Archiwa kategorii: Azja

Posłuchaj: dźwięk dżungli w wielkim mieście

Dzisiaj dźwięk azjatyckiej dżungli. Rezerwat Bukit Timah znajduje się prawie w centrum miasta, można do niego dojechać klimatyzowanym autobusem. Potem kończą się luksusy, trzeba się wspinać w ukropie pod górę. Sprawę pogarsza wściekła wilgotność powietrza, w której nie schnie nic. Dżungla nie jest wielka, pełno było w niej weekendowych wycieczek i Azjatów chodzących tyłem. Z jakiegoś powodu chodzenie tyłem jest zdrowsze niż chodzenie przodem, pewnie ten trend dojdzie do Europy niebawem. Na szczycie wzgórza niewiele. Jak na Ślęży – nadajnik radiowy i tłumy jedzące kanapki i wyjadające nudle z plastikowych pudełek. Ciekawsze były boczne ścieżki, na których udało mi się nagrać nieskażony pobliskimi autostradami, samolotami i przemysłem dźwięk.

Reklamy

Zobacz: rozdroża

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo1_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo2_1280 tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo3_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo4_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo5_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo6_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo7_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo8_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo9_1280

Rozdroża:

1. Wyspa Wight (Anglia)

2.Edynburg (Szkocja)

3. Porto (Portugalia)

4. Sighisoara (Rumunia)

5. Malmo (Szwecja)

6. La Paz (Boliwia)

7. Auckland (Nowa Zelandia)

8. Kuala Lumpur (Malezja)

9. Gijokastra (Albania)

Miasto bez nieba

Przyznam się, że mam problem ze śniadaniami w Południowo-Wschodniej Azji. Po nocy, spędzonej w pokoju bez klimatyzacji (albo z klimatyzacją nie działającą), organizm jest już od razu trochę jakby wyżęty z sił i wymęczony. Idzie człek do lokalnego ulicznego baru, a tutaj zamiast zwyczajowej europejskiej owsianki czy kanapek czeka gorąca zupka, smażony ryż, gorące naleśniki, czy – jak w Hong Kongu – gorące pierożki wonton. Jem więc posłusznie, pot skrapla się właściwie wszędzie, gorąco rozchodzi po ciele i jest tylko zwiastunem kolejnego upalnego dzionka. Tylko pomarzyć, gdy siedzi się – tak jak teraz – w zimowym pejzażu i wspomina tropiki.
W Hong Kongu jest bardzo gorąco, i na dodatek parno, zwłaszcza gdy deszcz pada parę razy dziennie. Dlatego sklepy kuszą klimatyzacją; wstępujemy choćby na chwilkę aby ochłonąć i odpocząć. Ta metropolia jest naprawdę szalona. Kluczymy wśród drapaczy chmur i rzadko widzimy niebo. Budynki mają po kilkanaście pięter i są postawione właściwie jeden na drugim, ulice są niczym wąwozy, a ludzie mieszkają dosłownie jak w mrowisku. Jest to miasto bardziej pionowe niż poziome.

HK1
Kaskadą schodów ruchomych wjeżdżamy na Middle Levels, wyższe partie miasta, zamieszkałe przez bogaczy. Gdzieniegdzie pojawia się willa, ale większość to znowu blokowiska, tylko położone bliżej nieba, z widokiem na zatokę. „Patrz, w tym bloku chyba każdy pokój ma okno, tak bogato to wygląda” zauważamy. Dalej jest małe zoo, w którym w klatce siedzą lemury, „Mają smutne miny, chyba nie wiedzą, że mają metraż mieszkanka ogromny jak na tą metropolię”. Pani ze specjalistycznej firmy wyprowadza psy (właściciele pracują od rana do wieczora widocznie), każde siku polewa wodą, aby było estetycznie. Toalety psie są rozstawione do kilkanaście metrów, gorzej z ludzkimi, ale oprócz niań do psów mało kto chodzi po Middle Levels. Jeszcze parę kroków i już Victoria Peak, słynny szczyt, z widokiem na dachy drapaczy chmur. Dżungla bloków i prawdziwa dżungla dookoła nas zapiera dech. Tam w dole, w spalinach, wyziewach z kuchni i hałasie klimatyzacji łatwo zapomnieć, że dawniej była to kolejna wyspa porośnięta dżunglą.
Następnego dnia wybieramy się promem do małej wioski po drugiej stronie archipelagu. Tu jakby czas się zatrzymał; sieci rybackie, chińskie domki z dykty i blachy nad brzegiem morza, małe świątynie taoistyczne, zapach suszonych kalmarów i wszechobecne kulki rybne. Bierzemy ostatnią kąpiel, obok napisu „uwaga, niebezpieczeństwo rekinów, kąpielisko ogrodzone siatką”. Jest rajski i sielankowo, gdyby nie szum pobliskiej elektrowni, która trochę psuje nam widok. Cóż, w czasie dwustu dni podróży mieliśmy ładniejsze miejscówki, ale i ta ujdzie.

