Archiwa kategorii: Australia i Oceania

Zobacz: rozdroża

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo1_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo2_1280 tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo3_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo4_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo5_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo6_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo7_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo8_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo9_1280

Rozdroża:

1. Wyspa Wight (Anglia)

2.Edynburg (Szkocja)

3. Porto (Portugalia)

4. Sighisoara (Rumunia)

5. Malmo (Szwecja)

6. La Paz (Boliwia)

7. Auckland (Nowa Zelandia)

8. Kuala Lumpur (Malezja)

9. Gijokastra (Albania)

Reklamy

Australijska dusza

Chciałbym zajrzeć w głąb australijskiej duszy. Zabrzmiało poważnie! Ale nie o psychologii tu będzie mowa. „Co jadłam dzisiaj? Ludzie przemysłu mody nie jedzą” podsłuchuję na lotnisku dziewczynę wyglądającą na modelkę, rozmawiającą z kimś przez komórkę. W kraju mającym poważne problemy z otyłością i podającym wartość energetyczną produktów przed informacją o cenie to stwierdzenie brzmi jak oskarżenie. Aż boję się spojrzeć na kanapkę, którą właśnie jem.

Australijczycy niestety chyba nie odziedziczyli po Anglikach sarkazmu i dystansu do siebie i traktują wszystko na poważnie, wręcz  z jakąś ukrytą agresją. Otwieram lokalną bezpłatną gazetę i czytam kolumnę z esemesami wysłanymi przez czytelników. „Dziś zobaczyłam na peronie pierwszym stacji Muzeum mysz. Już nigdy nie wsiądę do pociągu”. „Czy osoba jadąca pociągiem z Campsie o 7:15 mogłaby nie pierdzieć? To, że się ma słuchawki na uszach i nie słyszy się własnego pierdzenia nie oznacza, że inni tego nie słyszą”. „Do paniusi obcinającej paznokcie w tramwaju wczoraj wieczorem – jesteś obrzydliwa”. „Komunikaty na stacji Bondi Junction są za głośne – jestem chora kiedy muszę słyszeć Dong Dong Dong każdego ranka. Przygotujcie się na odszkodowania z powodu utraty słuchu!”. Zadumuję się nad problemami mieszkańców Sydney i trochę się uśmiecham, bo w Londynie nikt by tak nie narzekał ani na myszy, ani na obcinających paznokcie współpasażerów. Te aspekty życia codziennego traktuje się z sarkazmem, nigdy ze złością. Kolumnę dalej są cytowane śmieszne sentencje zasłyszane na ulicy: „Tragedia – mówi w pubie ojciec – moja córka się spotyka nie tylko z pastuchem, ale na dodatek z nowozelandzkim pastuchem!” „Kim Kardashian ma obrzydliwe stopy, spójrzcie w dół!” „Nie lubię się myć, ale lubię być czysta” mówi dziewczyna w pociągu. Obok zdjęcie wojownika o demokrację w Myanmarze, którego aresztuje policja i trzymając za nogi, przypadkowo ściąga mu spodnie. „Trzeba prać bieliznę codziennie, nie wiesz kiedy przytrafi się publiczny występ twoim majtkom”. Tak, Australijczycy kochają żarty proste i głupie do tego stopnia, że na lotnisku przed kontrolą bezpieczeństwa, podróżni są przestrzegani „Prosimy nie żartować o ukrytych w bagażu bombach podczas kontroli granicznej. Możecie się dostać do aresztu”.  A ja się tak zastanawiam poprzez pryzmat naszego polskiego marazmu i sentymentalizmu, razem z obserwowanym często w Anglii sarkazmem: może to nie Australia jest zbytnio dowcipkująca, ale Polacy za smutni, a Anglicy zbyt złośliwi?

