Archiwa kategorii: Dwa imperia

Zobacz: Moskwa, VDNKh

Skomplikowany skrót kryje w sobie nazwę Wystawa Osiągnięć Gospodarki Narodowej ZSRR, a samo miejsce zostało otworzone jeszcze przed wojną jako cud propagandy socjalizmu. O mistycznym miejscu z dawnej epoki, obecnie rozdartym pomiędzy komunizmem a kapitalizmem pisałem tutaj:

 

http://alturysta.pl/vdnkh-komunokapitalizm/

 

 

 

Reklamy

VDNKh: komunokapitalizm

VDNKh jest miejscem magicznym i niezwykłym. Skomplikowany skrót kryje w sobie nazwę Wystawa Osiągnięć Gospodarki Narodowej ZSRR, a samo miejsce zostało otworzone jeszcze przed wojną jako cud propagandy socjalizmu.

Alturysta_DSCN5748

Dawniej za monumentalną bramą rozciągały się pawilony republik związku. Dzisiaj niewiele zostało z dawnej świetności: tylko Białoruś odnawia swój budynek, działa pawilon Armenii i Kirgistanu. Z gmachu Ukrainy odpada tynk, pękają rzeźby przodowników pracy.

Alturysta_DSCN5800c

Dzisiaj, pośród sierpów, młotów i Leninów panuje wolny handel, większość budynków została przekształcona na hale targowe z mydłem i powidłem.

Alturysta_DSCN5787b

I tak przy złotej fontannie szczęśliwych narodów związku kwitnie prywatny biznes: dorożki, karuzele i wata cukrowa. Do nieba wzbija się rakieta Wostok, a obok gra na fletniach pana kapela z Peru. Wystawa ukazywała też osiągnięcia poszczególnych dziedzin, pozostał więc pawilon „Radiotechnika”. Energia Atomowa i Kultura. Niestety, o ile w Radiotechnice sprzedaje się kamery i aparaty, to w pawilonie Kultura są berety i pościel. Z tyłu, w pawilonie zwieńczonym figurą sternika sprzedaje się artykuły dla domu i ogrodu.
Zmęczony wędrówką po obszarze, który ma większą powierzchnię niż księstwo Monaco zajrzałem najpierw do Armenii. Oprócz tradycyjnej restauracji i orzechowych łakoci księgarnia z książkami w zupełnie nieznanymi literami. W Kirgistanie biuro sprzedaży biletów lotniczych i miód i przedziwne ubiory. Najbardziej oblegana była Białoruś – ze stoiskami z modą prosto z Mińska, naturalnymi kiełbasami i czekoladkami.
Dziwny jest VDNKh. Rozdwojony i schizofreniczny jak Moskwa i cała Rosja; w rozkroku pomiędzy dawnymi ideami a żarłocznym kapitalizmem.

Estetyka nowej Rosji

Po zwiedzeniu urokliwego Kolmenskoje (http://alturysta.pl/babie-lato-w-carskim-sadzie/), dotarłem do czegoś co mnie zadziwiło i jednocześnie przeraziło. Otóż na krańcu parku, w szczerym polu stanął pałac. Wielki, drewniany, złocony i bogato malowany. Jak się dowiedziałem z opisów, budowla jest rekonstrukcją pałacu cara Aleksieja Mikołajewicza z XVIII wieku, wybudowana od początku zaledwie kilka lat temu.

DSCN5638

Cóż, robi wrażenie, aczkolwiek nie ma klimatu dawnego dworu, raczej wygląda na budynek – podróbkę w stylu góralskim, których pełno od Szczecina po Białystok.

DSCN5638

A w środku pokoje, piękne i wystawne. Zdjęcia mozna zobaczyć tutaj.
http://www.angelfire.com/pa/ImperialRussian/news/kolomenskoye.html
Obszedłem miejsce z szacunkiem, pooglądałem przewodników w strojach kniaziów i kniaziem, jak najbardziej z epoki (ale w przerwie rozmawiali przez swoje iphony) i poszedłem dalej zadumany.

DSCN5641

Nie trzeba dalej szukać, parę przystanków metra dalej można zwiedzić park Tsarycyno. Ogromny zespół pałacowy został zbudowany dla Katarzyny Wielkiej (której zresztą nie spodobała się pierwsza wersja pałacu i kazała ją zburzyć i przebudować). Tsarycyno wygląda jak nowe, bowiem zostało odbudowane w 2010 roku.

