powszednieje z czasem. I pewnie dotyczy to nie tylko Londynu, ale także i pięknego Mazowsza i każdego miejsca na ziemi. Wybrałem się więc jako turysta do miasta Londyn.

Na pierwszy ogień katedra St. Paul’s widziana z zupełnie nowej perspektywy – otwartego niedawno nowego centrum handlowego One New Change w sercu The City.

 

 

Z dachu budynku można podziwiać pnącą się w górę łuskę – drapacz chmur The Shard, który za niedługo niczym szklana góra będzie górował nad południowym brzegiem Tamizy. Będzie najwyższym budynkiem Europy (ale niedługo, bo Rosjanie budują wyższy).

 

 

I mój ulubiony motyw Londynu, architektoniczne pomieszanie z poplątaniem.

 

 

Było to w grudniu, gdy jeszcze Wyspy Brytyjskie były jak w zimie. Nieszczęśliwy pomnik przed katedrą, któremu napadało do oczu.

 

 

Hop przez Tamizę i już jesteśmy w Tate Modern. Wystawa Ai Weiwei to pole słoneczników, porcelanowych, wykonanych w chińskiej wiosce Jingdezhen. Każde ziarenko jest wykonane ręcznie, każde jest inne, ale razem tworzą intrygujący dywan, niczym jednostka człowiecza w społeczeństwie. Zadaniem artysty było sprowokowanie odpowiedzi na pytanie: „Co to znaczy być jednostką w dzisiejszym społeczeństwie. Publiczność miała spacerować po słonecznikowym polu, bawić się bawić ziarenkami, tworząc interaktywną ekspozycję.

 

 

Niestety, po przestudiowaniu przepisów BHP, władze galerii nie dały jednostkom możliwości spacerowania po polu, ze względu na bezpieczeństwo dla zdrowia. I tak pole leży odłogiem, strażnik pilnuje i srogo dyscyplinuje jednostki próbujące łamać reguły.

 

Na koniec spacer po Southbanku. Niestety, o ile władze Tate pilnują przepisów bezpieczeństwa, to dookoła na świeżym zlodowaciałym śniegu działy się dantejskie sceny, gdzie turystom z każdej strony świata rozjeżdżały się nogi na śliskiej powierzchni. Widocznie londyńscy doradcy do spraw BHP jeszcze nie przygotowali szczegółowej analizy z wnioskami, że jeżeli spadnie śnieg i jest mróz, to trzeba użyc piasku do posypania chodników. A fe. W Polsce do takch wniosków już doszliśmy znacznie wcześniej.

(23/01/2010)

Błądząc po Londynie

Londyn ma wiele twarzy. Dla tych, którzy chcą zobaczyć ich bogactwo zapraszam na krótki spacer.

Wystartowałem ze stacji Old Street, mimo nazwy nie mającej nic z atmosfery starej uliczki. Stacja leży na granicy biznesowego City, dekadenckiego Hackney i imprezowego East Endu. To na tej stacji miksują się garniturowcy, z artystyczna bohemą oraz „wczorajszymi” grupami wyspiarzy leczących kac nocy poprzedniej.

Kilka kroków od stacji zaczyna się niezwykle malownicza Whitecross Street z ogromnymi dawnymi kamienicami czynszowymi. W tygodniu, w czasie przerwy obiadowej, swoje kramy rozkladają kucharze ze wszystkich zakątków świata. Zaledwie kilkanaście metrów chodnika i możemy poczuć się jak w Indiach, Włoszech, Chinach, Korei, Afryce.

Trochę dalej pustostany świadczące o jeszcze większej świetności przekryzysowej. Takich widoków w Londynie jest całkiem sporo. Tu dopiero widać kryzys. Podumałem trochę nad skutkami zapaści gospodarczej…

…i poszedłem dalej, aż horyzont przesłoniło całkowicie osiedle Barbican. Jest to zbudowany w 1976 roku kompleks mieszkaniowy z salami koncertowymi, galeriami, szkołami. Przykład modnej wtedy architektury brutalistycznej. Dzisiaj Barbican Estate jest największym zamieszkanym fragmentem City, a mieszkania są najdroższe w całym Londynie.

Tak wygląda Barbican w środku, szum wodospadu przypomina szum wody w Tatrach Wysokich, tylko krajobraz trochę odmienny.

Gór nie ma, za to są prawdziwe palmy. Na tle loga City of London wyglądają olśniewająco.

Pora pożegnać się z architektonicznym brutalizmem. Tutaj, na szczątkach rzymskiego muru, zaczyna się typowy krajobraz szklanego City. O ile w City mieszka tylko 8.000 osób, to pracuje tutaj ponad 300.000 pracowników.

Bogactwo mili kwadratowej widać na każdym kroku, od gęstej sieci kamer przemysłowych, poprzez przemykające niepozornie najdroższe samochody, najdroższe sklepy z zegarkami i lśniące szklane elewacje.

Ale są też starodawne kamienice mieszczące siedziby banków. Z zewnątrz niepozorne, szare, w środku lśniace złotem i kryształami.

Sobotnie City jest jak wyludnione miasto. Ciche, bezduszne. Ale ta błogość szybko się skończyła.

Spośród muru piaskowców wyłoniła się katedra św. Pawła a wraz z nią mrowisko przyjezdnych z całego świata.

Porwany przez potok kolorowych turystów dotarłem do Millenium Bridge.

Przeleciałem przez Tamizę niczym Harry Potter na miotle, minąłem galerię Tate i zanurzyłem się znów w spokoju Southwark. Dzielnica Southwark była na początku biednym przedmieściem Londynu, z czasem zaczęły mieszkać tutaj coraz bardziej znane osobistości. Wymienię tylko Szekspira, Dickensa, Chaplina, Faradaya i Michaela Caine. Dzisiaj Southwark stracił ze swojej staroświeckości, domostwa wypierają biurowce, dawna elektronia stała się świątynią sztuki, a w miejscu dawnej plaży nad Tamizą drepczą tysiące turystów.

I tu doszedłem do lśniącej i błyszczącej stacji Southwark, wciśniętej pomiędzy dwa stare wiktoriańskie wiadukty kolejowe. Ale taki właśnie jest Londyn, miejsce w którym nowe wypiera stare, a jednocześnie czuć zapach historii na kazdym kroku.

Sprawdź trasę. Zapraszam na GoogleMaps