Skały Sydney

Dzielnica The Rocks (Skały) wyglądaja na pierwszy rzut oka jak zwykła, porządnie utrzymana dzielnica portowa; więcej tutaj luksusowych restauracji i sklepów z pamiątkami niż zabytków. Ale to najstarsza dzielnica stolicy Australii i kluczowy zabytek tego stosunkowo młodego miasta. Tutaj przypływali przymusowi i dobrowolni kolonizatorzy, tutaj Anglicy nabijali karabiny, by walczyć z aborygenami. Skały spłynęły krwią podobnie jak we wszystkich kolonizowanych krajach Ameryki i Azji. Ale Sydney to opowieść wyjątkowo tragiczna i krwawa. Tutaj Imperium Brytyjskie wysiedliło 87 tysięcy więźniów, pozbywając się problemu w kraju macierzystym i zapewniając niewolniczą siłę roboczą pracującą na bogactwo Londynu. Skazani byli traktowani jak zwierzęta i trzymani jako niewolnicy. Z nimi przypłynęło 200 tysięcy Anglików liczących na łatwy zarobek i świetlaną przyszłość. Potem przybyły inne nacje: Chińczcy, Włosi, Portugalczycy. Z tego konglomeratu łez i potu zrodziła się współczesna Australia: bogata, niezależna i dumna. Spacerując po odnowionym wybrzeżu The Rocks zastanawiam się, ile w ludziach zostało tej historii. Obecnie aborygeni – dawnej tępieni –  sprzedają swoją sztukę za grube dolary. Ich kosmologię zwaną Śnieniem rozsławiają anglojęzyczne książki. Tymczasem w Sydney rodzimi mieszkańcy ubrani jedynie w przepaski i pomalowani na barwy wojenne grają na digeridoo na bulwarze The Rocks syntetyczny pop i ustawiają się do zdjęć z turystami co dopiero przypłynęli wycieczkowcem Duch Karnawału (Carnival Spirit). Trudno znaleźć tutaj historię, patos, brak miejsca na refleksję. Ale może na tym polega urok Australii?

Alturysta_austrRocks Alturysta_austrRocks2 Alturysta_austrRocks3

Most w Sydney

Jest wieczór, siedzimy nad brzegiem Portu Sydney – ogromnego akwenu wcinającego się w głąb kontynentu na dobre kilkanaście kilometrów. Za nami świeci się nieczynny już Lunapark, z diabelskim kołem i kolorowym pałacem bajek.Przed nami widać żagle Opery w Sydney, charakterystyczne, aczkolwiek z daleka nie aż tak imponujące, jak się prezentują na pocztówkach. Bardziej zachwyca wielki Harbour Bridge, wielki żelazny most z gigantycznym łukiem. Widzieliśmy ten most wielokrotnie w telewizji, ale na żywo jest ogromny i – muszę przyznać – kiczowaty. Tymczasem pod mostem ruch. Sydnejczycy wyprowadzają psy, biegają czy siedzą parami ciesząc się widokiem downtown. Paręnaście osób rozłożyło maty do yogi i ćwiczy swoje wygibasy. Ponoć Australia dogania Stany Zjednoczone w procencie otyłych obywateli, ale nie widać tego w ambitnym Sydney. Tutaj ciągle ćwiczą, biegają, pocą się i liczą kalorie, jak w Londynie.

Bo Sydney jest właściwie Londynem południowej półkuli – miasto to młode, ambitne, nerwowe i pretensjonalne. Widać to w godzinach szczytu, kiedy perony stacji kolejowych robią się tłoczne, a mieszkańcy podróżują ściśnięci jak sardynki ze smętnymi i ponurymi minami. Podobna w Sydney mieszanka kulturowa jak w stolicy nad Tamizą; ponad połowa mieszkańców to imigranci, w lokalnym sklepiku gazety chińskie, japońskie, portugalskie, włoskie i hiszpańskie. Ale są różnice. Sydney brakuje dwóch rzeczy, które ma Londyn; historii i dystansu do siebie i świata. Ale o tym niebawem.

