Archiwa kategorii: Indie

Bezsenność w Dżodpurze

Jak się ma jetlag, czyli po-podróżny syndrom zmęczenia wynikający ze zmiany czasu, człowiek budzi się o przedziwnych porach nocy i zasypia o różnych porach w dzień. Tym razem w Dżodpurze po prostu obudził mnie pierwszy pociąg przyjeżdżający do miasta, o godzinie 5:05. To ten na linii New Delhi – Jailsalmer. Ryk żelaznego potwora był słyszalny dosyć wyraźnie na radżastańskiej równinie. Pierwszy pociąg to także ryksze, rozwożące pasażerów. Potem – jeden po drugim – pobudziły się meczety. Muałła – łaaaa, Allah muałłaaa łaaa. Do meczetów z duecie zaczęły poszczekiwać psy. Hinduizm nie pozostał dłużny i rozległy się pierwsze dzyń dzyń dzyń w świątyniach Ramy, Kryszny i Wisznu.

Jodhpur

No i pierwsze lokalne dewotki włączyły magnetofony z nabożnymi pieśniami. Rozćwierkały się ptaki w  pobliskich ruinach, kormorany śpiące na drzewie nad sadzawką zaczęły swoje polowania. Krowy, zgromadzone tłumnie obok świątyni Wisznu tuż za zakrętem też dorzuciły swoje muu (od niechcenia, krowom się wiele nie chce w Indiach). Rozryczały się ryksze, samochody, dookoła setki ludzkich głosów – widać że cały świat już się obudził i zaczyna swoją chaotyczną egzystencję. O 5:30 ktoś w budynku obok postanowił przybić obrazek na ścianę, czy coś podobnego, więc poza harmidrem za oknem pokój wypełniało głuche stukanie. O 5:40 pociąg wyjechał ze stacji, znowu trąbiąc i rycząc, a mi się zamknęły oczy ze zmęczenia. Krótki odcinek snu był przerywany to klaksonem pojazdu przejeżdżającego pod samym oknem, szczekaniem, kolejną pieśnią religijną, czy popiskiwaniem wiewiórek. Mimo wszystko, spało się dobrze.

Reklamy

Posłuchaj: Indie, Jaipur, nastrój ulicy

Dla takich nagrań warto dźwigać przyciężkawy rejestrator dźwięków. Nastrój indyjskiej ulicy w Jaipurze jest nie do powtórzenia. Z boku dobiega śpiew z pobliskiej świątyni, a dookoła ruch, gwar i klaksony samochodów.

Jaipur

Bollywood z londyńskiej strony

Modny hinduski przemysł filmowy, z polskiego punktu widzenia wygląda niezwyle kolorowo i jak nic innego chwyta za serce. Po roku pobytu w Londynie, w którym więcej niż co dziesiąty jego mieszkaniec pochodzi z Indii, nabrałem zupełnie innego spojrzenia. Związki Wielkiej Brytanii z Indiami, mimo zniesienia kolonializmu, są nadal bardzo żywe. Zacznijmy od brytyjskiego dania narodowego – chicken tika masala (kurczak curry), zaczerpniętego prosto z Półwyspu Hinduskiego choć zupełnie tam nieznanego. Wspomnę wspólny sport – krykiet, którego popularność bije rekordy zarówno w Londynie jak i Mumbaju. No i dodam, że mimo zmian ustroju, Elżbieta II jest także królową Indii.

