Archiwa kategorii: Ameryka Południowa

Co się gubi, co się znajduje (1)

Trzy lata temu spędziliśmy dwa dni w pięknym mieście Arequipa poszukując zasilacza do notebooka, który został w hostelu nad Amazonką. Sprawa niby prosta – wchodzi się do pierwszego sklepu elektronicznego i prosi o „cargador para el computadora”, płaci się i sprawa załatwiona. Nie tak łatwo. Okazało się, że typów „cargadorów” są tysiące, nasz notebook wyjątkowo ma niepasujący rozmiar wtyczki oraz amperaż, w porównaniu do lokalnego asortymentu. Oddaliliśmy się zatem od historycznego i przenudnego Plaza de Armas i zagłębiliśmy w dzielnicę uniwersytecką, mijając sklepiki z książkami do algebry i szukając kolejnych sklepów elektronicznych. W Ameryce Południowej handel grupuje się branżami (identycznie było w Limie), więc wiadomo było, że jak mijamy ósmą drukarnię, to elektronika może być blisko, ale jak wchodzimy w aleję sklepów z manekinami sklepowymi i wózkami inwalidzkimi, do ładowarki daleko. W końcu udało się znaleźć podejrzanie błyskający zasilacz (działający do dziś), ale zabrakło czasu już na Wąwóz Colca i inne lokalne atrakcje. Odwiedziliśmy za to co najmniej dwa lokalne kawiarnie i zjedliśmy lokalne „tortos artisticos” – superkremowe ciastka, które ładniej wyglądają niż smakują, ale w podróży nie dba się o dietę.

Strat po drodze było więcej, ale w 100% były to przedmioty zgubione przez nas: poprzez roztargnienie, pośpiech albo przez oba czynniki naraz. Szukaliśmy zatem w La Paz kurtek (jacketas para lluvia), które zostały w autobusie Huaraz-Lima. W Argentynie były poszukiwania coś w zamian za bluzę zostawioną na drzwiach hostelu w Sucre. W Wietnamie szukałem kolejnych koszulek po tym, jak lokalna pralnia pomyliła wszystkie rozmiary i oddała komplet odzieży w innym rozmiarze.

Po tych spektakularnych stratach wprowadziliśmy obowiązek robienia czeklisty przy każdym opuszczaniu hostelu/ hotelu/ mieszkania. Sprawdzamy więc:

  1. paszporty
  2. pieniądze
  3. karty kredytowe
  4. ładowarki
  5. szuflady
  6. przestrzeń pod łóżkiem
  7. to, co zostało w łazience
  8. to, co wisi na drzwiach od łazienki

i w drogę!

Transamazonica

Z Limy do Pucallpy jest niecałe 800 kilometrów. Autobus przyjedzie tam za około 20 godzin. Wyjeżdżamy dzisiaj o drugiej po południu, na miejsce dotrzemy jutro przed południem (jak wszystko dobrze pójdzie). W przewodniku jest napisane, że po drodze trzeba uważać na zdarzające się w tej okolicy rabunki autobusów, więc pakujemy kosztowności w buty (dobrze, źle?) i z pewnym strachem siadamy do autobusu. Jest dość wygodnie, wręcz luksusowo. Jedziemy semi-camą, co oznacza, że siedzenia rozkładają się prawie do pozycji leżącej. Ma to niebagatelne znaczenie, gdy przed nami kilkadziesiąt godzin jazdy.

Na początek południowoamerykańskie środki bezpieczeństwa: pracownik filmuje każdego pasażera, potem hostessa zamyka ciężkie drzwi oddzielające kierowcę od pasażerów i w drogę! Dziewczyna rozdaje każdemu plastikową reklamówkę. Sporo przejechaliśmy kilometrów autobusami i wiemy, że kiedy na początku podróży dostaje się plastikowy woreczek, oznacza, że będzie ciężko. Tymczasem dają pić, jeść, a na małym telewizorze serwują występ zespołu Aquas de Oro.  Zespół ten towarzyszył nam przez kolejnych 10 godzin. Zmiana nastąpiła dopiero około północy.