austr1

Nie znalazłem puenty w Auckand

No i się stało. Rozpadało się na dobre; w końcu do Nowej Zelandii przyszła jesień, w końcu mamy już maj. Nasz hostel, podobnie jak inne hobbickie domy wydaje się być zrobiony z tektury i sklejki, dlatego z każdym uderzeniem sztormu ściany drżą jakby cała posiadłość miała się za chwilę złożyć jak domek z kart. Szkoda, bo poprzez ulewę przepada nam dzień zwiedzania zatoki pod żaglami. Ale cóż, jedną z umiejętności, jakiej się nauczyliśmy się w czasie podróży to pewien stoicyzm i pokora wobec zmiennej pogody i innych niesprzyjających okoliczności. Co będzie to będzie, co jest to jest. Wracamy więc z pewnym smutkiem do Auckland, centralnej wsi Nowej Zelandii.  Pewnie mieszkańcy nowozelandzkiej metropolii się oburzą, ale Auckland mimo prawie dwu milionowej populacji prezentuje się spokojnie i sielankowo. Nie ma tutaj pośpiechu znanego w innych stolicach. Sprzedawcy w sklepikach są dalej uprzejmi i mają czas pogaworzyć z klientami, brakuje nerwowości i bieganiny typowej dla innych wielkich stolic. Nawet garniturowcy podążający po południu z biur na prom, do swoich posiadłości z widokiem na ocean są pogodniejsi. Może to ogólny dobrobyt, może stosunkowo łagodna pogoda, a może poczucie, że jest się na końcu świata? Nie wiem. W każdym razie nas także ogarnęło lenistwo. Jeden dzień spędzamy na obserwowaniu święta Anzac – wspólnej australijsko-nowozelandzkiej tradycji wspominania kombatantów poległych w przeróżnych wojnach.

Alturysta_NZ3b

W miejscowym muzeum nie ma tłumów; maoryska orkiestra gra coś w rodzaju salsy, pod monumentem składają wieńce. Zainteresowanie małe, więcej jest rodzin korzystających z bezpłatnego wstępu do muzeum. Drugi dzień siedzimy w naszej kwaterze, oglądając port przez ścianę deszczu. Już maj, nadchodzi jesień. W windzie administracja wywiesiła przestrogi na czas zimy: „pamiętaj, by przywiązać meble na balkonach, gdyż wiatry będą srogie”. Po południu się przejaśnia i robimy mały spacerek po centrum. Jestem nerwowy, bo nadal szukam puenty do tekstu i ddo Nowej Zelandii. Bez puenty dwa tygodnie pozostaną tylko barwną pocztówką. Tymczasem w mieście spokojnie, prawie sielankowo. W lokalnej ubikacji ktoś napisał na ścianie „Frodo byłby ze mnie dumny”. W lokalnym sklepie znajduję tabliczkę z sentencją „bądź zawsze tak szczęśliwy jak mewa, która znalazła frytkę”. Czas szybko mija, robi się ciemno, spacerujemy wśród wypielęgnowanych uliczek; dookoła nowoczesne biurowce są pomieszane ze starymi pokolonialnymi kamienicami, czyniąc miasto jeszcze bardziej nierealistycznym. Cóż, puenty nie znajdujemy, pora się pakować i zachować wspomnienie wysp zielonych, widowiskowo malowniczych i spokojnych zarazem. Pamięć o nowozelandzkim wietrze przyda się z powrotem w zaganianej i zestresowanej Europie.

