Archiwa kategorii: Boliwia

Zobacz: rozdroża

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo1_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo2_1280 tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo3_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo4_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo5_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo6_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo7_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo8_1280

tumblr_ni1akrizCb1r4lodjo9_1280

Rozdroża:

1. Wyspa Wight (Anglia)

2.Edynburg (Szkocja)

3. Porto (Portugalia)

4. Sighisoara (Rumunia)

5. Malmo (Szwecja)

6. La Paz (Boliwia)

7. Auckland (Nowa Zelandia)

8. Kuala Lumpur (Malezja)

9. Gijokastra (Albania)

Reklamy

Pożegnanie z Boliwią

Do Tupizy jedziemy pociągiem, który początkowo pruje przez skalną pustynię. Mimo nocy piasek bucha przez otwory wentylacyjne i po kilkunastu minutach pył jest wszędzie, mimo zabiegów konduktora, który co pół godziny myje podłogę na mokro (oby konduktorzy w PKP wiedzieli do czego służy miotła i szmata!). Zasypiamy z kocami na twarzy, próbując oddychać w miarę czystym powietrzem. Budzi nas melodia z filmu Titanic, grana przez fletnię pana. To właśnie konduktor włączył płytę „najpiękniejsze melodie na fletnię pana”. Po Titanicu mamy „Yesterday” Beatelsow, no i Sinatrę i melodie z Robin Hooda. Komiczne, acz urocze. Tymczasem za oknem krajobraz się zmienia: zjeżdżamy w dół niesamowicie pięknym wąwozem, ściany czerwonych skał piętrzą się dookoła. Wegetacja jest bardzo uboga; kaktusy, drobne trawki, drzewka eukaliptusowe. Wody też pewnie mało; jedziemy dosłownie wyschniętym korytem rzeki. Dojeżdżamy do Tupizy.

Alturysta_tUP2

Po prawie miesięcznej tułaczce po Boliwii to miasto wydaje się najbardziej urokliwe, w sam raz na dwudniowy odpoczynek. Sama miejscowość położona jest jakby w zapadłym kraterze ogromnego wulkanu; dookoła góry – co ciekawe każde wzgórze – skaliste i suche – błyszczy innym kolorem. Od szarosrebrnego po brunatnoczerwony i pomarańczowy. Mieszkańcy wydają się też być mało boliwijscy – często się uśmiechają i chętnie konwersują, nawet nie znając słowa po angielsku. Naprawdę odpoczywamy po kilku tygodniach w kraju, w którym bez znajomości języka hiszpańskiego jest się tylko obcym – gringo, którego się w najlepszym wypadku ignoruje. Odpoczywamy też od wszechobecnego kurczaka z ryżem i makaronem – pałaszujemy milanezę, czyli kotlet po parysku, nawet narodowe saltenie – smażone pierogi – smakują wybornie. W Tupizie ludzie wydają się być mniej nerwowi niż górale z Altiplano, przesiadujemy na lokalnym rynku, racząc się senną atmosferą. Tylko popołudniami spokój miasta zakłóca wojskowa orkiestra, która werblami i trąbkami torturuje całe miasto, przypominając o tym, że Boliwia wciąż nie może zapomnieć przegranej ponad sto lat temu wojny z Chile i utraconego dostępu do oceanu. Jak się dowiadujemy, konflikt narasta i w 2015 roku Boliwia ma zamiar odgrodzić podziemną rzekę pod Andami, która dostarcza wodę do suchych rejonów pustyni Atacama. To pewnie nie przejdzie bez interwencji Chile – bogatego i uzbrojonego po zęby sąsiada. Dlatego wojskowe werble brzmią wyjątkowo złowieszczo w Tupizie.