Nie ma co się dziwić, że Londyn jest ziemią obiecaną dla milionów Hindusów, Pakistańczyków, mieszkańców Sri Lanki i Bangladeszu. Wiza do Wielkiej Brytanii to przepustka do lepszego świata. Na Wyspach zarabia się kilka razy więcej, a w porównaniu z najbiedniejszymi wioskami Indii, nawet kilkanaście razy więcej. Wspomina o tym arcyciekawa książka Moniki Ali „Brick Lane”. Ponoć szczęśliwcy osiedlający się w Londynie otrzymują listy od całej wioski (łącznie z sołtysami), z prośbami o wsparcie finansowe. Hiduscy Londonerzy chwalą się za to swoimi meblościankami w wynajmowanym pokoju, które są namacalnym dowodem na awans społeczny. Inwazja Hindusów trwa od lat kolonijnych, stąd są oni już całkiem nieźle wchłonięci przez multikulturową stolicę. Trudnią się oni głównie handlem (słynne „idę kupić chleb do Hindusa na rogu”), usługami, pracami mniej wykwalifikowanymi. Chociaż z biegiem lat, coraz większy procent uchodźców z Półwyspu Indyjskiego przebija „szklany sufit” i awansuje, zarówno w biznesie jak i administracji. Uczą się londyńskiego akcentu, chłoną zwyczaje i zapewne następne pokolenie będzie już miało brytyjski paszport i nienaganny akcent. Wchłonięcie przez obcy kraj nie oznacza odcięcia się od swoich korzeni. Widać to dobrze na ulicach, gdyż Hindusi nie boją się nosić wilobarwnych odświętnych strojów, Sikhowie chodzą w charakterystycznych turbanach, a Muzułmanie zapuszczają brody i podążają na modlitwy, jak to robili ich przodkowie.

I tu pojawia się ta gorzka nuta Bollywoodu. Mianowicie, nawet kompletne przeniesienie do nowoczesnego społeczeństwa nie zmienia mentalności i nie wymazuje starych uprzedzeń. Rodziny imigrantów mogą zachować swoje zwyczaje w całości, włączając w to wielożeństwo i łamanie podstawowych praw kobiet. Pisze o tym Monika Ali, ale spotkałem się z tym też w pracy. Abdul, hinduski muzułmanin w wieku dwudziestu kilku lat czeka na wiadomość od rodziców, którzy mają mu znaleźć w Indiach żonę. Było już kilka kandydatek, ale niestety rodzice przyszłej młodej pary się nie dogadywali się i nie dochodziło do zaręczyn. (Tu małe wyjaśnienie – indyjscy muzułmanie muszą zapłacić rodzinie panny młodej, ci wyznania hinduskiego płacą rodzinie pana młodego.) Z przyszłymi kandydatkami Abdul kontaktuje się przez Skype i maila, bo do Indii przyjedzie dopiero na ślub, jak już będzie wszystko załatwione. Nie wspominaj o Abdulowej egzegezie wielożeństwa (trzeba po prostu więcej kochać i mieć więcej pieniędzy, to duża odpowiedzialność mieć parę żon). O tym opowiada właśnie „Brick Lane”. Optymistyczne, że bohaterka książki zdołała się wyzwolić i usamodzielnić. A ile jeszcze kobiet, spośród półmilionowej społeczności, nie opuszcza w ogóle swoich mieszkań komunalnych, żyje wyłącznie wśród rodziny i krewnych, nie znając języka, miasta, zwyczajów?

 

Znajomy, mieszkający parę lat w Indiach, powiedział kiedyś, że Hindusi i Polacy mają bardzo podobną mentalność, sposób bycia. Zaiste, ten uporczywy konserwatyzm, przywiązanie do wartości i impregnacja na trendy z zewnątrz jest naszym błogosławieństwem i przekleństwem. Ponadto polski talent do interesów wygrywa w Europie, ale w skali światowej Hindusi nas bija na głowę. Może dlatego obie nacje patrzą na sobie z dystansem, jeżeli nie niechęcią? My gardzimy „ciapatymi”, krytykujemy ich pazerność, a oni pewnie myślą to samo, bojąc się o stanowiska pracy i prosperujące interesy.

Obserwując hinduska mniejszość, zastanawiam się, jak będzie wyglądała polska emigracja po parunastu latach? Gdy wyjadą „plasterzy” i „painterzy”, POSKowa emigracja starej daty wymrze, a zostaną zmywaki z wyższym wykształceniem, które mozolnie i pracowicie szukają swojego miejsca w piramidzie pokarmowej wielkiego miasta?