Wcześniej, już po trzech godzinach jazdy opuściliśmy równinę i wjechaliśmy w góry. Autobus zaczął się piąć, kręcić po serpentynach zwinniej niż dziewczyny z Aquas de Oro na estradzie. Czuć, że jesteśmy wysoko – nas rozbolały głowy, natomiast populacja miejscowych zanurkowała w plastikowych woreczkach i nie opuszczała ich  do końca podróży, wijąc się w żołądkowych spazmach. My, o dziwo, europejski wychów, daliśmy sobie radę świetnie z wysokością i autobusem kręcącym ósemki po serpentynach. Po północy hostessa zmieniła wideo na nastrojowego pana z gitarą, śpiewającego pieśni o Jezusie przez następne osiem godzin.

W nocy zaczęło padać. Zasnęliśmy znużeni. Obudziłem się nad świtem, autobus jechał po wertepach. Wyjrzałem przez okno, dalej góry i przepaście. Na długości kilkuset metrów lawina błotna zerwała szosę, a autobus jechał po świeżo rozwalcowanej ziemi, przekraczając wodospady i strumienie. Dzielna hostessa w czółenkach stała na krawędzi przepaści i kierowała autobusem w węższych miejscach.

Wjechaliśmy w dżunglę. Nagle autobus zatrzymał się. Do środka wszedł ubrany w moro dziadek. Na plecach dźwigał kałacha. Coś wytłumaczył po hiszpańsku, po czym zebrał daninę od pasażerów. Domyśliliśmy się, że to nasza pseudo-ochrona przez niebezpieczny teren i dołączyliśmy się do zrzuty. Partyzant siedział grzecznie przez kolejne kilkanaście kilometrów, a następnie zniknął w środku dżungli.

Na śniadanie zatrzymaliśmy się w jakiejś małej mieścinie, nie pamiętam co jedliśmy w przydrożnym barze, pamiętamy miejscowych myjących zęby w beczce z deszczówką. Z tego postoju zostało tylko jedno zdjęcie.

Amazonka

Po przerwie w autobusie przywitała nas… żwawa muzyka Aquas de Oro. Złote nuty przygrywały nam do samego końca. Dotarliśmy nad brzeg Ukajali, do niewielkiego miasteczka Pucallpa, gdzie na targu oprócz owoców z dżungli można było kupić piranie i skórę z krokodyli.

Trzy lata temu podróż po Amazonii dopiero się zaczynała. Później była droga do Iquitos no i ciąg dalszy przez Amerykę Południową, Antypody aż po Azję.

https://wartopodrozowac.pl/2013/03/13/droga-do-iquitos/

Teraz piszę o tej podróży z rozrzewnieniem. Jak miło zapamiętać nie tylko miejsca widokowe, warte zobaczenia. Dobrze wspomnieć o takich przecinkach, które teraz – trochę na fali sentymentalizmu, trochę w ramach przyjemnego grzebania w pamięci – będę przypominał. W końcu – czy liczy się cel, czy liczy się droga?

Posłuchaj: peruwiańska muzyka weselna

Pierwszy dźwięk nagraliśmy podczas powrotu z górskiej wycieczki, gdzieś na przedmieściach Huaraz. W garażowym studio zespół muzyczny ćwiczył przed weselnym występem. Słuchaliśmy my, dwie małe dziewczynki i jeden bezdomny pies.

peru huaraz

Drugie nagranie bardziej nam się wbiło w pamięć, gdyż okazało się, że nasz hotel sąsiaduje z domem weselnym, w którym właśnie zaczęły się uroczystości. Okno nie tłumiło dźwięków, więc po paru godzinach byliśmy wręcz zahipnotyzowani melodią dziwną i nierytmiczną (z zachodniego punktu widzenia). Na szczęście co pewien czas była chwila ciszy (widocznie też mają i w Peru przerywnik „idziemy na jednego”).

Więcej dźwięków zacznę umieszczać już wkrótce, cierpliwie nagrywam i zacznę katalogować i segregować także dźwięki niebawem.