Żal i frustracja panują w Boliwii – do Hiszpanów, którzy zniszczyli bezpowrotnie inkaską kulturę i wywieźli srebro i surowce do Madrytu. Trudno policzyć, ile milionów rdzennych mieszkańców zginęło pod rządami z Europy. Ale Boliwia ma żal też do sąsiadów, którzy bezwzględnie podgryzali państwo z każdej strony, zabierając czy to wybrzeże, czy bogate w surowce góry czy urodzajną puszczę. Mieszkańcy są źli na władzę; dlatego może tradycyjnie co dwa-trzy lata w La Paz jest nowy rząd i prezydent. Boliwijczycy są źli na Stany Zjednoczone, które w antynarkotykowej obsesji zniszczyły lokalne uprawy koki i miliony ludzi pozostawiły na granicy ubóstwa. Można mieć też żal do natury, która tak srogo się rozprawia z dawnym krajem inków – a to trzęsienie ziemi, a to powódź na nizinach, a jak nie katastrofy naturalne, to konieczność wyżycia na ubogim i mroźnym płaskowyżu (do wyboru jest jeszcze urodzajna dżungla, ale za to pełna komarów i malarii). Złość i żal jest więc chyba jedynym elementem tożsamości narodowej, tak pracowicie budowanej przez ponad 180 lat niepodległości. Chyba że górnicy w Potosi dokopią się do nowej góry złota i nagle cały naród stanie się drugą Norwegią. Trzymam kciuki.
Żegnamy się z Tupizą w miejscu legendarnym dla całej Boliwii: na dworcu autobusowym. Boliwijski dworzec autobusowy to instytucja i osobna historia; „a Potosiiii a Potosiii”, „Villazoooon, Villazooon”, „Bueeeenos Aireeees” – sprzedawczynie biletów przekrzykują się i walczą o klienta d ostatniej krwi; zadziwiają nazwy przedziwnych firemek transportowych. Od Bambo-bus, Imperial Villa po Jan Paweł II Przedsiębiorstwo Transportowe. Autobusy są przedziwne, raczej stare i rozsypujące się, przeważnie z Jezusem czy Matką Boską wymalowaną na karoserii. W środku też pobożnie – zauważyliśmy, że im więcej pobożnych obrazków i haseł „Jezus Twoją Drogą”wymalowanych złotymi literami na szybie tym gorszy stan techniczny pojazdu.  W Boliwii metafizyka i prawa fizyki się uzupełniają. Ale na dworcach autobusowych najważniejsi są ludzie – od zwykłych pasażerów po rodziny targające tony towarów (kontrabanda do Argentyny), po psy śpiące na środku korytarzów i pod ławkami. Będzie nam też brakowało wszechobecnego zaplecza żywieniowego – kukurydzy dmuchanej, ziemniaków w tysiącach postaci, galaretek w kubeczkach i napojów w torebkach foliowych. Wszystko to sprzedawane przez korpulentne kobiety wychwalające swoje produkty śpiewnym hiszpańskim dialektem, w nieokreślonym wieku, z ogorzałymi twarzami i obowiązkowymi czarnymi warkoczykami, ubranymi chyba w pięć spódnic i fartuchów na raz. Na granicy celnik wbija pieczątkę, uśmiecha się i mówi łamaną angielszczyzną „have a nice trip senior”. Boliwia jest krajem trudnym i wymagającym, ale gdy odpoczniemy od wszystkich niedogodności Boliwii, chyba zaczniemy za nią tęsknić.
Alturysta_tuP1

Wulkany, flamingi i wertepy

Cała południowa Boliwia wygląda jak geologiczny wybryk natury; od największego na świecie solnego jeziora i wulkanów w okolicach Uyuni po pustynne góry, parę kroków od pustyni Atacama. Uyuni wygląda jak prawdziwe miasteczko z westernu; rzędy parterowych domków zbudowane w samym sercu pustyni. Pod wieczór ubieramy się ciepło, bowiem robi się zimno sekundy po zachodzie słońca. Smagani wiatrem szukamy najcieplejszego miejsca na kolacje. Niestety, do Uyuni dotarł turystyczny szał i jedyne dostępne restauracje oferują pizzę i tylko pizzę, w cenach bliższych do londyńskich. Nie mamy wyboru; siedzimy razem z innymi turystami przy piecu i się grzejemy. Po powrocie z wycieczki zauważamy różnicę: turyści albo są spaleni na twarzy, ze spierzchniętymi od soli ustami – to ci którzy właśnie przyjechali z 3-dniowej wycieczki. Druga grupa jest przed wycieczką i właśnie trzęsie się z zimna w mroźnym pustynnym klimacie.
Wiele można marudzić o zorganizowanych wycieczkach do solnych jezior: zawrotne jak na Boliwię ceny, nieuczciwe biura podróży i turyści tłoczący się w przepełnionych jeepach, no i noclegi w motelach na końcu świata, w których elektryczność zapewnia agregat prądotwórczy, a za ogrzewanie (mimo mroźnych nocy) służą trzy koce. Ale w pamięci pozostają niesamowite, surrealistyczne widoki i to się chyba liczy najbardziej.

