Archiwa kategorii: Kambodża

Posłuchaj: świątynia w dżungli

Aby wsłuchać się w Angkor Wat, tajemnicze miasto w kambodżańskiej dżungli, trzeba oderwać się od strumienia wycieczek, rykszarzy, namolnych sprzedawców i skrtć się gdzieś dalej. Znaleźć spokojne miejsce, usiąść na kamieniu (raczej w cieniu) i słuchać. Wtedy znika hałas wycieczek i motocykli, za to słychać muzykę tropikalnego lasu, insekty, ptaki i tajemniczy gwar prawdziwej dżungli. Wnikliwi usłyszą jeszcze opowieści kamiennych posągów i może poznają tajemnice dawnego imperium Khmerów.

Reklamy

Beżowo-białe kafelki w S-21

Miejsce kaźni zwane S-21 w Phnom Penh przypomina szkołę. Bo była to szkoła. Beżowo – białe kafelki, sale lekcyjne, zestaw do ćwiczeń gimnastycznych na podwórzu, boiska. Za czasów reżimu Czerwonych Khmerów szkołę zamieniono na więzienie dla najbardziej niepokornych obywateli.

Alturysta_s213

W klasach lekcyjnych ustawiono metalowe łóżka dla skazanych, przyrządy do ćwiczeń zamieniono na przyrządy do torturowania więźniów, a boiska służyły przegrupowaniu ofiar. Zwiedzamy te miejsca zszokkowani, bo urządzenia tortur pozostały i są niemymi światkami tragedii sprzed ponad trzydziestu lat.
Oglądamy więc zdjecie ostatniej ofiary S-21, czarno-biała fotografia przestawiające storturowane ciało leżące na żelaznym łóżku. Pod fotografią to samo łóżko, te same beżowo-białe kafelki, ten sam akumulator do porażania prądem. Nic się nie zmieniło.

Alturysta_s212
W drugim budynku rzędy tysięcy fotografii ofiar tego miejsca. Khmerowie byli równie skrupulatni jak hitlerowcy i rejestrowali skrupulatnie każdego więźnia. Z dwudziestu tysięcy osób więzionych tylko dziewięć przeżyło S-21. Zwiedzamy dalej, bez słowa, bez komentarza. Obok młoda osiemnastolenia amerykanka czyta historie więźniów i szlocha, żydowska wycieczka studiuje ekspozycję z zadumą, tylko chińska wycieczka wydaje się być nieco odłączona od rzeczywistości i robi sobie wesołe zdjęcia z ostatnimi żyjącymi osobami, ktore przezyły więzienie i sprzedaje obecnie swoje  wspomnienia w sklepie z pamiątkami.
W ostatnim budynku zdjęcia Pol Pota i jego współpracowników, pomazane i porysowane przez zwiedzających, widać że złość nie przeszła. Czytam życiorysy przewodców reżimu: wykształceni, często na Sorbonie, znający jęzki i podróżujący. Zafascynowani najpierw marksizmem, potem maoizmem.
Czytam potem o reżimie Czerwonych Khmerów i zastanawiam się, jak w ogóle Kambodża przetrwała. Historia jest jak z futurystycznej powieści science – fiction. Jednego dnia Khmerowie wysiedlili siłą całą ludność miast i rozlokowali ich w obozach przymusowej pracy na prowincji. Intelektualistów wymordowano (ekologicznie, bo ciosem młotka w czaszkę, bez marnowania nabojów). Ponoć nawet za noszenie okularów groziła pewna śmierć. W ciągu pięciu lat reżimu zniknęli profesorowie, nauczyciele, lekarze, historycy, inżynierowie. Kraj został cofnięty do roliniczego poziomu rozwoju, jak szacują historycy – do XI wieku. Ludność pracowała w przymusowych kołchozach, umierała na dengę i malarię i cierpiała straszny głód. Siatka agentów i kapusiów była taka gęsta i efektywna, że rodziny przestawały w ogóle rozmawiać, w obawie przez powiedzeniem jednego słowa za dużo. Szacuje się, że jedna czwarta narodu, około dwa miliony ludności zostało zamordowanych albo zmarło z głodu i chorób w czasie reżimu. Tej gehennie narodu przyglądał się świat, z Organizacją Narodów Zjednoczonych i Stanami Zjednoczonymi, które były bardziej zajęte zrzucaniem napalmu i broni chemicznej masowego rażenia na Wietnam, niż pomocą Kambodży.