Wino z lodami ananasowymi czyli Santiago

Siedzimy na Cerro de Cristobald i oglądamy niespokojne, kotłujące się w dole miasto. Smog wznosi się do góry i łączy z chmurami schodzącymi z Andów. Cerro de Crostobald jest w większości ogromnym sanktuarium, więc siedząc pod ogromną figurą Dziewicy (która ma na plecach drabinę – widocznie gołębie lubią robić psikusy) staramy się nie słuchać modlitewnego słowotoku, którym raczeni są wszyscy turyści. Ksiądz stoi u stóp figury z mikrofonem bezprzewoddowym i odmawia kolejną dziesiątkę różańca, która bezlitośnie jest transmitowana przez sieć głośników po całym szczycie. Obok nas dwa bezdomne psy albo już ogłuchły od modlitw, albo przywykły do nabożnego głosu, bo śpią w najlepsze.
W dole piętrzą się bloki, biurowce, szklane banki i instytucje handlowe. Tam w godzinie lunchu wąskie uliczki zapełniają się garniturowcami; otyłymi bankierami, ale także uczniami i studentami, którzy po szkole ćwiczą żonglerkę, szkicują budynki czy uczą się grać na flecie. Policjanci ćwiczą musztrę, uliczni sprzedawcy sprzedają lokalny specjał – kompot morelowy z ziarnem pszenicy, a kelnerzy naganiają delikwentów do rozlicznych restauracji.

Alturysta_Chile2b
Dziwne jest Santiago; niby ucywilizowane, ale też narowiste gdy się wejdzie do bocznych uliczek. Miejscami piękne, z budowlami jak w Barcelonie czy Paryżu, a gdzieniegdzie szkaradne i brudne, widać piętno trzesięń ziemi, które przeszły przez miasto.
Wieczór spędzamy z Antonio, naszym gospodarzem, który zabiera nas do lokalnej karczmy. Jako zakąska zimny język krowy w galarecie. Ale najważniejsze jest picie: mamy taramoto, czyli trzęsienie ziemi. Drink dziwny, bo składający się z taniego słodkiego wina, likieru Fernet oraz … lodów ananasowych. Podobno cztery szklanki taramoto potrafią wywołać prawdziwe trzęsienie ziemi w żołądku.
Czas minął bardzo szybko; przed chwilą targaliśmy plecaki do metra, a już jesteśmy na lotnisku. Chile potrafiło zrzucić złą sławę i dało się polubić. Jego mieszkańcy naprawdę lubią się uśmiechać, kochają pomagać zagubionym cudzoziemcom i lubią przyjezdnych. Wrócimy tutaj kiedyś na kolejne taramoto.

Alturysta_Chile2a

Wywrotowe Valparaiso

Chile jest najmniej lubianym państwem Ameryki Południowej. Tak się nie powinno zaczynać kolejnego tekstu, ale z taką konkluzją przekraczaliśmy granicę argentyńsko-chilijską. Złych konotacji trudno się pozbyć, zwłaszcza gdy jest się przeszukiwanym i obwąchiwanym przez trzy psy z policji kontroli biologicznej. Powodów wiele: Peru ma żal o utraconą Ariocę, Boliwia żąda oddania całego wybrzeża, a Argentyna nie może zapomnieć pomocy, którą Chile udzieliło Brytyjczykom w wojnie o Falklandy. No i Chile jest właściwie wyspą, Na wschodzie – czterotysięczne wierchy. Na północy – najbardziej sucha pustynia świata. Na południu – lodowce Patagonii. Dlatego Chilijczycy czują się niczym Brytyjczycy w Europie – są niby jej częścią, ale zaprzeczają to na każdym kroku. Złe pierwsze wrażenie prysło, gdy dojechaliśmy do Valparaiso. Kraj, który ma tak urocze miasto nie może być zły!
A w Valparaiso można się zakochać, tak samo jak w Wenecji, Lisbonie czy Barcelonie. Valpo (bo tak skracają Valparaiso Chilijczycy) to po pierwsze port. A nic bardziej nie dodaje magii miejscu niż bycie bramą na cały świat. Ale Valparaiso to już częsciowo stracona świetność.