Alturysta_Uy1 Alturysta_UY2 Alturysta_UY3 Alturysta_UY4 Alturysta_UY5 Alturysta_UY6 Alturysta_UY7

Miasto Chciwości

Są miasta zła, miasta chwały, miasta wyrażające potęgę, ale Potosi najbardziej definiuje chciwość. Wyjątkowo zła przywara, która wzięła swoje źródło w srebronośnej górze górującej nad miejscowością. Zaczęło się dawno; od inkaskich plemion, które odkryły że położona 4100 metrów ponad poziomem morza góra kryje prawdziwy skarb. Inkowie tak byli pewni swojej doskonałości, że zapanowali nad ogromnych obszarem Ameryki Południowej, od Ekwadoru po Argentynę. Chwała się skończyła gdy przybyli Hiszpanie i chciwe imperium Inków rozpadło się mimo ofiar z dzieci składanych Pachamamie na szczytach Andów.

Alturysta_potosi zm
Prawdziwa gorączka srebra zaczęła z Hiszpanami, którzy potrzebowali wiele kruszcu, by dekorować swoje pałace w Madrycie i Barcelonie.  Do roboty w kopalniach zmuszano lokalnych Aymarów, a cena była straszna. Szacuje sie, że w kopalniach Potosi zginęło ponad osiem milionów osób – niewiele mniej niż z rąk Hitlera czy Stalina. Hiszpanie srebra nie oddali, ale zemsta dopadła kolonizatorów; teraz to Peru i Boliwia mają lepsze perspektywy niż szargana bezrobociem i recesją Hiszpania.
Od 160 lat boliwiańczycy  pracuja na swoje, chciwość jednak dalej włada miastem. Do Potosi przybywają biedni wieśniacy z całego kraju, pracują w sztolniach przypominających raczej biedaszyby, umierają w wieku lat czterdziestu, o ile wcześniej nie zginą przy tąpnięciu czy od śmiercionośnych gazów.

Alturysta_potosi zm2

Górnicy pracują jak dwieście lat temu – kują ściany kilofami, pakują urobek łopatami, sami pchają wagoniki i pracują bez żadnych zabezpieczeń w przetwórniach urobku, by produkt końcowy 80% rudę srebra sprzedać za małe pieniądze do Belgii, Francji czy Singapuru. Tam zostanie srebro oczyszczone, wycenione, sprzedane i wmontowane w miliardy telefonów komórkowych, telewizorów czy innych luksusowych produktów. Wyzysk biednych krajów przez superchciwe korporacje jest chyba legendarny, ale o ile nie widzimy biedaszybów w Afryce, Indiach czy Rosji, Potosi jest smutną lekcją kapitalizmu. Miejmy tylko nadzieję, że El Tito – diabeł władający podziemiami, do którego modlą się górnicy, i z którym pija wódkę pod koniec każdego udanego tygodnia – ukarze każdego za swoją chciwość, tak jak ukarał Inków i Hiszpanów.

Psy, krzyże i samogon

Niedziela Palmowa w San Jose.

Do San Jose dotarliśmy pociągiem śmierci. Tak bowiem nazywa się szlak kolejowy z Santa Cruz do granicy Brazylii, którym kiedyś wożono ofiary żółtej febry. Podróż trwała 8 godzin, a pociąg jechał trochę jak wrocławski tramwaj; więcej na boki niż do przodu. Do tego należy dodać kilkadziesiąt sprzedawczyń jedzenia, które pielgrzymowały po pięciu wagonach składu tam i z powrotem, krzycząc nad uszami podróżnych: jugo maranja (sok pomarańczowy), salteniaaa (boliwijskie smażone pierogi), czy papaaa releeenaa (lokalna wersja placków ziemniaczanych). Dlatego po ośmiu godzinach wysiedliśmy w prowincjonalnym San Jose ledwo żywi. Zatem nazwa „pociąg śmierci” nie była na darmo. San Jose znane jest jako jedno miejsce będące elementem zespołu jezuickich misji – przyczółków hiszpańskiej kolonizacji. Okazała się to być urocza wioska z trzema gospodami, paroma sklepami, dwiema przenośnymi ruletkami i wypasionym jezuickim gmachem. Posiadłość kościelna zajmowała jeden bok głównego placu miejscowośc. Weszliśmy do pięknego, drewnianego kościoła. Odprawiana była właśnie msza; a prowadzący był w wieku wzbudzającym podejrzenie, że znał Krzysztofa Kolumba. Większość wiernych już usnęła, tylko my i lokalny żebrak obserwowaliśmy wydarzenie czujnie. W bocznej nawie właśnie wystawiono ludzkiej wielkości figurę Chrystusa na drewnianym osiołku. Osioł miał nogi na kółkach, co znaczyło, że cała figura powędruje nazajutrz – w Niedzielę Palmową w procesji. Uwagę żebraka przykuwał błąkający się dookoła bezdomny pies, który widocznie się zakochał w osiołku od pierwszego wejrzenia i tą miłość chciał natychmiast skonsumować. Żebrak więc bronił godności figury bożej oganiając figurę od psa, tupiąc i sycząc. Następnego dnia procesja uformowała się przy siedzibie lokalnej partii socjalistycznej, ten sam wiekowy ksiądz pokropił palmy (prawdziwe palmy, nie jakieś tam wierzbowe bazie) i ruszyliśmy. Panów Jezusów było czterech: jeden drewniany na osiołku, drugi złocony na sztandarze, trzeci w formie niemowlęcej, ubrany w białe ciuszki i niesiony przez wiernych na ramionach i czwarty, ubrany w purpurową szatę i cierniową koronę i niosący krzyż (zapewne aktor, którego rola przypadnie w następny piątek). Przy dźwiękach gitary i miejscowych pieśni procesja przeszła do kościoła, po czym po paru minutach wszystkie figury wyszły na zewnątrz i kontynuowały marsz – tym razem dookoła wsi; aż po cmentarz i jedyny we wsi sklep z pieczonymi kurczakami.