HK3

Szalejemy dalej i kolejką linową podróżujemy do Wielkiego Buddy przy klasztorze Po Lin. Jedzie się pięknie, ponad zatoką, dżunglą i górami. Na miejscu jest okropnie, skrzyżowanie Częstochowy z centrum handlowym. Pizza, fastfoody, plastikowa wioska i równie plastikowy Budda wielkości Chrystusa ze Świebodzina. Brak duchowości, tylko nerwowe przepychanie się z chińskimi wycieczkami w kolejce powrotne.

Już na koniec odwiedzamy muzeum herbaty i sklep z herbatą w przedziwnym domu towarowym, w którym sprzedają superdrogie gniazda ptasie (do jedzenia, dobre na wszystko). Przyjazna sprzedawczyni przygotowuje dla nas ceremonię picia tego legendarnego dla Chińczyków napoju. Ba, jesteśmy częstowani nawet 40-letnim Pu Erh – dla chętnych krążek starzejącej się herbaty do kupienia po dwa tysiące dolarów. Rozkoszujemy się słomianym smakiem herbaty, popijamy – jak każą podczas ceremonii – trzy łyki. Dla ziemi, dla nieba i dla człowieka. By dobrze myśleć, by dobrze mówić, by dobrze życzyć innym. Przedzieramy potem się znowu przez nerwowy tłum, by wsiąść do supernowocznego pociągu na lotnisko. To właściwie ostatni kawałek podróży, a może początek kolejnej?

Rady praktyczne: Nie jedźcie do Disneylandu, warto za to wybrać się do parku rozrywki Ocean Park. Rollecoaster Hair Riser nalezy zaliczyć w pierwszej kolejności!

Najtańsze i przewidywalne jedzenie można znaleźć w sieciówce Cafe Coral, jest wszędzie. W innych miejscach odwaga zalecana, bo obsługa mówi głównie po chiński i menu też raczej dla nas nieczytelne.

Posłuchaj: świątynia w dżungli

Aby wsłuchać się w Angkor Wat, tajemnicze miasto w kambodżańskiej dżungli, trzeba oderwać się od strumienia wycieczek, rykszarzy, namolnych sprzedawców i skrtć się gdzieś dalej. Znaleźć spokojne miejsce, usiąść na kamieniu (raczej w cieniu) i słuchać. Wtedy znika hałas wycieczek i motocykli, za to słychać muzykę tropikalnego lasu, insekty, ptaki i tajemniczy gwar prawdziwej dżungli. Wnikliwi usłyszą jeszcze opowieści kamiennych posągów i może poznają tajemnice dawnego imperium Khmerów.

