Archiwa kategorii: Peru

Zobacz: Iquitos – miasto w środku dżungli

Iquitos jest prawdziwą amazońską metropolią i punktem przesiadkowym dla mieszkańców dżungli. Stąd można dostać się rzeką i do Ekwadoru, do Kolumbii, no i do Brazylii. Mimo to czuć, że jest się w środku niczego, gdyż Iquitos jest cywilizacyjną wyspą otoczoną mokradłami i rzekami. Trochę czasu potrzeba było aby się przyzwyczaić do wszechobecnego upału i nieziemskiej wilgotności. Przeczekaliśmy półgodzinne ‚urwanie chmury’ – które zresztą nie zmieniły temperatury na dworze, tylko wilgotność wzrosła jeszcze bardziej – i ruszyliśmy na podbój miasta. Nie trzeba ruszać się daleko, by zanotować wszechobecny hałas – większość pojazdów w tej półmilionowej metropolii to motocykle, motoryksze i autobusy pamiętające drugą wojnę światową. I jak wszędzie w Peru, policja gwiżdżąca nieustannnie, konduktorzy wykrzykujący nazwy przystanków i sprzedawcy zachwalający swoje towary. Mieliśmy wrażenie że w wynku tego wszechobecnego hałasu populacja Iquitos jest przygłucha; nawet w miejscowym kościele msza była odprawiana przy dosłownym ryku  gitarowej muzyki.
Popryskaliśmy się środkiem odstraszającym komary i przespacerowaliśmy się bulwarem wzdłuż rzeki. Tutaj najwięcej pięknych budynków z czasów boomu kauczuku. Rezydencje kolonizatorów, dawnych dygnitarzy i przedsiębiorców są pokryte ceramicznymi płytkami zwanymi Azulejos, podobnymi do tych spotykanych w Portugalii. Stuletnie fasady są teraz powoli odnawiane, jednak dla wielu lokalnych plemion Iquitos to symbol ponurych czasów kolonizacji, wysiedleń i mordów. To wtedy w Stanach Zjednoczonych i Europie biali ludzie zachwycali się cudem wynalazku automobilu, nie wiedząc nawet że kauczuk wykorzystywany do produkcji opon ma krwawą historię właśnie między innymi w Iquitos. Biali przyjeżdżali łodziami, zastraszali lokalne plemiona, biorąc je w niewolę. Opornych zabijano, kobiety gwałcono, dzieci sprzedawano dalej. Szacuje się, że w wyniku boomu kauczukowego życie straciło ponad 30 tysięcy mieszkańców basenu Amazonki. Niektórzy Indianie byli ujmowani w niewolę i wywożeni do Europy jako żywe eksponaty, do cyrków czy do wesołych miasteczek.
Później wynaleziono sztuczny kauczuk i nieludzka eksploracja Iquitos się skończyła. Indianom jednak nikt nie powiedział „przepraszam”, nikt nie zrekopensował szkód i strat. Jak podała lokalna gazeta – „The Iquitos Times” – te same koncerny, które zrobiły fortunę na wydobyciu kauczuku obecnie eksplorują bogactwa naturalne w Afryce i Indiach. Historia się niestety powtarza, pieniądze płyną strumieniem do Londynu i Nowego Jorku, podczas gdy miliardy żyją w nędzy.

Alturysta_DSCN0166 Alturysta_DSCN0171 Alturysta_DSCN0225Alturysta_DSCN0803 Alturysta_DSCN0598

 

Reklamy

Zobacz: meandry Ukayali

Trzy dni zabrała nam podróż z Pucallpy do Iquitos. W linii prostej było to 530 kilometrów, ale drogą wodną przemierzyliśmy aż 990 kilometrów. Początkowo panował brzydki, portowo – przemysłowy krajobraz Pucallpy, by bardzo szybko przekształcić się w mokradła, ciągnące się kilometrami. Trawy, małe krzaki i drzewa. Czasami pomiędzy nimi wyrastała wioseczka z chatkami z trzciny, czasami z kościołem pośrodku. Po kilkunastu godzinach roślinność na brzegu zaczęła gęstnieć i przekształciła się w prawdziwą dżunglę, ciemną, nieprzeniknioną, z wysokimi drzewami czasami wyrastającymi wśród gęstwin. Nie, nie widzieliśmy ani aligatorów, ani piranii; tylko czaple i żurawie żerujące na brzegu, i orły, albo sokoły szybujące wysoko nad drzewami.