Alturysta_Sucre alt 0

Maszerowała cała wioska, włączając istoty dwunożne i czworonożne; miejscowe psy skorzystały ze świetnej okazji by sobie poszczekać, powarczeć na siebie a nawet potarmosić. Cała impreza skończyła się po godzinie, kiedy wierni rozeszli się do odpustowych kramików i stoisk z jedzeniem. Chwilę później spadł kolejny tropikalny deszcz, który ani na chwilę nie przyniósł ulgi, ale przynajmniej zmył kurz i brud z nieutwardzonych dróg miasta. Na nas też przyszła pora – za parę dni trzeba dotrzeć do Sucre; religijnego centrum Boliwii.

Ukrzyżowanie dla dzieci i dorosłych.

Sucre jest prawdziwą stolicą Boliwii, tak przynajmniej pisze ichniejsza konstytucja. Dla nas jednak to miasto wyglądało bardziej na powiatowe niż na stoliczne. W piątek rano zaczęło się pierwsze krzyżowanie; tym bardziej szokujące że odgrywane przez dzieci. Trafiliśmy już na sam koniec przedstawienia; Pan Jezus w wieku około dziesięciu lat, z domalowaną brodą właśnie był przybijany do krzyża.

Alturysta_Sucre alt

Mimo skupienia katechetek, zakonników i pobożnych mamuś, dzieci pozostały dziećmi i wybuchnęły śmiechem, gdy Pan Jezus zawisnął na krzyżu niezbyt profesjonalnie; korona się przekrzywiła i szata się komicznie ułożyła. Spontaniczne reakcje zostały jednak uciszone przez syczące katechetki. Wieczorem byliśmy świadkami innego ukrzyżowania, tym razem wykonywanego przez parafialną młodzież. Pierwsza stacja „skazanie Pana Jezusa na śmierć” został wybudowana w uliczce adwokatów i prokuratorów, nie wiemy czy pozostałe lokalizacje były tak trafnie dobrane, bo po dwóch stacjach i demonstracji brutalności mieliśmy dosyć. Młodzież bowiem z lubością odtwarzała w okrutnym realizmie sceny, włączając kopanie, popychanie i lżenie aktora grającego Chrystusa.

Alturysta_Sucre alt2

Wszystko to odbywało się przy akompaniamencie powszechnej wesołości, śmiały się nawet Matka Boska i Maria Magdalena, oczywiście wtedy, kiedy scenariusz nie podpowiadał im płaczu i zawodzenia. Sterujący wydarzeniem zakonnik nie miał chyba pojęcia jak tragikomicznie może wyglądać całe widowisko, nawet tego nie widział, bo jechał za Chrystusem niosącym krzyż w samochodzie z megafonem.

Wielka Sobota bez zakupów.