Alturysta_Chile1c

Wraz z otwarciem Kanału Panamskiego droga morska przez Przylądek Horn straciła na popularności i cała aglomeracja zaczęła tracić swoje ekonomiczne znaczenie. Domki są biedne, zapuszczone, uliczki brudne, wiatr rozdmuchuje śmieci. Z kilku funiculorów – wind transportujących mieszkańców z poziomu morza na kify – parę stoi zepsutych i nieszczeje. Ale może dlatego Valparaiso potrafi urzec od pierwszego wejrzenia? Valpo to także silna opozycja do pobliskiej Villa de Mar,  miasta pieniędzy i dorobkiewiczów. W Valpo chodzi się kolorowymi zaułkami, spaceruje widokowymi panoramami albo wspina się nieskończonymi pasażami schodów knując przeciwko systemowi. Tak, Valpo wydaje się być niezwykle wywrotowe. „Państwo zapomniało o swoich obywatelach”, „wszystko takie drogie, bo chcą by się ludzie zadłużali”, „wszystkiemu winni Anglicy, którzy najpierw eksploatowali nasze surowce, a potem płacili aby Chile walczyło z sąsiadami”. Przez jeden dzień pobytu w domu dwóch chilijczyków poznanych na popularnej stronie „bezpłatnej wymianie kanap” (couchsurfing) słyszymy więcej wywrotowych idei niż podczas poprzednich dwóch miesięcy – i to w kraju nazywanym „Anglia Ameryki Południowym” i ocenianym jako ekonomiczny lider regionu. W końcu jedziemy do ideologicznego jądra zła – Villa de Mar. Wsiadamy do luksusowego metra, które początkowo brzegiem morza (tutaj mają wybudować supermarket i zniszczyć widok – nasi gospodarze wskazują na ruderowate magazyny po drodze), a potem tunelem pod wzgórzem wiedzie do nowego miasta. „Tutaj mieszkają ci, którzy się dorobili, ludzie bez tradycji i kultury”. Wysiadamy, Villa de Mar nie jest zachwycająca, blokowisko i skupisko nowoczesnych apartamentów; ale też możemy trochę odpocząć po zatęchłych i nie zawsze czystych zaułkach Valpo. Wracamy brzegiem morza. W Villa de Mar kłębią się samochody, pora powrotu z pracy; w Valparaiso otwierają podwoje knajpki i bary, tutaj dopiero się życie zaczyna. Jest ciepło, wilgotnie (zanosi się na deszcz – potrzebujemy deszczu, dawno go nie było – mówią gospodarze). Na szczęście zachód słońca jest tak samo piękny dla bogaczy i biedaków, a i mewy tak samo skrzeczą dla jednych i drugich.

Alturysta_Chile1a Alturysta_Chile1b

Pora na sjestę w Cordobie

O pierwszej po południu w Cordobie, gdy zapada największy upał, sklepy opuszczają żaluzje, biura zasuwają kraty, kioski zamykają okienka i wszyscy zapadają w sen, albo idą do rozlicznych jadłodajni czy kawiarni. Miasto zasypia na cztery godziny, podczas których ulice przemierzają tylko turyści i policjanci. Pobudka jest o piątej godzinie, kiedy wszyscy wracają do pracy, aż do wieczornej pory asado. To kolejne wyrażenie w argentyńskim alfabecie. Po dziewiątej wieczorem ulice miast zapełniają się na nowo, to Argentyńczycy wyruszają na najważniejszy posiłek, złożony głównie z grillowanego mięsa. W weekendy asado rozpoczyna się jeszcze później – po dziesiątej czy jedenastej w nocy, i trwa aż do białego rana. Mięso, wino, czy piwo i rozmowy. Bo dyskusje czy rozmowy Argentyna kocha. Nie bez powodu – spory procent mieszkańców Argentyny pochodzi z Włoch – najbardziej gadatliwego narodu Europy. Argentyńczycy mówią dużo i trudno znaleźć w nich zahamowania typowe dla anglosasów. Recepcjonista w naszym hostelu po trzech minutach rozmowy był na etapie opowieści o swojej rodzinie, po paru minutach mówił emocjonalnie o problemach z ojcem, a po dziesięciu wiedzieliśmy że chorował na kamienie nerkowe. Trudno Argentyńczyków porównywać z Anglikami, którym potrzeba nawet dziesięć lat codziennego mówienia ‚dzień dobry’, by porozmawiać z sąsiadem o pogodzie. A Cordoba sprzyja i dobremu asado i codziennym pogawędkom. Chodziliśmy zauroczeniu pięknymi deptakami miasta, wysadzonymi bujnymi drzewami. W cieniu nie było widać ani smogu miasta, ani nie było czuć obezwładniającego upału. I to właśnie w Cordobie było najmilej poddać się rytmowi sjesty; czy to w pasażu z widokiem na gotycką katedrę, czy w parku obok ogrodu zoologicznego. Można powiedzieć, że bycie turystą to ciężki kawał chleba, ale możliwość poddania się lokalnym zwyczajom pozwala zwolnić na chwilę i po prostu usnąć na trawie, wśród papug skrzeczących w wysokich platanowcach.