Rotorua, czyli Hobbiton właściwy

„Niby było ciekawie, ale nie za bardzo; był tylko jeden hobbit, no i można było wejść tylko do jednej norki hobbita, pozostałe to tylko atrapy.” – taką opinię   usłyszałem od jednego podróżnika po obejrzeniu Hobbitonu – planu filmowego z wioski małych mistycznych stworzonek z włochatymi stopami. Wioska hobbitów kosztowała aż 75 dolarów, co w Nowej Zelandii jest wydatkiem średniej wielkości; czymś cztery razy tańszym niż skok na bungee i sześć razy droższym niż wizyta w lokalnym muzeum. A cała okolica Bay of Plenty wygląda rzeczywiście bajkowo. Małe i strome, porośnięte trawą wzgórza wyglądają jak z dziecięcego obrazka, do tego dodajmy skały, maoryskie rzeźby czasami i oczywiście pióropousze pary – rejon w okolicy Rotorua to jeden wielki gejzer; gorące źródła, siarkowe wyziewy i błotniste gorące jeziora są na porządku dziennym. Gdy dodamy niezwykłą wybujałą roślinnosć – lasy z ogromnymi paprociami, fikusy wielkie niczym dęby i juki panoszące się niczym przydrożne topole, krainę hobbitów i innych mitycznych stworów wyobrazimy sobie bardzo łatwo. Niestety (albo na szczęście) – zamiast trolli, orków i innych potworów nas straszą kolejne reklamy niezliczonych atrakcji, które „trzeba zobaczyć”. Nowozelandczycy lubią zabawę i tylko zabawę, dlatego gość przyjeżdżający na wyspy musi być nastawiony na zabawę. Skakanie z samolotu, turlanie się z góry w wielkiej plastikowej kuli, szybkie łodzie, paintball, dla szukających czegoś dla duszy jest karmienie ptaka kiwi czy maoryskie tańce. Jest oczywiście piwo, dobre wino i łatwe fast-foodowe jedzenie. Można powiedzieć, że brakuje tylko czarodzieja Gandalfa z fajerwerkami, a mielibyśmy pełen Hobbiton: krainę zabaw i uciech lekkich, łatwych i płytkich.  Dla nas jednak Rotorua pozostanie w pamięci miejscem niesamowitych gejzerów, błotnych wulkanów i jezior z wrzącą, siarkową wodą.

Alturysta_NZ2c Alturysta_NZ2b Alturysta_NZ2a

Witajcie w Hobbitonie!

Nowa Zelandia to kraina hobbitów. Takie jest pierwsze skojarzenie i z taką myślą wkraczamy do krainy ptaków kiwi, owoców kiwi i ludzi z dziwnym angielskim akcentem, którzy uwielbiają się nazywać „kiwi”. I naprawdę uważam, że ten kraj na końcu świata został opanowany przez hobbitów! Zaczęło się od lotniska, gdzie podróżny spaceruje wśród slajdów paproci i wodospadów, a z głośników sączą się odgłosy natury – niecodzienne wrażenie jak na zwykle bezduszne i obskurne lotniska. Potem jest coraz bardziej hobbicko. Od mieszkańców, sympatycznych i chętnych do rozmowy i pomocy (niczym w Shire z powieści Tolkiena) poprzez hobbicki zwyczaj chodzenia boso, nawet na zakupy do supermarketu, aż po krajobrazy wzięte żywcem w trylogii „Władca Pierścieni”. Hobbitów Nowa Zelandia uczepiła się mocno i z filmów Petera Jacksona tworzy swoją historię i mitologię (mimo iż Tolkien w Nowej Zelandii nigdy nie był a sama opowieść o hobbitach dotyczy raczej okołowojennych nastrojów w Anglii). Zresztą nie ma się co dziwić; historia archipelagu na końcu świata jest krótka i nie ma się czym za bardzo chwalić: kolonizacja i podbój, potem wątpliwy traktat z Waitangi, w którym Maorysi zgadzali się na „opiekę” Imperium Brytyjskiego w zamian za obronę interesów, anglicyzacja a potem lata zadośćuczynień i odkrywania na nowo maoryskiej kultury. O ironio, obecnie to Maorysi wysiadują w Pizza Hut i McDonaldsie, a europejczycy poznają kulturę dawnej Nowej Zelandii na obowiązkowych „pokazach kultury Maori”. Odkładając politykę i historię na bok, pora wrócić do Władcy Pierścieni. Tak będziemy poznawać Północną Wyspę Nowej Zelandii.
Bramy Mordoru.
Mordorem został ochrzczony wulkan Ruapehu leżący w centralnej części Nowej Zelandii. Cała wyspa praktycznie składa się z wulkanów i po-wulkanicznych krajobrazów, ale Ruapehu jest najbardziej spektakularny i najczęściej odwiedzany. Tutaj kręcili wejście Froda do Mordoru; mrocznej, ponurej krainy zła. Najpierw płacimy po 40 dolarów za rozklekotany autobus, który nas wiezie do podnóża wulkanu. „Witamy na Piccadily Circus, najbardziej zaludnionym placu w Nowej Zelandii” żartuje kierowca, wysadzając nas na początku szlaku. Rzeczywiście, dzisiaj sobota, ale ponoć koniec sezonu; mimo to turyści chcący zobaczyć Mordor potykają się o siebie i wpadają niczym orkowie na odpuście. Ruszamy wszyscy o tej samej porze, dlatego przeróżne grupy się wymijają, wyprzedzają i omijają. Jest tak tłocznie jak na Krupówkach w sierpniu. Dobrze, zaciskamy zęby i brniemy dalej. Cierpliwość jest nagrodzona; ukazuje się piękny, idealny w kształcie i pociągający w kolorach wulkan Ruapehu, a w tle widać drugi, poszarpany stożek wulkanu Tongariro .