W Wielką Sobotę nie zauważyliśmy nic specjalnego oprócz tradycyjnych obrzędów odprawianych w kościele. Byliśmy poza tym pochłonięci – polskim zwyczajem – świątecznymi zakupami. A tu klęska, bo nie ma ani porządnego majonezu, chrzanu, nie wspominając o białej kiełbasie i żurku. Jajka są, ale wszystkie cebule obrane ze skórek, przez co o malowaniu nie ma mowy. Kluczyliśmy tak w pustym supermarkecie i … no właśnie, rozejrzeliśmy się dookoła i nie znaleźliśmy żadnej innej osoby tak pojętej przygotowywaniem jedzenia jak my. Boliwijczycy są narodem ogólnie wyluzowanym, kto by się tam przejmował zakupami wielkanocnymi! Kto tam słyszał o chodzeniu ze święconką? Staliśmy tak z pełnym koszykiem w pustym sklepie i zdaliśmy sobie sprawę, jak bardzo nasza polska tradycja oddaliła się od świętowania a przybliżyła do zwykłego obżarstwa.

Niedzielny Samogon.

Wczesnym popołudniem udaliśmy się na klasztorny plac Recoleta, miejsce – jak nas poinformowano – miejscowi świętują Wielkanoc. Skwer jest położony wybornie – widać z niego całe Sucre jak i otaczające je góry. Na tym jednak się skończyły zachwyty, gdyż musieliśmy zatkać nosy. Nad całym przyklasztornym placykiem wisiał okropny smród zepsutych jajek i sfermentowanego alkoholu. Na placu siedzieli górale Aymara i popijali resztki alkoholu z buteleczek zagryzając kolejną porcją koki. Oczka mieli małe, a chód niepewny, z czego wynikało że impreza trwa już od rannej Rezurekcji. Odór rozciągał się z jednej ściany kościoła, na którym rozbito kilkaset jajek – też pewnie jakaś tradycja, no a wszędzie widać było ślady po rozlanym samogonie – zwyczaju aymarskim, który dobrze się wkomponował w wielkanocną tradycję (żeby udobruchać dobre duchy, trzeba wylać trochę alkoholu na ziemię, a resztę wypić).

Alturysta_Sucre alt 3

Święta święta i po świętach.

Można powiedzieć, że się nam udało zobaczyć cały wachlarz zwyczajów; od szczerej, aczkolwiek przerysowanej, procesji w San Jose do zwyczajów mających więcej wspólnego z Matką Ziemią Pachamamą niż z Jezusem Chrystusem. Ale może to dobrze, gdy święta zbliżają religie niż gdy je antagonizują?

W poszukiwaniu Pachamamy

La Paz wydaje się być miastem diabolicznym. Zaczynając od lokalizacji; inne miasta budowano na wzgórzach (najlepiej 7, jak Barcelonę, Lisbonę czy Kielce), albo w dolinie rzeki. La Paz powstało w czeluściach, w kanionie prawie kilometrowej głębokości. Wszystko jest tu tez na odwrót, niż gdzie indziej. Inaczej niż w innych miastach rozkładają się dzielnice ‚bogate’ i ‚biedne’. Im wyżej, tym biedniej, tym mroźniej w lipcu i tym wietrzniej. Najbogatsi mieszkają na samym dole doliny, w luksusowej dzielnicy Miraflores. Diabelskie się wydają czarne meloniki noszone przez miejscowe kobiety; mimo iż to stolica, to ludowe stroje są popularne. No i w co niektórych sklepach widać diabelskie maski, przygotowywane na święto karnawału, które niczym wenecki karnawał są demonstracją hedonizmu w ultrakatolickim kraju. „La Diablada” to boliwiański taniec, w którym tancerze w diabelskich maskach walczą ze świętym Michałem Archaniołem, który ostatecznie zwycięża zło. Diabeł jest czczony w licznych boliwijskich kopalniach, od Oruro po Potosi. Według tutejszych górników, Bóg włada na powierzchni ziemi, natomiast diabeł jest panem kopalnianych czeluści.
Jest w La Paz też prawdziwy targ czarownic, do którego udaliśmy się w poszukiwaniu figurki Pachamamy. Nie jesteśmy specjalnie religijni, ani przesądni, ale miejscowi mówią, że szczęście w podróży przynosi talizman właśnie Pachamamy – Matki Ziemi. Szczęście nam na razie dopisuje, zdążamy na autobusy, które nawet nie łapią gumy i dojeżdżają na czas, toalety są działające, a dzieci siedzące zawsze dookoła nas w autobusach nawet nie wrzeszczą tak donośnie jak małe Dżesiki i Andżeliki w samolotach Ryanaira. Problem jest z kierowcami i drogami w Boliwii. Otóż podobno tylko 4% dróg jest asfaltowych, a 20% jest przejezdna przez cały rok. Dodajmy do tego nadzwyczajną górzystość terenu, przepaście i serpentyny. No i weźmy pod uwagę boliwijski styl jazdy, w którym wyprzedzanie na trzeciego jest normalnym zachowaniem, zakręty najlepiej pokonuje się po zewnętrznej krawędzi i ponadto kierowcy są tak pobożni, że żegnają się przed każdym neibezpiecznym skrętem. To oznacza, że w kluczowym momencie trzymają kierownicę jedną rękę. Biorąc pod uwagę powyższe argumenty postanowiliśmy jednak nabyć amulet Pachamamy, na wszelki wypadek.
Długo trwało szukanie figurki Matki Ziemi i z każdym sklepem byliśmy coraz bardziej zrezygnowani. Bo tutaj pani wskazuje dwa breloczki z niebieskimi spiralami i interpretuje je jako Pachamama, gdzie indziej pani mówi, że chwilowo Matki Ziemi zabrakło, ale ma Keke, bożka wesołości i zabawy – tak jak Budda, tylko z cygarem i słodyczmi. Inni od razu mają komplet figurek – Pachamama i Pachatata, z erotycznymi atrybutami, chociaż za bardzo nie potrafią wyjaśnić po co Tato Ziemia do kompletu (w promocji). W końcu postanawiamy udać się do specjalistek – na lapaski targ czarownic.