Alturysta_Arg2a

Salta: mumie i szkoła picia ‚mate’

Po przejściu granicy Boliwia – Argentyna krajobraz zmieniał się bardzo powoli. Dalej szokowały różnokolorowe góry, ale droga zrobiła się lepsza, budynki bogatsze, tylko lamy podgryzające mizerną trawę dalej gapiły się na mijające je samochody takim samym mało inteligentnym spojrzeniem. Potrzebowaliśmy aż sześciu godzin (plus dwie godziny czekania aż skończy się blokada drogi przez rolników) by zjechać z gór do Salty – naszego pierwszego przystanku w Argentynie. Tutaj po raz pierwszy powitało nas tango i flamenco. Żarliwa, pełna nerwowych zwrotów i zawieszeń melodii muzyka wykonana perfekcyjnie przez niewidomego pianistę postawiła cezurę pomiędzy pełną andyjskich rytmów Boliwią (tam-ta-ta-dam – ta -ta) a krainą właśnie tanga. Tutaj tańczy się na koncertach, w restauracjach, a także na specjalnie organizowanych spotkaniach fanów tego tańca, zwanych milongami.

W tanecznym rytmie zwiedziliśmy kolejny kwadratowy główny plac miasta (zwany plazą), by zanurzyć się na chwilę w dosyć brutalnym akcencie wierzeń legendarnych Inków. Muzeum Mumii (MAAM) skupia się na brutalnym obrzędzie składania ofiar z dzieci, bogom na przebłaganie. Cały rytuał odbywał się raz na parę lat. Starszyzna zasiadająca w stolicy w Cuzco (w Peru) wybierała dziecko, które ma być złożone w ofierze. Według opisów bycie „ofiarą” oznaczało zaszczyt dla całej rodziny, ale nie wierzę, żeby do tego zaszczytu stała długa kolejka ochotników. Potem rozpoczynano pielgrzymkę – procesję, która dwa razy okrążała rynek w Cuzco, by udać się potem kilkaset kilometrów na południe, przez dzisiejszą Boliwię, aż do Andów obok Salty. Tam kapłani i „ofiara” wspinali się na jeden ze szczytów, budowali ołtarz i grób, po czym po ogłuszeniu chłopca, czy dziewczynki, zostawiali je na żywo w grobie, z akcesoriami w iście egipskim stylu: kosztowności, złoto, srebro, miniaturki zwierząt, i zwykłe przedmioty użytku codziennego. Oglądamy mumię w specjalnie wyciemnionej sali. Dziewczynka jest zamknięta w ogromnej szklanej tulei; w środku archeolodzy dalej utrzymują mroźną temperaturę, by zakonserwować znalezisko. Przyglądamy się mumii z bliska. Robi piekielne wrażenie. Małe, kilkuletnie dziecko siedzi w kucki, nogi i ręce jakby spętane. Usta rozchylone jakby w przerażeniu, zamknięte oczy nie chcą widzieć kapłana, który za chwile je uderzy kamieniem. Dziwne, można gloryfikować inkaską kulturę za demokrację, równość i mądrość, ale wykrzywiona twarz dziecka, które zostało poświęcone jako ofiara dla sprawy rzuca inne światło na inkaską legendę.
Muzeum zwiedzaliśmy w towarzystwie dwóch absolwentów uniwersytetu technicznego, którzy przyjechali z prowincji Santa Fe na rozmowę o pracę w pobliskiej fabryce. Nicolas i Christian nie rozstawali się z kubkiem tradycyjnej argentyńskiej herbaty – mate i termosem ze wrzątkiem. „Mate jest jak przyjaciel, nie opuści cię w potrzebie” mówili, po czym odkręcali korek termosu, dolewali wrzątku, po czym częstowali nas mocną esencją, niczym fajką pokoju. Słyszałem, że w Warszawie ten rodzaj herbaty robi furorę, jako dający „kopa” , zwłaszcza w szeregach osób związanych z biznesem i dorobkiewiczów, ale w argentyńskiej ‚mate’ nie chodzi o wydajność potrzebną do pracy po godzinach i zarabiania większych kwot pieniędzy. W Argentynie mate piją zakochane pary w parku, samotni panowie z pieskami, i właśnie grupy razem podróżujących znajomych. tu nie chodzi by zabłysnąć i wyrwać do przodu, chodzi o zbliżenie się do siebie. I chyba o rytuale picia mate będziemy pamiętać najdłużej, wspominając Saltę. Najlepiej się bowiem oglądało całą panoramę miasta, ukrytego wśród zielonych wzgórz z kubkiem mate w ręku.

