Archiwa kategorii: Peru

Co się gubi, co się znajduje (1)

Trzy lata temu spędziliśmy dwa dni w pięknym mieście Arequipa poszukując zasilacza do notebooka, który został w hostelu nad Amazonką. Sprawa niby prosta – wchodzi się do pierwszego sklepu elektronicznego i prosi o „cargador para el computadora”, płaci się i sprawa załatwiona. Nie tak łatwo. Okazało się, że typów „cargadorów” są tysiące, nasz notebook wyjątkowo ma niepasujący rozmiar wtyczki oraz amperaż, w porównaniu do lokalnego asortymentu. Oddaliliśmy się zatem od historycznego i przenudnego Plaza de Armas i zagłębiliśmy w dzielnicę uniwersytecką, mijając sklepiki z książkami do algebry i szukając kolejnych sklepów elektronicznych. W Ameryce Południowej handel grupuje się branżami (identycznie było w Limie), więc wiadomo było, że jak mijamy ósmą drukarnię, to elektronika może być blisko, ale jak wchodzimy w aleję sklepów z manekinami sklepowymi i wózkami inwalidzkimi, do ładowarki daleko. W końcu udało się znaleźć podejrzanie błyskający zasilacz (działający do dziś), ale zabrakło czasu już na Wąwóz Colca i inne lokalne atrakcje. Odwiedziliśmy za to co najmniej dwa lokalne kawiarnie i zjedliśmy lokalne „tortos artisticos” – superkremowe ciastka, które ładniej wyglądają niż smakują, ale w podróży nie dba się o dietę.

Strat po drodze było więcej, ale w 100% były to przedmioty zgubione przez nas: poprzez roztargnienie, pośpiech albo przez oba czynniki naraz. Szukaliśmy zatem w La Paz kurtek (jacketas para lluvia), które zostały w autobusie Huaraz-Lima. W Argentynie były poszukiwania coś w zamian za bluzę zostawioną na drzwiach hostelu w Sucre. W Wietnamie szukałem kolejnych koszulek po tym, jak lokalna pralnia pomyliła wszystkie rozmiary i oddała komplet odzieży w innym rozmiarze.

Po tych spektakularnych stratach wprowadziliśmy obowiązek robienia czeklisty przy każdym opuszczaniu hostelu/ hotelu/ mieszkania. Sprawdzamy więc:

  1. paszporty
  2. pieniądze
  3. karty kredytowe
  4. ładowarki
  5. szuflady
  6. przestrzeń pod łóżkiem
  7. to, co zostało w łazience
  8. to, co wisi na drzwiach od łazienki

i w drogę!

Reklamy

Transamazonica

Z Limy do Pucallpy jest niecałe 800 kilometrów. Autobus przyjedzie tam za około 20 godzin. Wyjeżdżamy dzisiaj o drugiej po południu, na miejsce dotrzemy jutro przed południem (jak wszystko dobrze pójdzie). W przewodniku jest napisane, że po drodze trzeba uważać na zdarzające się w tej okolicy rabunki autobusów, więc pakujemy kosztowności w buty (dobrze, źle?) i z pewnym strachem siadamy do autobusu. Jest dość wygodnie, wręcz luksusowo. Jedziemy semi-camą, co oznacza, że siedzenia rozkładają się prawie do pozycji leżącej. Ma to niebagatelne znaczenie, gdy przed nami kilkadziesiąt godzin jazdy.

Na początek południowoamerykańskie środki bezpieczeństwa: pracownik filmuje każdego pasażera, potem hostessa zamyka ciężkie drzwi oddzielające kierowcę od pasażerów i w drogę! Dziewczyna rozdaje każdemu plastikową reklamówkę. Sporo przejechaliśmy kilometrów autobusami i wiemy, że kiedy na początku podróży dostaje się plastikowy woreczek, oznacza, że będzie ciężko. Tymczasem dają pić, jeść, a na małym telewizorze serwują występ zespołu Aquas de Oro.  Zespół ten towarzyszył nam przez kolejnych 10 godzin. Zmiana nastąpiła dopiero około północy.

Wcześniej, już po trzech godzinach jazdy opuściliśmy równinę i wjechaliśmy w góry. Autobus zaczął się piąć, kręcić po serpentynach zwinniej niż dziewczyny z Aquas de Oro na estradzie. Czuć, że jesteśmy wysoko – nas rozbolały głowy, natomiast populacja miejscowych zanurkowała w plastikowych woreczkach i nie opuszczała ich  do końca podróży, wijąc się w żołądkowych spazmach. My, o dziwo, europejski wychów, daliśmy sobie radę świetnie z wysokością i autobusem kręcącym ósemki po serpentynach. Po północy hostessa zmieniła wideo na nastrojowego pana z gitarą, śpiewającego pieśni o Jezusie przez następne osiem godzin.