Alturysta_NZ1a

Niecałe 30 lat temu Ruapehu eksplodował, zalewając okolicę potokami lawy i zasypując pyłem. Teraz spacerujemy po ścieżkach wykutych w tych właśnie potokach lawy, ale też i czytamy o ostrzeżeniach o „możliwych” erupcjach. Matka Ziemia zmienną jest i nie wiadomo, gdzie da swój kolejny pokaz siły; na wyspie Jawie, w Nowej Zelandii czy na Filipinach. Po drodze zrywa się wichura. Przygniatani do skał docieramy na przełęcz nad pięknymi szmaragdowymi jeziorami. Tu się kończy dawny szlak w poprzek Tongariro, bo jest „niebezpieczeństwo latających odłamków skalnych”. Nowozelandzkie zasady BHP każą nam zawrócić, wracamy więc zobaczywszy bezpiecznie bramy Mordoru. Największą przyjemność daje nam kilkunastominutowy odpoczynek nad brzegiem żółtawego powulkanicznego jeziorka; jeziorko mizerne, wyschłe, z paroma kaczkomewami żerującymi w błotach, nas jednak oczarowuje po raz kolejny wulkan Ruapehu, wznoszący się ponad nami. Linia góry jest niemal idealnie stożkowa, jakby namalowana przez dziecko. Na szczycie wulkanu różnokolorowe wykwity – pamiątki z poprzednich erupcji. Niektórzy uparci turyści dotarli na sam szczyt stromym szlakiem. Nie ma tam krateru; jedynie pokaźny dół z kamieniami wskazuje miejsce, gdzie czasami Matka Ziemia upuszcza swoją złość. Może przez to Ruapehu jest jeszcze bardziej przerażający.

Alturysta_NZ1b
Wracamy myślami do Władcy Pierścieni. Dla bohaterów pop-epopei droga do Mordoru była przejściem, transformacją, czymś co zmieniało historię legendarnego Śródziemia. U nas jest bardziej prozaicznie. My po prostu tłoczymy się w tłumie Nowozelandczyków, Japonczyków, Kanadyjczyków i Niemców, klikamy zdjęcia aparatem starając się bardzo, aby żaden niepożądany turysta nie wszedł nam w kadr. Nie ma tutaj samotności Froda, desperacji Gandalfa czy schizofrenii Goluma. Ale może na tym polega nasza al-turystyczna tragedia? Że im bardziej chcemy doświadczyć świata indywidualnie i jednostkowo, tym bardziej świat nam pokazuje, że jesteśmy tylko kolejną kopią kolejnych homo sapiens idących utartym szlakiem. Ziemia jest za mała, wszystko już odkryte, nie ma miejsca dla kolejnego Kolumba.

Alturysta_NZ1c