Alturysta_Arg1a Alturysta_Arg1b

Pożegnanie z Boliwią

Do Tupizy jedziemy pociągiem, który początkowo pruje przez skalną pustynię. Mimo nocy piasek bucha przez otwory wentylacyjne i po kilkunastu minutach pył jest wszędzie, mimo zabiegów konduktora, który co pół godziny myje podłogę na mokro (oby konduktorzy w PKP wiedzieli do czego służy miotła i szmata!). Zasypiamy z kocami na twarzy, próbując oddychać w miarę czystym powietrzem. Budzi nas melodia z filmu Titanic, grana przez fletnię pana. To właśnie konduktor włączył płytę „najpiękniejsze melodie na fletnię pana”. Po Titanicu mamy „Yesterday” Beatelsow, no i Sinatrę i melodie z Robin Hooda. Komiczne, acz urocze. Tymczasem za oknem krajobraz się zmienia: zjeżdżamy w dół niesamowicie pięknym wąwozem, ściany czerwonych skał piętrzą się dookoła. Wegetacja jest bardzo uboga; kaktusy, drobne trawki, drzewka eukaliptusowe. Wody też pewnie mało; jedziemy dosłownie wyschniętym korytem rzeki. Dojeżdżamy do Tupizy.

Alturysta_tUP2

Po prawie miesięcznej tułaczce po Boliwii to miasto wydaje się najbardziej urokliwe, w sam raz na dwudniowy odpoczynek. Sama miejscowość położona jest jakby w zapadłym kraterze ogromnego wulkanu; dookoła góry – co ciekawe każde wzgórze – skaliste i suche – błyszczy innym kolorem. Od szarosrebrnego po brunatnoczerwony i pomarańczowy. Mieszkańcy wydają się też być mało boliwijscy – często się uśmiechają i chętnie konwersują, nawet nie znając słowa po angielsku. Naprawdę odpoczywamy po kilku tygodniach w kraju, w którym bez znajomości języka hiszpańskiego jest się tylko obcym – gringo, którego się w najlepszym wypadku ignoruje. Odpoczywamy też od wszechobecnego kurczaka z ryżem i makaronem – pałaszujemy milanezę, czyli kotlet po parysku, nawet narodowe saltenie – smażone pierogi – smakują wybornie. W Tupizie ludzie wydają się być mniej nerwowi niż górale z Altiplano, przesiadujemy na lokalnym rynku, racząc się senną atmosferą. Tylko popołudniami spokój miasta zakłóca wojskowa orkiestra, która werblami i trąbkami torturuje całe miasto, przypominając o tym, że Boliwia wciąż nie może zapomnieć przegranej ponad sto lat temu wojny z Chile i utraconego dostępu do oceanu. Jak się dowiadujemy, konflikt narasta i w 2015 roku Boliwia ma zamiar odgrodzić podziemną rzekę pod Andami, która dostarcza wodę do suchych rejonów pustyni Atacama. To pewnie nie przejdzie bez interwencji Chile – bogatego i uzbrojonego po zęby sąsiada. Dlatego wojskowe werble brzmią wyjątkowo złowieszczo w Tupizie.