Alturysta_s21

Pięć lat później Wietnamczycy pokonali Khmerów i wyzwolili Kambodżę. Liderzy Czerwonych Khmerów nie zostali osądzeni, zostali aresztowani dopiero parę alt temu i wielu z nich nie dożyło procesu.
Po zwiedzeniu S-21 Kambodża nie będzie dla mnie taka sama. Dziwię się i podziwiam tych niepozornych, czasami natrętnych, czasami nieśmiałych potomków wielkich Khmerów (tych z Angkor Wat). Bo mimo tego horroru, tej nieludzkiej utopii, jakiej zostali ofiarami, są uśmiechnięci, pogodni i sprawiają wrażenie, że potrafią się cieszyć każdą chwilą.

Zwiedzanie Phnom Penh.

My poruszaliśmy się głównie na piechotę (jak odległości pozwalały), a także tuk-tukami. Zawsze należy wynegocjować opłatę za przejazd przed podróżą. Zawsze.

Stolica Kambodży dopiero się rozwija i odbudowuje po ponurych czasach Czerwonych Khmerów, oprócz S-21 warto zwiedzić świątynie i pałac królewski, a także przespacerować się wzdłuż rzeki, pomyszkować w rozlicznych bazarach, usiąść w kafejce, zjeść duriana na ulicznym stoisku.

Ptasie radio nadaje z Kampotu

Kampot jest małym miastem, z paroma urokliwymi uliczkami, z garstką pięknie odnowionych postfrancuskich i postchińskich budynków i pokaźną liczbą ruin zarastających krzakami. Ot, małe miasteczko nad rzeką. Urokliwe były wieczory, kiedy słońce zachodziło za Słoniowe Góry (już sama nazwa brzmi pięknie), a dziwny most rzucał cień na rzekę. Most dziwny, bo zbudowany jakby z trzech części – od prawej mamy stylowy betonowy łuk, potem dosztukowane żelazne przęsło, a na końcu znów inny odcinek. Jak w Kambodży, nie ma czasu na estetykę, kiedy bieda piszczy.
W mieście tymczasem śpiewały ptaki. Głośno, skrzekliwie. Już się zaczęliśmy zachwycać, gdy okazało się, że to nie żywe ptaki, tylko głośniki umieszczone między budynkami. Po co? Hipotez mieliśmy parę. Najpierw wyobraziliśmy sobie troskliwego burmistrza, który chce przyciągnąć turystów i umilić życie mieszkańców ptasimi trelami. Nie, coś ta wersja nam nie pasowała. Druga hipoteza – mieszkańcy puszczają ptasi śpiew, by wystraszyć szczury i myszy. Też coś nie pasowało. Dopiero po paru dniach wyczytałem w lokalnym przewodniku genezę tego dziwnego dźwięku. Otóż, chińska mniejszość zamieszkująca Kampot wykorzystuje dachy i ostatnie piętra budynków na hodowlę ptasich gniazd. Tak, zupa z gniazd jerzykopodobnych azjatyckich ptaków jest ponoć najdroższym frykasem na ziemi, więc gniazd trzeba sporo produkować. Rzeczywiście, w niebie było sporo niby-jaskółek latających dookoła głośników i zaaranżowanych siedlisk. W sklepie można było nabyć napój z ptasich gniazd, za dolara. Ptasie gniazdo spróbujemy dopiero w Hong Kongu, tutaj na razie się napawaliśmy niebywałą atmosferą miejsca, w którym warczenie motorów, okrzyki dzieci skaczących na trampolinie przed lokalnym centrum handlowym i hałasy z budów przeplatają się z dziwacznie nagłośnionym śpiewem ptaków.

Alturysta_kampot ptaki2 Alturysta_Kampot

Porada:

Kampot to nie tylko urocze miasto. Warto potargować się z jakimś tuk-tukiem i wykupić całodzienną przejażdżkę po okolicy. Wtedy dopiero można zobaczyć przepiękne krajobrazy, powąchać z bliska rosnącego pieprzu, zjeść lokalny smakołyk czy zauroczyć się widokiem Gór Słoniowych. Taki objazd można połączyć z dojazdem do kolejnej miejscowości na szlaku, to znaczy z podróżą do Kep albo do Sihanoukville.