Alturysta_DSCN9869 Alturysta_DSCN9912 Alturysta_DSCN0087 Alturysta_DSCN0073

Dla małych wiosek położonych na brzegach Ukayali przypłynięcie statku to wielkie wydarzenie.

Alturysta_DSCN0066

W pobliżu miejscowości Requena; tutaj czysty dopływ wpływa do zamulonej Ukayali.

Alturysta_DSCN0062

Alturysta_DSCN9930

 

Alturysta_DSCN0110

Droga do Iquitos

Najdłuższa i najpotężniejsza rzeka świata – Amazonka zazdrośnie chroni swoich skarbów. Po siedemnastu godzinach jazdy autobusem przemierzamy drogę Lima – Pucallpa bez większych przygód. Przez pewien czas mieliśmy w autobusie partyzanta z karabinem, który dobrowolnie (za „co łaska”) służył za ochroniarza przez ponoć najbardziej bandycki odcinek. Coż, to ponoć dziki zachód i nawet partyzant z kałachem nie dziwi. W paru miejscach asfaltowa droga znikała, zerwana przez powódź i cały autobus z zapartym tchem patrzył jak kierowca balansuje na gruntowej drodze wiszącej nad skrajem przepaści. Pucallpa była gorąca i głośna; w mieście nie było prawie wcale samochodów, dominowały za to motocykle i motorowe ryksze, które generowały hałas nieziemski.
W porcie na rzece Ukayali czekał na nas statek Henry I, który – według zapewnień bosmana – miał odpływać do Iquitos już za dwie godziny.

Alturysta_DSCN9798

Pośpieszyliśmy się zatem i w półtora godziny po zakupach, gotowi do podróży byliśmy zakwaterowani na pokładzie, podekscytowani czekającą nas podróżą. Po dwudziestu siedmiu godzinach czekania na rozpoczęcie rejsu byliśmy już trochę mniej rozemocjonowani.

Pokład pasażerski się zapełnił szybko, hamaki do spania rozwieszone, bagaże rozstawione, natomiast trzy pozostałe pokłady wypełniały się różnorodnymi towarami; od trzech samochodów z mrożonkami, poprzez styropian, proszek do prania, banany, parę lodówek, oraz całe palety plastikowych wieszaków na ubrania. Prawie jak w „Lokomotywie” Tuwima.

Alturysta_DSCN9890

Iquitos, prawie półmilionowa aglomeracja w środku amazońskiej dżungli nie jest połączona ze światem żadną drogą. Wszystkie towary trafiają albo rzeką Ukayali z Pucallpy, albo są transportowane samolotami.
Tymczasem na wybrzeżu zmiana, tragarze skończyli swoją mrówczą pracę i zaczęli ustawiać się w kolejce po zapłatę, a Henry I z całym dobytkiem ruszył w drogę. Nam pozostało tylko czekanie. Można było obserwować zmieniający się krajobraz; od brudnego przemysłu Pucallpy po dzikie rozlewiska, nad którymi krążyły sępy, aż po gęstą dżunglę pod koniec. Mijaliśmy miasteczka, a także małe wioski, przy których statek się nie zatrzymywał, tylko mała łódka z motorkiem dowoziła i odwoziła pasażerów. I tak przez następne 3 doby toczyliśmy się po wodach Ukayali, a potem i Amazonki. Krajobraz za oknem był jednak tylko tłem do wydarzeń na statku. A tutaj rozgrywały się historie codzienne i niecodzienne. Obok nas studenci wracali po semestrze w Limie na wakacje do domu. Obok miała swoje królestwo pani Balwina z wnuczkiem, otoczona dziewięcioma ogromnymi torbami (zapewnie towary na handel). Specjalną troską pani Balwiny były 2 kilogramy marchewki i cebuli, magazynowane w specjalnej misce i dwa razy dziennie przeglądane, gnijące części wycinane, a cała reszta wywracana po raz setny i suszona.