W nocy zaczęło padać. Zasnęliśmy znużeni. Obudziłem się nad świtem, autobus jechał po wertepach. Wyjrzałem przez okno, dalej góry i przepaście. Na długości kilkuset metrów lawina błotna zerwała szosę, a autobus jechał po świeżo rozwalcowanej ziemi, przekraczając wodospady i strumienie. Dzielna hostessa w czółenkach stała na krawędzi przepaści i kierowała autobusem w węższych miejscach.

Wjechaliśmy w dżunglę. Nagle autobus zatrzymał się. Do środka wszedł ubrany w moro dziadek. Na plecach dźwigał kałacha. Coś wytłumaczył po hiszpańsku, po czym zebrał daninę od pasażerów. Domyśliliśmy się, że to nasza pseudo-ochrona przez niebezpieczny teren i dołączyliśmy się do zrzuty. Partyzant siedział grzecznie przez kolejne kilkanaście kilometrów, a następnie zniknął w środku dżungli.

Na śniadanie zatrzymaliśmy się w jakiejś małej mieścinie, nie pamiętam co jedliśmy w przydrożnym barze, pamiętamy miejscowych myjących zęby w beczce z deszczówką. Z tego postoju zostało tylko jedno zdjęcie.

Amazonka

Po przerwie w autobusie przywitała nas… żwawa muzyka Aquas de Oro. Złote nuty przygrywały nam do samego końca. Dotarliśmy nad brzeg Ukajali, do niewielkiego miasteczka Pucallpa, gdzie na targu oprócz owoców z dżungli można było kupić piranie i skórę z krokodyli.

Trzy lata temu podróż po Amazonii dopiero się zaczynała. Później była droga do Iquitos no i ciąg dalszy przez Amerykę Południową, Antypody aż po Azję.

https://wartopodrozowac.pl/2013/03/13/droga-do-iquitos/

Teraz piszę o tej podróży z rozrzewnieniem. Jak miło zapamiętać nie tylko miejsca widokowe, warte zobaczenia. Dobrze wspomnieć o takich przecinkach, które teraz – trochę na fali sentymentalizmu, trochę w ramach przyjemnego grzebania w pamięci – będę przypominał. W końcu – czy liczy się cel, czy liczy się droga?

Posłuchaj: peruwiańska muzyka weselna

Pierwszy dźwięk nagraliśmy podczas powrotu z górskiej wycieczki, gdzieś na przedmieściach Huaraz. W garażowym studio zespół muzyczny ćwiczył przed weselnym występem. Słuchaliśmy my, dwie małe dziewczynki i jeden bezdomny pies.

peru huaraz

Drugie nagranie bardziej nam się wbiło w pamięć, gdyż okazało się, że nasz hotel sąsiaduje z domem weselnym, w którym właśnie zaczęły się uroczystości. Okno nie tłumiło dźwięków, więc po paru godzinach byliśmy wręcz zahipnotyzowani melodią dziwną i nierytmiczną (z zachodniego punktu widzenia). Na szczęście co pewien czas była chwila ciszy (widocznie też mają i w Peru przerywnik „idziemy na jednego”).

Więcej dźwięków zacznę umieszczać już wkrótce, cierpliwie nagrywam i zacznę katalogować i segregować także dźwięki niebawem.

Zobacz: Machu Picchu

Machu Picchu trzeba zobaczyć. Pojawiliśmy się przy ruinach z samego rana, w strugach tropikalnego deszczu. Waynapichu i inne otaczające góry były ukryte w mgle i dopiero później odsłoniły swoje piękno. Gdy skończyliśmy oficjalne zwiedzanie z przewodnikiem łamiącym wszystkie zasady gramatyczne języka angielskiego, nad ruinami miasta świeciło już ostre słońce. Wtedy też zaczęło się robić tłocznie – to pierwsze grupy, które przyjechały tutaj luksusowym pociągiem i wjechały na górę klimatyzowanymi autobusami stawały jedna po drugiej w zadziwieniu i zdumieniu. Magia Machu Picchu przestrzega zasad demokracji i dociera do każdego z tą samą siłą, bez znaczenia czy się przyjechało „niskokosztową” wycieczką mikrobusem, czy pociągiem za setki dolarów.