Plaża na końcu świata

Znaleźliśmy prawie bezludną wyspę i idealną plażę. Na wyspę Koh Rong trzeba się jednak najpierw dostać. Prom miał płynąć trzy godziny, ale z powodu wysokiej fali podróżowaliśmy ponad cztery godziny. Dosyć dramatycznie, podczas których połowa pasażerów była mokra, ochlapana grzywaczami, jedna czwarta jakoś się trzymała, a pozostała jedna czwarta okupowała na zmianę rufę statku, składając Neptunowi ofiarę z ostatniego posiłku. W końcu jednak dotarliśmy. Koh Rong to spora wyspa, parę kilometrów szerokości i dwadzieścia długości. Na wyspie nie ma ani jednej drogi, jedynie dwie plaże są zaludnione. Dawniej były to tylko biedne wioski rybackie, obecnie powoli cywilizacja zabiera się do dzieła. Nadal jednak Koh Rong jest czymś niespotykanym. Otóż obok turystycznych bungalowów (gdzieś musi się pomieścić te trzydzieści backpakersów dziennie) toczy się dawne wioskowe życie. Leniwe psy siedzą na środku plaży, dzieci bawią się w lokalną zabawę; nie jest to najnowsza playstation; ale ciągnięcie się nawzajem po piasku w plastikowym pojemniku, zrobionym z przepołowionego kanistra. Jest wioskowy bar, gdzie można dostać najtańszą zupę z nudlami na świecie, sałatkę owocową z produktów zerwanych przed chwilą z drzewa i kawę mrożoną, do której lód jest rąbany siekierą.

Alturysta_khrung2 Alturysta_kohrung1 Alturysta_kohrung3
Wieczorem rozkwitają „zachodnie” bary, gdzie ‚westernersi’ sączą pinacolada z parasolką, słuchając Jennifer Lopez. Za płotem istnieje życie równoległe; miejscowi oglądają telewizję w jednym z dwóch telewizorów na plaży; leci właśnie jakiś rzewny tasiemiec kambodżański, a publiczność siedzi na plastikowych krzesełkach z otwartymi buziami, sączy piwo i podjada kolejną miskę zupy z nudlami.
Najprzyjemniej jest po północy, kiedy milkną generatory prądotwórcze i zostajemy w naszej chatce w ciszy. Za ścianą jest już nieprzenikniona dżungla, w podłogach dziury, przez ściany widać księżyc. Mamy wielką jaszczurkę, która chroni nas od komarów; minusem pasażera na gapę jest dźwięk, który wydaje co paręnaście minut; brzmi jak alarm samochodowy i potrafi obudzić umarłego. Cóż, ochrona przed ugryzieniami kosztuje.
Jednego dnia wypożyczamy kajak i płyniemy na bezludną wyspę! Droga nie jest długa, tylko pół godziny przez zatokę. Wiosłujemy na plastikowej łupinie i walczymy z lekkim wiatrem, który ciągle nas odwraca w stronę przeciwną do naszego celu. Obok morskie życie kwitnie; widocznie polują jakieś barakudy, bo co chwilę ławice małych rybek wylatują w powietrze wachlarzami. Dopływamy. Oj, wyspa nie jest już taka bezludna, bo siedzi na niej dwóch Francuzów (którzy są tak samo oburzeni jak my tą bezludnością). Eksplorujemy miejsce. Na niewielki szczyt prowadzą schody z wężowymi poręczami, a tam mała świątynia buddyjska z miejscem, które wygląda na siedzibę pustelnika. Mieszkańca nie ma, ale znów wzdychamy – mało jest bezludnych wysp na świecie.
Płyniemy na drugą stronę  ostrowu. Tam cumujemy do wielkich kamieni (kraby uciekają przed nami) i pływamy w kryształowej wodzie. Potem pojawiają się dwie łodzie z małymi wycieczkami, które też wskakują do wody. Znowu kręcimy nosem na naszą bezludność. Po pół godzinie łodzie zbierają pasażerów i znikają. Zostajemy sami. Tylko kraby, zwiedzione ciszą wychodzą, egzaminują okolicę, zauważają nas i wściekłe wracają w szczeliny skał. Pora wracać do cywilizacji, do naszych drinków z parasolkami i Jennifer Lopez.

Prom z Sihanoukville płynie 2-3 godziny i odpływa dwa razy dziennie. Sihanoukville to brzydkie miasto nadmorskie, w sam raz dla amatorów surfingu, rosyjskich dyskotek i knajp pełnych brytyjskch ekspatów. Ale jest to wygodne i tanie miejsce na przystanek w podróży. Do Sihanoukville można dojechać autobusem i z Bangkoku, i z Wietnamu, a przede wszystkim z Phnom Penh i Sieam Reap. Nocne autobusy zapewniają relatywnie spokojną podróż.