DSCN6630

DSCN6577

Można zwiedzić wnętrza, a można też pospacerować po pięknym parku, slalomem pomiędzy fotografującymi się parami młodymi i zwykłymi śmiertelnikami. Tak, fotografowanie jest ogromnym hobby Rosjan. Do zdjęcia można ustawić się prawie wszędzie: przy akwarium w teatrze, w teatrze, przy orkiestrze, przy kwiatkach, przy samochodzie.

foto

Są też sesje pozowane: rzucanie złotymi jesiennymi liśćmi, zbieranie kwiatów, czy karmienie wiewiórek.
Śluby to inna historia. Tak jak estetyka nowego pałacu Kolomenskoje, i odbudowanego Tsarytsyno wiele mówi o narodzie, tak i formuła ślubów świetnie charakteryzuje młode pokolenie.
Wiec musi być limuzyna. Nie zwykły mercedes. Bukiet na dachu,  ze złotymi obrączkami najlepiej wielkości kół ratunkowych. Moda ślubna jest bardzo barokowa. Panna młoda w falbankach, czasami z korona na głowie (no a co). Pan młody, w zależności od gustu, albo frak, albo co najmniej lśniący garnitur. No i dookoła orszak weselny; panie obowiązkowo w miniówkach (tu nie ma opcji, ze któraś z pań jest puszysta, one wszystkie są jak patyki), no i rozweseleni panowie popijający szampan z wódka (konieszna!) z plastikowych kieliszków. Potem rzucanie kopiejkami na szczęście i zakładanie kłódki na Lużkowym Moście. Most też musi być odpowiedni; nie ma miejsca na barierkach, wiec są rzędy stalowych drzew, na których młode pary zawieszają kolejne kłódki.
Rosja to inna estetyka, estetyka lśnienia i epatowania bogactwem. A może to tylko nasze zachodnie skrzywione spojrzenie? Może w kraju świętych ikon i szarości minionej epoki trzeba lśnić, by rozjaśnić mrok przeszłości?

Podziemna etykieta

Moskiewskie Metro jest trochę podróżą do innego świata. Na początku jest przeważnie monumentalne wejście, z automatami i kasami, w których siedzą panie w niebieskich fartuszkach, obrażone i władcze…

Mijamy bramki – bilet trzeba przytknąć do czytnika, inaczej bramki grają piskliwą melodię i zamykają się z hukiem przed gapowiczem. Potem jazda długimi schodami ruchomymi, czasami trwająca aż 3 minuty. Korytarz zjazdowy jest przestronny, ale przeważnie słabo oświetlony żółtym jarzeniowym światłem, na górze reklamy, na dole głośniczki nadające kolejne reklamy i ostrzeżenia dla podrożnych. Za to korytarze metra są piekne; przestronne, funkcjonalne i niesamowicie ozdobione. Panuje stylistyka stalinowsko-leninowska: tutaj przodownicy pracy, tutaj szczesliwe narody Zwiazku Radzieckiego, tutaj Dziaduszka Lenin.
Pociągi stare, ale wydajne , w szczycie mkną nawet co 50 sekund, co nawet dla świeżo  zmodernizowanej londynskiej linii Jubilee jest osiągnięciem nie do przejścia.
Piekno i czar moskiewskiego metra najlepiej zobaczyc na własne oczy, albo na zdjeciach.
Specyficzna jest etykieta w samych pociągach: z jednej strony dogmatyczne przestrzegana dżentelmeństwa, w wyniku której młodzi mężczyzni nie siadają w ogóle. Miejsca ustępuje się każdej kobiecie po 40stce natychmiast, a ona siada z ponurą miną nie mówiąc nawet dziękuje. (Trudno porównywać z londyńskim metrem, gdzie emancypacja zaszła tak daleko, że kobiety w ciąży muszą się dopychać do miejsca). Z drugiej strony można doświadczyć najgorszego przepychania, nastąpywania na nogi, zwłaszcza przy momencie wchodzenia i wychodzenia. Tak, o ile w Londynie wszyscy czekają w apatycznej kolejce, aż wysiadający wysiądą, po czym dopiero się wsiada, to w Moskwie wsiadanie i wysiadanie odbywa się symultanicznie, aby zdażyć przed komunikatem „Uważajmy pasażyry, dwieri zakrywajetcia), po którym drzwi się zatrzaskują bezlitośnie bez czekania na spóźnialskich.

Kolejnym zwyczajem jest ‘wyczekiwanie’ następnego przystanku. Bowiem już w czasie jazdy pasażyry ustawiaja sie twarzą do drzwi i gapiac sie w ciemnosc za drzwiami balansują na szeroko rozstawionych nogach. Bo w moskiewskim metrze poręczy się trzyma w ostateczności. Zatem stoją wszyscy z ponurymi minami, kołysząc się razem z kołysaniem wagonu.
Nie wolno się uśmiechać. Kto się uśmiecha, albo stroi zaloty albo jest obłąkany. Dlatego ludzie taksuja się spojrzeniami, z minami znudzonymi, poważnymi i markotnymi.

Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem o jednym wyjątku; sytuacji, kiedy można zobaczyć uśmiech na twarzy obcego. To tylko na schodach ruchomych zdarza się, że ludzie jadący w górę ślą uśmiech do ludzi jadących na dół i odwrotnie. To bezpieczne, bo tej osoby prawdopodobnie już się nigdy nie spotka w ponad 6 milionowej grupie pasażerów, która codziennie podróżuje podziemiami Moskwy.