Każdy dzień jest szczęśliwy w Makao

Tłoczymy się na promie z jakimś pół tysiącem Chińczyków „z lądu” (mainlanders), jak mówią o nich pogardliwie mieszkańcy Hong Kongu i Makao. Jest gwar okropny, bowiem Chińczycy są istotami społecznymi, grupowymi, w których procesie poznawczym nie ma miejsca na kontemplację i spokój. Mijamy megabloki dzielnic Hong Kongu z obowiązkowymi dziurami w środku (nowe władze dostosowują miasto do zasad Feng Shui i na morze nie mogą się zwracać ściany, inaczej energia chi nie będzie płynąć prawidłowo), port i potem trochę morza, na horyzoncie widać prawdziwe Chiny, a my za godzinkę jesteśmy już na wyspie Makao. Prom przybija do nadbrzeża, Chińczycy lecą do centrów handlowych i kasyn, my zanurzamy się w pogmatwanych uliczkach. Jest schizofrenicznie, bo Makao wygląda trochę jak Portugalia, z żaluzjowymi oknami, starymi kościołami i portugalskimi napisami, ale z drugiej strony wszędzie chińskie kaligrafy, europejczyków jak na lekarstwo, no i wszędzie zapach sfermentowanego rybnego sosu, z którego składa się każda potrawa najliczniejszego narodu Azji.

mak1

Orient zresztą wypiera to co zostało z dawnej imperialnej Portugalii. Najsmutniejszym i najsławniejszym zabytkiem są ruiny katedry św. Pawła, wzniesionej na pięknym wzgórzu z widokiem na morze. Teraz z katedry została tylko frontowa ściana, przed którą robią sobie pamiątkowe zdjęcia tysiące chińskich wycieczek. Ze wzgórza już nie widać morza, zasłaniają je kiczowate gmachy kasyn i blokowiska, znaki czasu. Zadziwiające, zaledwie kilkanaście lat temu Portugalczycy przekazali Makao Chinom, a Europy zostało tutaj tak mało. Gorzej tylko w Hong Kongu, które już Anglików nie pamięta, tak szybko nastąpiło wyparcie starej kultury nową.

mak5

Schodzimy z egzystencjalnych tematów i pora na przekąski: najpierw chrupie  świńskie skórki, które namiętnie kupują wycieczki (nic specjalnego), a potem po-portugalskie słodkie bułeczki z budyniem w środku. Pycha. Nad stoiskiem wisi slogan: Każdy dzień jest szczęśliwy w Makao.

mak2

I pewnie dotyczy to i graczy, którzy z pasją przegrywają swoje troski, i kupujących którzy zapominają się wśród marmurów i szkła. my spacerujemy wolno (znów ta temperatura). Na starym skwerku, na którym pewnie ktoś tańczył fado, teraz młoda para robi sobie zdjęcia ślubne. Panna młoda w różu, pan młody w garniturze. Dalej, wśród zamkniętych kościołów jemy kolejną zupkę Wonton z pierogami,  spacerujemy drogą Świętego Antoniego (ciekawe jak nazwę przetłumaczono na język kantoński) aż nad drugi brzeg wyspy, do świątyni A-Ma, poświęconej bogini rybaków i żeglarzy – Mazu. Drapiemy się po kamiennych schodach, dookoła wiszą spiralne kadzidła, na ołtarzach – jak w Azji – znowu nieznani bogowie i boginie. Zastanawiamy się i pytamy Mazu, czego się nauczyliśmy podczas tej podróży? Współczucia? Zrozumienia? Spokoju wewnętrznego? Bogini Mazu nie odpowiada, a może nie nadąża z odpowiedzią, bo pojawia się kolejna chińska grupa, która dosłownie z wrzaskiem wypycha nas na zewnątrz. Dobrze, zadamy to samo pytanie Mazu następnym razem.

mak7

Chungking Express

Chungking Mansions to właściwie Hongkong w miniaturze. Można zobaczyć, przeży ć noc w tym budynku i wyjechać z tego miasta. Albo można zobaczyć całą metropolię nad ujściem rzeki Shizi i bez noclegu w tym brudnym i zaplutym blokowisku nie zobaczyć nic.

Co to jest Chungking Mansions? To gigantyczny kompleks czterech kilkunastopiętrowych bloków – dawniej mieszkań komunalnych dla rozrastającego się mini-państwa, teraz mieszanina tanich hosteli, podejrzanych spelunek, dziwnych biur i półlegalnych manufaktur. Wszystko to połączone brzydkim centrum handlowym które wychodzi na jedną z bardziej reprezentacyjnych ulic Hongkongu.