Alturysta_DSCN0061

Kawałek dalej biednie wyglądające starsze małżeństwo  wiozło do Iquitos obrusy i haftowane chusty; po drodze haftując kolejne arcydzieła. Spotkaliśmy ich potem w Iquitos na deptaku, kiedy kluczyli próbując się schować przed policją czatującą na nielegalnych handlarzy. My najbardziej zakolegowaliśmy się z Argentynką, pięćdziesięciolatką po rozwodzie, od kilku miesięcy podróżującą po Ameryce, i z kolumbijskim studentem wracającym przez Iquitos na wakacje do rodziców w amazońskiej Letucii. Groźnie i tajemniczo prezentował się pan spędzający cały dzień w hamaku i czytający książkę „Diabeł mieszka w Watykanie”, wieczorem oglądający na komputerze przemówienia jakiś nawiedzonych egzorcystów.
Dni na statku były podobne do siebie i podporządkowane statkowemu rozkładowi. Wczesna pobudka, prawie ‚z kurami’, śniadanie składające się z bułek z mięsem albo serem i dziwną rzadką owsianką. Około 10tej obserwowaliśmy skubanie dopiero co zarżniętych kurczaków, które dwie godziny później były nam podawane, razem z ryżem i bananem (specjalny gatunek przypominający po ugotowaniu w smaku ziemniak).

Alturysta_DSCN9880

Potem czas toalety; woda w prysznicu była wodą z rzeki; ciepłą ale podejrzanie mulistą i żółtą. Po pierwszym razie dało się i do tego przywyknąć. A potem spacery, dyskusje (głównie w języku migowym) z współtowarzyszami podróży i obserwowanie wolno przesuwającego się krajobrazu.
Żegnaliśmy się po 3 dniach prawie jakbyśmy razem płynęli pół roku; uściskom i serdecznościowm nie było końca. Tymczasem pojawiły sie pierwsze zabudowania Iquitos, hamaki zostały złożone, bagaże pozbierane i przeliczone, dopłynęliśmy do Iquitos, w serce Amazonki.

Zobacz: trzy wycieczki w Andy

Oto zdjęcia z trzech wycieczek na które warto się wybrać z Huaraz. Oczywiście, dla niektórych to może być dopiero rozgrzewka, dla innych szczyt możliwości. Przed każdą wyprawą warto zasięgnąć rady dotyczącej warunków pogodowych i bezpieczeństwa szlaku. Po przyjeździe warto też spędzić jeden dzień odpoczywając, aby przystosować się do niezwyczajnej wysokości. Huaraz leży ponad 3000 metrów powyżej poziomu morza!

Rozgrzewka – ruiny świątyni Willkawain (3280 m.npm.) – dosyć lekka wycieczka głównie wzdłuż wiosek i terenów uprawnych. Świątynia Inków nie poraża rozmiarem czy pięknem, ale jej otoczenie – warte zobaczenia.

Alturysta_DSCN9391 Alturysta_DSCN9413 Alturysta_DSCN9432

Większa rozgrzewka – Jezioro Wilcacocha (3760 m.npm). Wyprawa trochę bardziej męcząca, tym razem w masyw Cordillera Negra.Droga do jeziora nie jest oznaczona, ale miejscowi chętnie służą radą, także w języku migowym.

Alturysta_DSCN9565 Alturysta_DSCN9554 Alturysta_DSCN9507 Alturysta_DSCN9432Jezioro 69 – szlak zaczyna się na wysokości około 4100 m.npm, przy malowniczym jeziorze Llanganuco. Trasa dla najbardziej odpornych i upartych. Z całego naszego busiku pełnego Niemców, Francuzów i Kanadajczykach w goretexach i cordurach za tysiące euro tylko dwoje Polaków (my!), brazylijska para w tenisówkach i jedna Francuzka w czółenkach zdobyli ostatnie jezioro na wysokości ponad 4600 m.npm.