Babie lato w carskim sadzie

Carska posiadłość Kolomenskoje ma długą i bogatą historię. Posiadłość założona by uczcić narodziny Iwana Groźnego była zamieszkiwana przez Piotra Wielkiego i Katarzynę II.
Potem zaczęła się rewolucja, a cały teren został przekształcony w skansen architektury. Miejsce jest piękne i urokliwe, dziwnie spokojne jak na śpiącą Moskwę, która nigdy nie śpi. Spod cerkwi Wniebowstąpienia rozciąga się widok na rzekę Moskwę i okoliczne dzielnice. Stoję i podziwiam. Dawniej pewnie spacerowali tutaj carowie, teraz odpoczywają zupełnie niecarscy moskwianie i moskwianki. Dawniej z Kolomenskoje widać było puszcze i knieje, teraz widać ścianę wieżowców z zagubioną gigantyczną cerkwią pomiędzy nimi. A jak bliżej spojrzeć, widać nieużytki i upadłe fabryki, czekającego na kolejnego dewelopera ze sprytem i pieniędzmi.

Nie bawię długo przy kościele, bo pobliska dzwonnica rozbrzmiewa do 15 minut kaskadą wściekle brzmiących dzwonów. Uciekam w ciszę. A tam dalej są i wąwozy, i puszcze, górki i doliny. W końcu trafiam do carskiego sadu. Jest czas babiego lata (w Rosji też tak to nazywają). W powietrzy buszują jeszcze owady, czuć zapach zgniłych jabłek. Tutaj zaradni miejscowi zrywają jabłka, używając podbieraków wykonanych własnoręcznie, z plastikowej butelki i wędki. Kręcę się trochę wśród drzew i w końcu wypatruję dwie papierówki. Są pyszne, soczyste i smakowite. A po niebie lecą gęsi, pewnie uciekają przed zimnem gdzieś na południe.

(18/10/2012)

Między nami expatami

Pub „Hudson” został jakby stworzony specjalnie dla emigrantów. Tych bogatszych, z Zachodu, nazywających się dumnie expatami.
Bar wygląda prawie na amerykańskie miejsce. Wysoki bar, rząd foteli, skórzane kanapy, ciemny wystrój, kamienna podłoga. Tak jak w Ameryce, tylko jakoś nieprawdziwie, tylko barmani mówią słabo po amerykańsku, tylko trzeba płacić Rublami, a za oknem reklama Aeroflotu.

Bar jest ostoją dla całego biznesu, który przybywa robić interesy w Rosji. Mieszają się różne anglosaskie akcenty. Właściciele pubu to Australijczycy, obok siedzi Nowozelandczyk, obok Anglik marudzi i kręci nosem na wszystko, a jeszcze dalej słychać gardłowe pokrzykiwania Amerykanów. Bogatsza połowa kuli ziemskiej w pigułce. Expaci narzekają na wizy, obłędny ruch uliczny, krzywe chodniki, brudne klatki schodowe i puszczają do siebie oko „jasne, Rosja to stan umysłu”. Brzydzą się cyrylicą, nie znoszą blin i barszczu i pogardą darzą gospodarzy. A jednocześnie myślą o puchnących własnych kontach bankowych i cieszą się, że zdołali ubić kolejny interes z ‚dzikusami zza żelaznej kurtyny’.

Jest też w Hudsonie miejsce na imprezę firmową. Otyły obleśny szef z teksańskim akcentem wznosi toast, rosyjscy pracownicy szczerzą zęby w uśmiechach, a zgrabne dziewczyny ustawiają się do zdjęcia z szefuniem. Jest nawet tajska żona szefa, z dzieckiem. Dziecko trochę się krztusi w oparach dymu papierosowego, ale tatuś dumny jest z córeczki.

Przy stoliku pod oknem siedzą wypięknione Tatiany, Julie i Galiny. Czekają na okazję, na bogatego księcia z bajki, który ich zabierze z brudnej Moskwy do krainy McDonaldsa, Coca Coli i Starbucksa. Są zdesperowane, więc niechcący zaczepiają przygodnych mężczyzn i zapraszają do ich stolika. „Chodź, porozmawiajmy, poznajmy się” mówią koślawą angielszczyzną.

Płacimy słony rachunek, wychodzimy w chłodny wieczór. Po drugiej stronie ulicy stoją inni expaci. Zmęczona i słaniająca się na nogach po dniu pracy grupka Tadżyków, Uzbeków i Kazachów czeka na swoją marszrutkę. Wyglądają bardzo młodo, może szesnaście, może osiemnaście lat. Ubrani biednie, w staromodne wyświechtane dżinsy i czarne kurtki, ściskają w rękach poszarpane reklamówki. Podjeżdża rozklekotany minibus, expaci ładują się bezładnie do środka i od razu zasypiają zmęczeni.

Jest późno, Moskwa też mróży oczy (chociaż Moskwa nie śpi nigdy). Moskwa jest spokojna, jak pasożyt wyciśnie jeszcze ostatnie soki i z garniturowców w pubie Hudson, i z biednych robotników śpiących w marszrutce. Schodze do metra. Nie mogę zgadnąć, czy Lenin na stacji Białoruska uśmiecha się cynicznie, triumfalnie, czy może ze smutkiem?

(26/09/2012)