Archiwa kategorii: Australia

Australijska dusza

Chciałbym zajrzeć w głąb australijskiej duszy. Zabrzmiało poważnie! Ale nie o psychologii tu będzie mowa. „Co jadłam dzisiaj? Ludzie przemysłu mody nie jedzą” podsłuchuję na lotnisku dziewczynę wyglądającą na modelkę, rozmawiającą z kimś przez komórkę. W kraju mającym poważne problemy z otyłością i podającym wartość energetyczną produktów przed informacją o cenie to stwierdzenie brzmi jak oskarżenie. Aż boję się spojrzeć na kanapkę, którą właśnie jem.

Australijczycy niestety chyba nie odziedziczyli po Anglikach sarkazmu i dystansu do siebie i traktują wszystko na poważnie, wręcz  z jakąś ukrytą agresją. Otwieram lokalną bezpłatną gazetę i czytam kolumnę z esemesami wysłanymi przez czytelników. „Dziś zobaczyłam na peronie pierwszym stacji Muzeum mysz. Już nigdy nie wsiądę do pociągu”. „Czy osoba jadąca pociągiem z Campsie o 7:15 mogłaby nie pierdzieć? To, że się ma słuchawki na uszach i nie słyszy się własnego pierdzenia nie oznacza, że inni tego nie słyszą”. „Do paniusi obcinającej paznokcie w tramwaju wczoraj wieczorem – jesteś obrzydliwa”. „Komunikaty na stacji Bondi Junction są za głośne – jestem chora kiedy muszę słyszeć Dong Dong Dong każdego ranka. Przygotujcie się na odszkodowania z powodu utraty słuchu!”. Zadumuję się nad problemami mieszkańców Sydney i trochę się uśmiecham, bo w Londynie nikt by tak nie narzekał ani na myszy, ani na obcinających paznokcie współpasażerów. Te aspekty życia codziennego traktuje się z sarkazmem, nigdy ze złością. Kolumnę dalej są cytowane śmieszne sentencje zasłyszane na ulicy: „Tragedia – mówi w pubie ojciec – moja córka się spotyka nie tylko z pastuchem, ale na dodatek z nowozelandzkim pastuchem!” „Kim Kardashian ma obrzydliwe stopy, spójrzcie w dół!” „Nie lubię się myć, ale lubię być czysta” mówi dziewczyna w pociągu. Obok zdjęcie wojownika o demokrację w Myanmarze, którego aresztuje policja i trzymając za nogi, przypadkowo ściąga mu spodnie. „Trzeba prać bieliznę codziennie, nie wiesz kiedy przytrafi się publiczny występ twoim majtkom”. Tak, Australijczycy kochają żarty proste i głupie do tego stopnia, że na lotnisku przed kontrolą bezpieczeństwa, podróżni są przestrzegani „Prosimy nie żartować o ukrytych w bagażu bombach podczas kontroli granicznej. Możecie się dostać do aresztu”.  A ja się tak zastanawiam poprzez pryzmat naszego polskiego marazmu i sentymentalizmu, razem z obserwowanym często w Anglii sarkazmem: może to nie Australia jest zbytnio dowcipkująca, ale Polacy za smutni, a Anglicy zbyt złośliwi?

Reklamy

Skały Sydney

Dzielnica The Rocks (Skały) wyglądaja na pierwszy rzut oka jak zwykła, porządnie utrzymana dzielnica portowa; więcej tutaj luksusowych restauracji i sklepów z pamiątkami niż zabytków. Ale to najstarsza dzielnica stolicy Australii i kluczowy zabytek tego stosunkowo młodego miasta. Tutaj przypływali przymusowi i dobrowolni kolonizatorzy, tutaj Anglicy nabijali karabiny, by walczyć z aborygenami. Skały spłynęły krwią podobnie jak we wszystkich kolonizowanych krajach Ameryki i Azji. Ale Sydney to opowieść wyjątkowo tragiczna i krwawa. Tutaj Imperium Brytyjskie wysiedliło 87 tysięcy więźniów, pozbywając się problemu w kraju macierzystym i zapewniając niewolniczą siłę roboczą pracującą na bogactwo Londynu. Skazani byli traktowani jak zwierzęta i trzymani jako niewolnicy. Z nimi przypłynęło 200 tysięcy Anglików liczących na łatwy zarobek i świetlaną przyszłość. Potem przybyły inne nacje: Chińczcy, Włosi, Portugalczycy. Z tego konglomeratu łez i potu zrodziła się współczesna Australia: bogata, niezależna i dumna. Spacerując po odnowionym wybrzeżu The Rocks zastanawiam się, ile w ludziach zostało tej historii. Obecnie aborygeni – dawnej tępieni –  sprzedają swoją sztukę za grube dolary. Ich kosmologię zwaną Śnieniem rozsławiają anglojęzyczne książki. Tymczasem w Sydney rodzimi mieszkańcy ubrani jedynie w przepaski i pomalowani na barwy wojenne grają na digeridoo na bulwarze The Rocks syntetyczny pop i ustawiają się do zdjęć z turystami co dopiero przypłynęli wycieczkowcem Duch Karnawału (Carnival Spirit). Trudno znaleźć tutaj historię, patos, brak miejsca na refleksję. Ale może na tym polega urok Australii?

Alturysta_austrRocks Alturysta_austrRocks2 Alturysta_austrRocks3

Most w Sydney

Jest wieczór, siedzimy nad brzegiem Portu Sydney – ogromnego akwenu wcinającego się w głąb kontynentu na dobre kilkanaście kilometrów. Za nami świeci się nieczynny już Lunapark, z diabelskim kołem i kolorowym pałacem bajek.Przed nami widać żagle Opery w Sydney, charakterystyczne, aczkolwiek z daleka nie aż tak imponujące, jak się prezentują na pocztówkach. Bardziej zachwyca wielki Harbour Bridge, wielki żelazny most z gigantycznym łukiem. Widzieliśmy ten most wielokrotnie w telewizji, ale na żywo jest ogromny i – muszę przyznać – kiczowaty. Tymczasem pod mostem ruch. Sydnejczycy wyprowadzają psy, biegają czy siedzą parami ciesząc się widokiem downtown. Paręnaście osób rozłożyło maty do yogi i ćwiczy swoje wygibasy. Ponoć Australia dogania Stany Zjednoczone w procencie otyłych obywateli, ale nie widać tego w ambitnym Sydney. Tutaj ciągle ćwiczą, biegają, pocą się i liczą kalorie, jak w Londynie.

Bo Sydney jest właściwie Londynem południowej półkuli – miasto to młode, ambitne, nerwowe i pretensjonalne. Widać to w godzinach szczytu, kiedy perony stacji kolejowych robią się tłoczne, a mieszkańcy podróżują ściśnięci jak sardynki ze smętnymi i ponurymi minami. Podobna w Sydney mieszanka kulturowa jak w stolicy nad Tamizą; ponad połowa mieszkańców to imigranci, w lokalnym sklepiku gazety chińskie, japońskie, portugalskie, włoskie i hiszpańskie. Ale są różnice. Sydney brakuje dwóch rzeczy, które ma Londyn; historii i dystansu do siebie i świata. Ale o tym niebawem.

austr1