Alturysta_DSCN9585 Alturysta_DSCN9595 Alturysta_DSCN9640 Alturysta_DSCN9682 Alturysta_DSCN9691

Ulewa w Huaraz

Luzuriaga, główna ulica Huaraz, była zatłoczona i zakorkowana jak każdego popołudnia. Każdy miał coś do załatwienia, kupienia, przehandlowania. Wieśniaczki przyjechały z gór i dumnie paradowały w dziwacznych kapelusikach i szerokich spódnicach. Wszystkie witryny były otwarte; tutaj notariusze wypisywali listy urzędowe na maszynach do pisania, tutaj pani zaczęła dzielić świeżo upieczonego kurczaka, tutaj jajka przepiórcze do połknięcia w biegu, obok restauracja z Menu Turistico (4 sole) i Menu Executivo (8 soli). Wśród tego bałaganu staruszek z tacą sprzedawał galaretki w kubeczkach, a pod arkadami odpoczywała wieśniaczka z prawdziwą lamą. Bezdomne psy urządziły sobie orgię pod figurą Pana Jezusa na skrzyżowaniu, a bezdomny chłopiec spał w najlepsze na trawniku. W parę minut wszystko się zmieniło.
Z początku zaczęło kropić, mżyć; góralki rezolutnie wyciągnęły z kieszeni torby foliowe, po czym założyły je sobie na swoje kapelusiki, wyglądając jeszcze bardziej nieziemsko. Deszcz zaczął się wzmagać, grzmotnęło gdzieś w Kordylierach. Potem już ruszyła nawałnica.
Sklepikarze zapobiegawczo przesunęli towary bardziej do środka lokalów, pani ze świnką pieczoną przetoczyła towar pod arkady ciągnące się wzdłóż całej ulicy. Podobnie jajka przepiórcze, galaretki i notariusze czmychnęli w suche miejsce.
Lokalny aptekarz szybko zwinął wielce obrazową reklamę pokazującą jak się leczy hemoroidy i pryszcze, a księgarz schował egzemparze „Historii biblijnych”, „Post kapitalizmu” i „Przepowiedni 2013 roku”.
Tymczasem rozpadało się na dobre. Ulica najpierw zaczęła pokrywać się wodą, by już po paru minutach przekształcić się w rwący potok. Tłum zgromadzony pod arkadami patrzył ze spokojem, choć nie bez obawy. Dziecko sprzedawczyni jajek przepiórczych zaczęło histerycznie płakać. Lama nastrożyła się i obserwowała otoczenie z głębokim niepokojem. Tymczasem strumień zmienił się w rzekę, motocyklowe taksówki przestały zważać na światła, starając się przebrnąć rzekę z ostatnimi pasażerami. Chwilę później na ulicy zostały tylko taksówki, walczące ze strumienim wody.

Alturysta_Huaraz ulewa
Cała – zgromadzona przymusowo – publiczność wstrzymała oddech, gdy rwąca woda zaczęła się przlewać przez krawężnik i zalewać restaurację, w której już nie sprzedawano Menu Turistico za 4 sole i Mnu Executivo za 8 soli. Cała załoga szmatami właśnie uszczelniała drzwi.
Ulewa ulewą, ale Huaraz ma bogatą historię ciągłych zmagań z naturą. Trzęsienia ziemi, lawiny błotne i powodzie. Z trzech stron świata góry, niektóre z nich to sześciotysięczniki z wiecznymi pokrywami lodowymi, uciekać nie ma gdzie w razie kataklizmu. Taki los spotkał wioskę Youngay, na którą spadła lawina błotna z Huarascan. Ponad połowa z 30 tysięcznej populacji nie przeżyła tego kataklizmu.
Tym razem Natura dała spokój miasteczku Huaraz. Po kilkunastu minutach rzeka płynąca główną ulicą zamieniła się w rzeczkę, potem w strumyk  potem w kałużę, przez którą mieszkańcy zaczęli się przeprawiać, skacząc i pławiąc. Kilka minut później wyszło słońce i rozjasniło piękne góry dookoła, wychodzące z mgły. Tylko zamoczone wycieraczki i smugi błota przypominały o małej katastrofie, z której tym razem bez szwanku wyszło miasto.

Huaraz – górska miejscowość położona na wysokości 3052 m.npm., około 400 km od Limy. Druga po Nepalu mekka zapalonych (i mniej zapalonych) górzystów.

Zobacz: Huaraz, czyli peruwiańskie Zakopane

Huaraz – miasto w Andach otoczone prawie z czterech stron górami. I to nie byle jakimi, bo sześciotysięcznikami. Miejscowość nie jest tak bogata jak Zakopane i nie tak cukierkowa jak alpejskie kurorty, ale może dlatego warto ją odkryć? Ja odkryłem i polecam!