Żal i frustracja panują w Boliwii – do Hiszpanów, którzy zniszczyli bezpowrotnie inkaską kulturę i wywieźli srebro i surowce do Madrytu. Trudno policzyć, ile milionów rdzennych mieszkańców zginęło pod rządami z Europy. Ale Boliwia ma żal też do sąsiadów, którzy bezwzględnie podgryzali państwo z każdej strony, zabierając czy to wybrzeże, czy bogate w surowce góry czy urodzajną puszczę. Mieszkańcy są źli na władzę; dlatego może tradycyjnie co dwa-trzy lata w La Paz jest nowy rząd i prezydent. Boliwijczycy są źli na Stany Zjednoczone, które w antynarkotykowej obsesji zniszczyły lokalne uprawy koki i miliony ludzi pozostawiły na granicy ubóstwa. Można mieć też żal do natury, która tak srogo się rozprawia z dawnym krajem inków – a to trzęsienie ziemi, a to powódź na nizinach, a jak nie katastrofy naturalne, to konieczność wyżycia na ubogim i mroźnym płaskowyżu (do wyboru jest jeszcze urodzajna dżungla, ale za to pełna komarów i malarii). Złość i żal jest więc chyba jedynym elementem tożsamości narodowej, tak pracowicie budowanej przez ponad 180 lat niepodległości. Chyba że górnicy w Potosi dokopią się do nowej góry złota i nagle cały naród stanie się drugą Norwegią. Trzymam kciuki.
Żegnamy się z Tupizą w miejscu legendarnym dla całej Boliwii: na dworcu autobusowym. Boliwijski dworzec autobusowy to instytucja i osobna historia; „a Potosiiii a Potosiii”, „Villazoooon, Villazooon”, „Bueeeenos Aireeees” – sprzedawczynie biletów przekrzykują się i walczą o klienta d ostatniej krwi; zadziwiają nazwy przedziwnych firemek transportowych. Od Bambo-bus, Imperial Villa po Jan Paweł II Przedsiębiorstwo Transportowe. Autobusy są przedziwne, raczej stare i rozsypujące się, przeważnie z Jezusem czy Matką Boską wymalowaną na karoserii. W środku też pobożnie – zauważyliśmy, że im więcej pobożnych obrazków i haseł „Jezus Twoją Drogą”wymalowanych złotymi literami na szybie tym gorszy stan techniczny pojazdu.  W Boliwii metafizyka i prawa fizyki się uzupełniają. Ale na dworcach autobusowych najważniejsi są ludzie – od zwykłych pasażerów po rodziny targające tony towarów (kontrabanda do Argentyny), po psy śpiące na środku korytarzów i pod ławkami. Będzie nam też brakowało wszechobecnego zaplecza żywieniowego – kukurydzy dmuchanej, ziemniaków w tysiącach postaci, galaretek w kubeczkach i napojów w torebkach foliowych. Wszystko to sprzedawane przez korpulentne kobiety wychwalające swoje produkty śpiewnym hiszpańskim dialektem, w nieokreślonym wieku, z ogorzałymi twarzami i obowiązkowymi czarnymi warkoczykami, ubranymi chyba w pięć spódnic i fartuchów na raz. Na granicy celnik wbija pieczątkę, uśmiecha się i mówi łamaną angielszczyzną „have a nice trip senior”. Boliwia jest krajem trudnym i wymagającym, ale gdy odpoczniemy od wszystkich niedogodności Boliwii, chyba zaczniemy za nią tęsknić.
Alturysta_tuP1

Wulkany, flamingi i wertepy

Cała południowa Boliwia wygląda jak geologiczny wybryk natury; od największego na świecie solnego jeziora i wulkanów w okolicach Uyuni po pustynne góry, parę kroków od pustyni Atacama. Uyuni wygląda jak prawdziwe miasteczko z westernu; rzędy parterowych domków zbudowane w samym sercu pustyni. Pod wieczór ubieramy się ciepło, bowiem robi się zimno sekundy po zachodzie słońca. Smagani wiatrem szukamy najcieplejszego miejsca na kolacje. Niestety, do Uyuni dotarł turystyczny szał i jedyne dostępne restauracje oferują pizzę i tylko pizzę, w cenach bliższych do londyńskich. Nie mamy wyboru; siedzimy razem z innymi turystami przy piecu i się grzejemy. Po powrocie z wycieczki zauważamy różnicę: turyści albo są spaleni na twarzy, ze spierzchniętymi od soli ustami – to ci którzy właśnie przyjechali z 3-dniowej wycieczki. Druga grupa jest przed wycieczką i właśnie trzęsie się z zimna w mroźnym pustynnym klimacie.
Wiele można marudzić o zorganizowanych wycieczkach do solnych jezior: zawrotne jak na Boliwię ceny, nieuczciwe biura podróży i turyści tłoczący się w przepełnionych jeepach, no i noclegi w motelach na końcu świata, w których elektryczność zapewnia agregat prądotwórczy, a za ogrzewanie (mimo mroźnych nocy) służą trzy koce. Ale w pamięci pozostają niesamowite, surrealistyczne widoki i to się chyba liczy najbardziej.

Alturysta_Uy1 Alturysta_UY2 Alturysta_UY3 Alturysta_UY4 Alturysta_UY5 Alturysta_UY6 Alturysta_UY7