Nasz hotel (na pewno hotel?) nazywa się Australia Hotel i jest na szesnastym piętrze. W recepcji niegrzeczny Arab rzuca nam klucze, idziemy do pokoju jeszcze dwa piętra wyżej, po klatce schodowej zakurzonej i tłustej od wyziewów z kuchni. Nasz pokój ma – dokładnie zmierzyłem – ma szerokość dwa metry i tyle samo długości. W pokoju jest łózko, stolik i mini łazienka, w której do woli można albo korzystać z toalety, albo nad tą toaletą brać prysznic.

Pokój ma okno, którego połowę zajmuje stary buczący klimatyzator. Zresztą nie ma za bardzo co oglądać – widać tylko niewielką studnię wewnątrz bloku, z innymi oknami, rurami kanalizacyjnymi i wiszącymi swobodnie kablami elektrycznymi. Nieba nie widać.

hk1

 

Chungking Mansions zmieniają się jak zaczarowany las. Rano stoiska oferują parasolki, płaszcze przeciwdeszczowe, mapy dla turystów i płyty CD. Wieczorem kioski się zamykają, a otwierają sex shopy z dildami, krucyfiksami i kolorowymi czasopismami. Rano hindusi sprzedają repliki zegarków, wieczorem ci sami handlują haszyszem i kokainą. Tylko stoisko z dewocjonaliami jest czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę, oferując statuetki Buddy, Ganeszy i Jezusa razem z chińskami zestawami do czarów i medalikami taoistycznymi. Naganiacze zapraszają do restauracji serwujących wszystkie danie świata; są i nokalne zupki z pierogami wonton, są biriani prosto z Półwyspu Indyjskiego, są afrykańskie jadłodajnie, a w dole japońska cukiernia dla cyber-hipsterów.

Jest tu prawie jak w Wieży Babel. Socjolog mieszkający w tym budynku naliczył 129 przedstawicieli różnych narodowości mieszkających w jednym czasie w tym miejscu. (w tej paszczy smoka – poetycko dodają dziennikarze). Mieszkańcy molochu spotykają się przy windach.  To znaczy czekając na windy, bo małe kabiny nie nadążają z rozwożeniem pasażerów na kilkanaście pięter. Czekamy więc w kolejce, obserwując nudne ekrany pokazujace widok z kamer w windach. Naprzeciwko nas, na małym stoisku Chińczyk pracowicie otwiera pudełka z nokiami i wkłada do nich instrukcje w języku wyglądającym na chorwacki. Ciekawe, ile towarów które mamy w domu przepłynęło przez Hongkong i było pakowane (w oryginalnym opakowaniu) w Chungking Mansions? Obok Arab odbiera telefon od „moja żona 2” i coś jej długo tłumaczy. Czekamy dłużej, bowiem inna rodzina właśnie się wyprowadza z budynku, blokując jedną windę. A ten Amerykanin to zabrał miejsca za trzech – wzdychamy przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. W końcu jesteśmy w środku, mieści się tylko osiem osób, ale zmieściło się jeszcze tajemnicze tekturowe pudło. Pakunek jest odbierany przez Afrykanina na czternastym piętrze, zaglądamy, a tam wielka hala, z porozstawianymi maszynami do szycia i setką Chinek szyjących jakieś dresy. Pewnie markowe adidasy, które za trzy miesiące będą wypakowane z kontenera w Gdyni.

hk4

hk3

Czy jest niebezpiecznie w Chungking Mansions? Tam gdzie my chodzimy nie, bo wszystko kamerowane przez telewizję przemysłową, ale co się dzieje na wszystkich pietrach tej piramidy, ile praw człowieka jest tam łamanych, ile szmuglerów ludzi – narkotyków – broni – kosztowności zbiło tam fortunę? A ile policyjnych obław miało tutaj miejsce? Magazyn The Economist porównał ten gmach do Kantyny Spaceport z Gwiezdnych Wojen, inni nazwali blokowisko postmodernistyczną Casablanką, a reżyser Wong Kar-wai umieścił akcje filmu Chunging Express właśnie tutaj.