Błogosławieństwo i przekleństwo Angkor Wat

Uff, dojechaliśmy w końcu do Siem Reap, omijając przeróżne oszustwa wizowe na granicy, włącznie z celnikiem żądającym łapówki jak najbardziej otwarcie. Przeżyliśmy też oszustwo z autobusem, który znikł w środku trasy (na szczęście plecaki mieliśmy ze sobą) i pozostawił nas na łaskę mafii granicznej. Mafię przechytrzyliśmy i tylko pozostało zapłacenie małej łapówki policjantowi, by można było kontynuować podróż nowym autobusem, wśród pól ryżowych, chatkach na palach i tajemniczych urządzeń z żarówkami, które okazały się farmami owadów (jadalnych oczywiście).
No i jesteśmy w Siem Reap. Widzieliśmy Angkor Wat, ósmy cud świata, ale i przekleństwo miasta. Bo dla biednej Kambodży Angkor Wat to lep, do której lecą podejrzane typki, naciągacze i zwyczajni biedacy, niczym jak ćmy do lampy. Idziemy więc ulicą Siem Reap i oganiamy się od rykszarzy (tuk tuk Sir?), panienek oferujących masazzzz, od młodszych dziewczynek z dziećmi na rękach, żebrzących i proszących o mleko (które potem odsprzedają w tym samym sklepie). Są też dzieci żebrzące, chwytające za serce, a bardziej za spodnie, sukienki i za portfele w kieszeni. Są naganiaczki restauracji, sprzedawcy magnesów, sprzedawcy podrabianych (kserowanych) książek, sprzedawcy obrazków i nie wiadomo co jeszcze. Typowy turysta po przejściu wieczorem przez ulicę Siem Reap nie tylko pada ze zmęczenia, poci się niesamowicie, ale też boi każdego cienia i nie odpowiada na nawet przyjacielskie ‚hello’, przestraszony, że to kolejny naciągacz/ sklepikarz czy rykszarz. To jest przekleństwo Angkor Wat.
Ale gdy już wkroczy się na ogromny teren świątyń (i przymruży oczy na kolejnych sprzedawców i naciągaczy czekających na każdym parkingu), otwiera się nowa rzeczywistość. Coś, czego nie spotkałem nigdzie indziej. Na początku jest dżungla, gęsty las spowijający ruiny. Las to zawsze tajemnica, magia i coś niezwykłego, taka bariera pomiędzy teraźniejszością, głośną, ze sklepami i restauracjami, a przeszłością.
Potem przechodzimy przeważnie przez fosę i już jesteśmy gośćmi. Ruiny są różne – od monumentalnego Angkor Wat poprzez kameralne, zarośnięte drzewami Preah Khan po hipnotyzującą świątynię Bayon, w której setki twarzy patrzą się na przypadkowego gościa. Dla mnie właśnie strażnicy Angkoru są najważniejsi. Wielkie twarze na bramach wjazdowych, posągi przy wejściu do kompleksów, wreszcie drobne postaci tancerek, rycerzy. I małe twarze istot z baśniowej rzeczywistości: nimf, garguli, smoków i garud. Patrzę się często na te twarze, niektóre są wesołe, inne zatroskane, inne złowieszcze. Co miały mówić? Kogo przedstawiają? Kim był model/ modelka sprzed tysiąca lat? Angkor Wat ma więcej legend i hipotez, więcej przypuszczeń niż dogmatów. I to właśnie jest błogosławieństwo tego miejsca. W tajemnicy można odkryć prawdziwe piękno.

Alturysta_awatAlturysta_DSCN0765 Alturysta_DSCN0915 Alturysta_DSCN0930 Alturysta_DSCN1218 Alturysta_DSCN1350 Alturysta_DSCN1362 Alturysta_DSCN1438 Alturysta_DSCN1440 Alturysta_DSCN1447 Alturysta_DSCN1452 Alturysta_DSCN1517 Alturysta_DSCN1537 Alturysta_DSCN1562 Alturysta_DSCN1590 Alturysta_DSCN1636

Coś praktycznego: warto tutaj przyjechać na trzy dni.

Bilet na trzy dni zwiedzania kosztuje 40 dolarów (około 124 zł). My na dwa dni wynajęliśmy motorykszę, która obwiozła nas po najważniejszych miejscach, trzeciego dnia wypożyczyliśmy rowery. Warto wsiąść dużo wody i jakieś zakąski, by ominąć drogie i kiepskie restauracje na terenie parku. Warto też podarować sobie atrakcje typu wschody/ zachody słońca i zacząć zwiedzanie około 9tej,  kiedy największe grupy zwiedzaczy są już daleko w trasie. Nie przesadzałbym też z przeludnieniem Angkor Wat (o czym wspominają przewodniki). Trzeba uzbroić się w cierpliwość, poczekać aż stuosobowa chińska wycieczka pogoni do następnego punktu programu i mieć świątynię dla siebie.