alt witches 0

Małe kramiki są rozstawione w żydowskiej części starego miasta i mieszają się ze sklepami, w których można nabyć goretexowe kurtki renomowanych firm w podejrzanie niskich cenach. Kramiki są małe i wyglądają jak odpustowe sklepiki. Asortyment różny, wszakże ludzkie troski są różne. Są talerzyki z ofiarnymi rekwizytami, których spalenie zapewni pomyślność, zdrowie i pieniądze.

alt witches 2

Są całe półki herbatek na wszystkie dolegliwości świata. Są znane już nam z Copacabany suszone płody lam na odgonienie złego ducha.

alt witches

Widzimy zasuszone rozgwiazdy, ropuchy i mumie innych zwierząt, których nie potrafimy rozpoznać . W rogu sklepiku troche przerażająca ekspozycja rekwizytów do czarnej magii; świeczki w kształcie czasek, małe trumienki, no i modele penisów do spalenia (żebby sąsiadowi się nie powodziło). Czarownica siedzi w  środku sklepiku i jest zajęta oglądając kolejną boliwijską operę mydlaną. Na pytanie o Pachamame odrywa się z niechęcią i wskazuje koszyk, w którym pełno trójgłowych figurek. Obok napis wskazuje, że tym razem nie mamy o czynienia z oszustwem: „Pachamama – szczęście w życiu i podróży”. Kupujemy i trzaskamy fotografię sklepiku. („No foto!” burczy czarwonica, po czym słyszymy krótką frazę wypowiedzianą po hiszpańsku. „Pisali w przewodniku, żeby nie robić zdjęć, bo rzucają klątwę” – komentuję i się śmiejemy. Po pół minucie klątwa się realizuje, bo wdeptuję w ponadnormalnej wielkości psią kupę i wiem, że nie warto żartować z czarownic. Ściskamy w ręku Pachamamę niczym Maryla Rodowicz zielony kamyk i udajemy się w dalszą drogę.

Zobacz: Copacabana i Titicaca

Copacabana jest małym przygranicznym miasteczkiem, znanym głównie z tego, że jest najważniejszym boliwijskim portem nad jeziorem Titicaca.

Alturysta_DSCN1641Niestety, architektura Copacabany nie poraża pięknem. Oto główny deptak miasta.

Alturysta_DSCN1696… za to można się zakochać w krajobrazie dookoła: góry, uprawy drzewek eukaliptusowych no i Titicaca.

Alturysta_DSCN1668

Alturysta_DSCN1705 Alturysta_DSCN1722Sprzedawczyni pstrągów. Smażone świeże ryby z kryształowo czystego jeziora można dostać na każdym kroku.

 

Alturysta_DSCN1672Na Golgocie aymarski szaman odprawia swoje obrzędy.

Alturysta_DSCN1733

„Coka Quina” to boliwijska podróbka Coca Coli. W tle bazylika Matki Boskiej z Copacabany.

Alturysta_DSCN1702 Alturysta_DSCN1647