hk2

W Chungking Mansions mieszkamy siedem dni, na tyle długo aby znienawidzić to miejsce, aby przyzwyczaić się do przejmującego odoru kuchni, potu i brudnych posadzek. Ale pomaga to nam bardziej zrozumieć to miasto, miasto wyjęte z jakiejś post – apokaliptycznej opowieści. Miejsce w którym nie widać horyzontu ni nieba, a za zachody słońca i gwiazdy robią neony. Nie ma w Hongkongu śpiewu ptaków, ani cykania świerszczy, jest za to szum klimatyzatorów i klaksony samochodów.

Pożegnanie z Krainą Spokoju

Pierwsze godziny upłynęły spokojnie, jedynymi atrakcjami była długa akcja zbierania pieniędzy za bilety i rozdawania pasażerom plastikowych reklamówek. Z mojego doświadczenia, gdy rozdają plastikowe torebki, można się spodziewać niemałych atrakcji. Mijaliśmy głównie dżunglę, gdzieniegdzie poprzetykaną polami ryżowymi i mizernymi wioskami. Szybko się zrobiło ciemno, pozostało tylko słuchanie monotonnego miejscowego karaoke, które kierowca męczył na CD przez ładnych parę godzin.

Dochodziła północ, gdy wjechaliśmy w góry. Autobus zaczął się wspinać po serpentynie. W ruch poszły pierwsze woreczki – to miejscowym, nieprzywykłym do jazdy pojazdami mechanicznymi rozsupłały się żołądki. Nagle coś potwornie zgrzytnęło, widocznie skrzynia biegów. Jechaliśmy dalej, droga dalej pięła się pod górę – raz gładko, raz wyboiście, w zależności jak górski żywioł potraktował dany odcinek szosy. Nagle autobus zmienił bieg przed kolejnymi wertepami, zazgrzytał okrutnie i stanął. Była pierwsza w nocy. Na nieszczęście byliśmy tuż nad skrajem przepaści, na zakręcie, dookoła dżungla, tylko gdzieniegdzie widać domostwa pobliskiej wioski. Z tyłu trąbienie. Niestety, robiąc slalom pomiędzy dziurami i kałużami stanął dokładnie w poprzek drogi, blokując przejazd ciężarówkom. Z tym nie było problemu, w dziesięć minut za pomocą drugiego trucka z naprzeciwka zostaliśmy wyciągnięci z dziury i wyprostowani. Gorzej było ze skrzynią biegów. Kierowca i pomocnik otworzyli klapę, a reszta autobusu zaglądała im z zaangażowaniem przez plecy, świecąc komórkami i latarkami. – Ojj – powiedział kierowca wskazując na jakąś kompletnie urwaną część napędu. – Ojj – powiedział pomagier, łapiąc się za głowę. – Ojj – potwierdzili zgromadzeni pasażerowie. Potem przemówił kierowca, oczywiście po laosiańsku. Nic nie zrozumieliśmy, ale na widok miejscowych wracających ze stoickim spokojem do autobusu, wyciągających koce i kładących się spać zrobiliśmy posłusznie to samo. Było ciemno, ciepło i przytulnie. Zasnęliśmy całkiem szybko, oprócz przemalowanego na ryżo Japończyka, który przyzwyczajony do superszybkich bolidów nie potrafił się dostosować do sytuacji.

Obudziło nas pianie kogutów i ranne szczekanie psów. Obudziliśmy się i my i wylegliśmy z autobusu. Przez parę godzin sytuacja się nie zmieniła, dalej czekaliśmy na pomoc. W pobliskiej wiosce ktoś zaczął gotować makaron na śniadanie, wyległy zaciekawione dzieci. Drogą szła grupa ludzi dźwigających worki z ryżem. Młodzi mężczyźni, kobiety, schyleni w pół pojawiali się z zarośli na górze szosy, szli kawałek drogą po czym znikali w kolejnych zaroślach. Byli tak skupieni na niesieniu ciężaru, że nawet nie zauważyli naszego autobusu z naszymi błahymi problemami.