Alturysta_DSCN1378 Alturysta_DSCN1409 Alturysta_DSCN1430 Alturysta_DSCN1443 Alturysta_DSCN1446 Alturysta_DSCN1457Machu

Inkaskie złoto w Cuzco

Siedzimy na Plaza del Armas w Cuzco, dawnej stolicy inkaskiego imperium i czujemy się, że jesteśmy w centrum uwagi. Właśnie przed chwilą opędziliśmy się od czyściciela butów, który chciał koniecznie wypastować nasze trapery (es posible amigo!), a już pojawia się chłopiec tytułujący się „Picasso Junior” i prezentujący swoje obrazki schowane w klaserze na znaczki. Chłopiec znika niepocieszony, bo obrazków nie chcemy; pojawia się pośrednik wycieczek do Machu Picchu, dwa dni za niecałe 200 dolarów. Tak, współczesne inkaskie złoto to nieustanny strumień turystów zafascynowanych zaginioną na zawsze inkaską kulturą i marzących o zdjęciu z lamą i Machu Picchu w tle. Czujemy się trochę wykorzystani, płacąc za wygórowane ceny wycieczek, ale w końcu siedem cudów nowożytnego świata ma swoją odpowiednią cenę.
Naprzeciwko nas rozłożyła się ogromna katolicka Katedra Zwiastowania, na prostopadłej ścianie rynku wyrósł kościół Świętej Rodziny. Obie świątynie zostały postawione na zburzonych inkaskich świątyniach, a kamienie z których zbudowano ściany pochodzą z rozebranych obiektów starożytnego kultu.

Alturysta_DSCN1570

Górujący nad miastem krzyż został postawiony na wzgórzu Saqsaywayan, na ruinach świątyni słońca, na sąsiednim wzgórzu biała rzeźba Chrystusa Triumfującego wznosi się w miejscu dawnej świątyni księżyca. Można powiedzieć, że chrześcijaństwo zawojowało Cuzco skuteczniej niż Hiszpanie. Dlatego peruwiańscy indianie badają teraz, odtwarzają dawne rytuały, sięgają do tradycji, by ochronić te szczątki przedkolonialnej tożsamości, jaka przetrwała.
Zwiedzamy katedrę wcześnie rano, tuż przed mszą, kiedy jeszcze nie działają kasy biletowe (w Cuzco zwiedzanie kościołów jest płatne). W środku króluje rzeźba czarnego Chrystusa na krzyżu – Chrystusa od Trzęsień Ziemi. W bocznej nawie figury mają naturalne włosy i są ubrane w szaty, trochę jak manekiny na wystawie sklepowej. Jest i Matka Boska z suknią z motywem wijącej się rzeki – to starożytny znak inkaskiej bogini Pachamamy – Matki Ziemi zaadoptowany do katolickich obrzędów. Podziwiamy słynny obraz Ostatniej Wieczerzy – podobny do tych spotykanych we Włoszech i Hiszpanii, na obrazie w centralnym punkcie leży upieczona świnka morska – lokalny przysmak. W przewodniku piszą o rozlicznych procesjach, w tym procesji Bożego Ciała, w czasie których elementy dawnych kultów dominują nad mitologią chrześcijańską. Zadziwiające, do jak rozległych kompromisów musiał się uciec Kościół katolicki by zdobyć rząd dusz wśród podbitych ogniem i mieczem Inków.
Wystarczy rozmyślań, nabieramy oddechu i zapuszczamy się w wąskie uliczki pełne identycznych biur podróży i niezmordowanie wytrwałych naganiaczy; teraz pora na negocjacje naszej ‚strasznie drogiej’ wycieczki do Machu Picchu. To małe miasteczko położone kilkadziesiąt kilometrów od Cuzco przetrwało hiszpański najazd i tylko dlatego nie zostało przekształcone w kolejne katolickie sanktuarium, że przemyślni Inkowie opuścili miasto i je ukryli na kilka wieków przed najeźdźcami. Chwała Bogu i Pachamamie!

Alturysta_DSCN1081

Zobacz: księżycowa Arequipa

„Kiedy Bóg wydzielał księżyc z Planety Ziemi, zapomniał o Arequipie” tak podobno według przewodników mówią Arequipianie o swoim mieście. Jest to zaiste dziwna metropolia; skulona pod pobliskim wulkanem El Misti (5822 m.npm.) i otaczającymi ją zawsze białymi sześciotysięcznikami, doświadczana wielokrotnie trzęsieniami ziemi jest miastem niskim, prawie parterowym. Zbudowana na planie szachownicy potrafi zachwycić pięknie rzeźbionymi portalami i ująć urokliwymi dziedzińcami, w których można się skryć przed słońcem, a czasami przed wiatrem z gór.