Alturysta_DSCN9327Panorama z okolic dworca autobusowego

Alturysta_DSCN9328

Góralki w tradycyjnych srojach

Alturysta_DSCN9333

Alturysta_DSCN9335 Alturysta_DSCN9344 Alturysta_DSCN9351

Jest i salon piękności…Alturysta_DSCN9356 Alturysta_DSCN9388Inca Kola – narodowa oranżada Peruwiańczyków.

Trzy oblicza Limy

1. Dzielnica Callao była i jest portem, tutaj zaczynać się mogą tysiące żeglarskich opowieści. Niestety w czasie kolonizacji przez Hiszpanię to miejsce kojarzy się peruwiańczykom z tonami inkaskiego złota wywożonego do Barcelony i Madrytu. ‚Kiedyś kradli nasze złoto, a mimo to teraz sami mają problemy’ – mówi nasz gospodarz, z dumą opowiadający o dynamicznym rozwoju Peru i o coraz liczniejszych kryzysowych hiszpańskich emigrantach szukajacych pracy w Limie. Stąd w Callao pokolonijne budowle przypominające do złudzenia te z Półwyspu Iberyjskiego. Teraz ta dzielnica jest biedna; w dawnych kamienicach kolonialnych przedsiębiorców znajdują się kasy zapomogi, a miejscowi ustawiają się po zasiłki. Świeci południowe słońce, spokój dookoła, a mimo to coś złowrogo wisi w powietrzu. Wysokie mury posesji, metalowe bramy, czasami elektryczne ogrodzenia zakładów przemysłowych.

Alturysta_wiel1 Alturysta_wiel3

Alturysta_wiel2

Łapiemy busa do Miraflores. Bus się nazywa Święta Maria i przez kilka kilometrów łamie kilkanaście przepisów o ruchu drogowym ścigając się wściekle z busem Serce Jezusa. Bileterzy wykrzykują nazwy przystanków, wciągają prawie w biegu nowych pasażerów i popędzają tych wysiadających zbyt wolno. Budynki robią się wyższe, w końcu jedziemy wśród wieżowców.
2. Miraflores jest inne; nowoczesne, pełne apartamentowców, biur i bogatych hoteli. Najbardziej znany punkt widokowy znajduje się w centrum handlowym, pełno dookoła brytyjskich i amerykańskich expatów, pracujących w pobliskich biurowcach. Można powiedzieć: bezduszne blokowisko. Ale niecodzienny nastrój w Miraflores zapewniła mgła; ta słynna mgła Limy, która otacza i przytłacza miasto przez całą zimę. Mgła przywoływana przez wielu pisarzy, między innymi Alfrede Echenique, który porównał ją do brzucha zdechłego wieloryba. Dzięki mgle bezduszne Miraflores zrobiło się miejscem trochę magicznym i nieodgadnionym.

Alturysta_wiel4

Alturysta_wiel5

Wystarczy, łapiemy trzęsący się wiekowy autobus do Barranco.
3. W Barranco dawniej spotykała się tu bohema i artyści, teraz widać głównie dzieci szkolne bawiące się na głównym placu, surferów ze wszystkich stron świata i paru amerykańskich turystów. Jacyś zagubieni trampowie sprzedają branzoletki zrobione z blachy po konserwach, inni w dredach próbują zarobić muzykowaniem na widokowym moście westchnień. Kręcą się zrozpaczeni fotografowie z Polaroidami, którym era fotografii cyfrowej zredukowała zarobki. Robi się ciemno, młodzież wraca z plaży, surferzy podążają do barów, kruki krążą nad nami kracząc przeraźliwie, gdzieś w krzakach wrzeszczą papugi.

Alturysta_wiel6 Alturysta_wiel7Trzy dzielnice oceaniczne Limy, trzy różne historie położone nad tym samym Oceanem Spokojnym. Pacyfik szumi melodyjnie, jakby usypiając do snu. Tylko rozmieszczone metodycznie tablice ewakuacyjne z kierunkami ucieczki w przypadku tsunami przypominają, że do oceanu należy ostatnie słowo.