W końcu przyjechał autobus, przeładował bagaże i zabrał nas w dalszą drogę. Po pięciu minutach okazało się, że zniknęła trójka amerykanów, którzy wybrali się na spacer po okolicy. Zawróciliśmy, dopiero po paru kilometrach znaleźliśmy zdobywców przygód. Nie koniec kłopotów, bo po otrząśnięciu się z szoku dzieci wujka Sama zorientowały się, ze ich plecaki wraz z pieniędzmi i paszportami zostały w poprzednim autobusie, który został w międzyczasie naprawiony tymczasowo i nas minął kilkanaście minut wcześniej. W końcu na postoju w kolejnej małej wiosce z zabłoconym rynkiem amerykanie odzyskali swoje plecaki. Postój był krótki, na śniadanie mieliśmy do wyboru albo dziwne potrawy z żywych węży zapakowane w plastikowe woreczki, płaskie wysuszone kałamarnice, stare pieczone jajka (z pisklakami w środku) albo coś wyglądające na rosół. Dopiero zaczęliśmy jeść, gdy autobus zatrąbił – jedziemy dalej. Sprzedawczyni rosołku nie straciła zimnej krwi, wzięła od nas talerze i wlała je do reklamówek, dając rurkę plastikową i łyżkę na drogę.

lao2

lao3

Pięć minut po ruszeniu z postoju okazało się, że zostawiliśmy ryżego Japończyka, który rozpaczliwie szukał toalety w czasie postoju. Wróciliśmy do wioski. Przerażony podróżnik stał właśnie na środku błotnistego rynku i zastanawiał się, co dalej z sobą zrobić (oczywiście plecak z paszportem i pieniędzmi zostawił w autobusie).

Pojechaliśmy dalej, słońce było już wysoko, robiło się ciepło, tymczasem autobus zaczął zjeżdżać z gór serpentyną z tysiącem zakrętów. No, może dwoma tysiącami. Każdy zakręt miał sto osiemdziesiąt stopni, a my czuliśmy się jak w całkiem efektownej karuzeli. Przestało to nas bawić po dwóch godzinach, gdy większość pasażerów wpatrywała się w plastikowe reklamówki żegnając się ze śniadaniem. My trzymaliśmy się dzielnie (to znaczy na granicy), podczas gdy siedzący obok ryży Japończyk męczył się już od paru godzin.

W końcu wjechaliśmy w niziny, mijając plantacje bananów, trzciny cukrowej i kolejne pola ryżowe. Wysiedliśmy w przygranicznej Huay Xai. Granicą była tutaj rzeka, a przejściem granicznym parę budynków portowych.

lao4

Nie zważaliśmy już na aroganckie Tajlandki, które wydębiły od nas ‚specjalną’ opłatę graniczną, po czym wpakowały do łodzi motorowych, które miały nas przewieźć przez rzekę. Płynęliśmy po raz ostatni podczas tej podróży Mekongiem, rzeką – matką Azji Południowo – Wschodniej jednocześnie się z nią żegnając. Z przodu cywilizacja – murowane zabudowania Tajlandii i widniejący z daleka portret miłościwie panującego króla, za nami poszarpane góry, zamglone wąwozy, drewniane chałupki i spokój. Ojj. Będziemy do tego spokoju tęsknić.

W sumie podróżowaliśmy nie dziewiętnaście, ale dwadzieścia sześć godzin. Brzmi to przerażająco, ale w Laosie naprawdę czas płynie inaczej i zegarek, planowanie i harmonogramy należy porzucić już przy wjeździe do kraju spokoju i relaksu.

Przydatne informacje: Do Laosu najlepiej dostać się przez Chiang Mai – z Bangkoku są nocne pociągi. Potem już pozostaje tylko autobus, ewentualnie autobus łączony z podróżą łodzią do Luang Prabang. Na pewno szybciej jest się dostać samolotem do Luang Prabang, ale bez długich podróży Laos nie jest już Laosem.