Archiwa kategorii: 3, 2, 1, start!

Co się gubi, co się znajduje (2)

Pisałem w poprzednim poście o przedmiotach, których znikanie w czasie podróży narobiło problemów. Nie tylko zmieniała się zawartość plecaka, zmieniała się też świadomość, co teraz – po trzech latach – z niejakim smutkiem sobie przypominam.

Wydawało się, że to tak łatwo stać się znowu wolnym. Wolność, brak powiązania z codziennymi obowiązkami tak łatwo wchodzi w nawyk!

Wydawało się też, że wszędzie jest tak blisko, że świat jest naprawdę wioseczką. Pamiętam, jak siedząc w porcie Sydney wydawało mi się, że to tak bliziutko. Siedząc ze znajomymi w Phnom Penh planowaliśmy kolejne odwiedziny, a Bangkok wydawał się tak samo odległy jak Warszawa. nic bardziej mylnego. Nie limituje budżet, limituje te 26 dni wolnego w roku, które w wolnym kapitalizmie istota ludzka ma do wykorzystania.

Im więcej domów odwiedziliśmy w różnych krajach, tym bardziej problemy świata wydawały się jednolite. Brak demokracji w Malezji, bezrobocie w Argentynie, postkolonializm w Boliwii – mają te same odpowiedniki dookoła świata. Historia lubi się powtarzać nie tylko w czasie, ale też w przestrzeni, w różnych odstępach i różnym nasileniu. Dopiero po powrocie do ojczyzny, lokalne troski wyrosły jak pokrzywy i zasłoniły resztę świata.

Długie podróżowanie też pokazuje jak się świat zmienia, jak kotłuje i jak rodzaj ludzki nie ma ochoty spocząć i pożyć trochę w pokoju. Dawniej spokojny Egipt, teraz niebezpieczny. Hong Kong – zamieszki, Turcja – zamachy, równolegle tworzą się nowe dyktatury i reżimy, upadają inne, jak ostatnio w Myanmarze i na Kubie. A pośród tej paskudnej polityki zwykli ludzie: przyjaźni Arabowie, kulturalni Rosjanie, nowocześni Hindusi, zrelaksowani i otwarcie na świat Turcy, bogaci Tajowie. Zaprzeczający obrazowi, który serwują dzienniki telewizyjne.

Im dłużej się podróżuje, tym bardziej nudne stają się kolejne muzea i zabytki UNESCO, najciekawsze stają się zwyczaje, podglądnięte niuanse, spróbowana nowa potrawa, usłyszana opinia. Podróżowanie wyostrza zmysły.

I ostatnie – raz połkniętego bakcyla podróżowania nie da się już wytępić ani perspektywą „naszej małej stabilizacji”, ani marzeniem o domku z basenem, ani chęcią zapomnienia. Kto raz stał się Włóczykijem, będzie nim na zawsze.

Reklamy

Co się gubi, co się znajduje (1)

Trzy lata temu spędziliśmy dwa dni w pięknym mieście Arequipa poszukując zasilacza do notebooka, który został w hostelu nad Amazonką. Sprawa niby prosta – wchodzi się do pierwszego sklepu elektronicznego i prosi o „cargador para el computadora”, płaci się i sprawa załatwiona. Nie tak łatwo. Okazało się, że typów „cargadorów” są tysiące, nasz notebook wyjątkowo ma niepasujący rozmiar wtyczki oraz amperaż, w porównaniu do lokalnego asortymentu. Oddaliliśmy się zatem od historycznego i przenudnego Plaza de Armas i zagłębiliśmy w dzielnicę uniwersytecką, mijając sklepiki z książkami do algebry i szukając kolejnych sklepów elektronicznych. W Ameryce Południowej handel grupuje się branżami (identycznie było w Limie), więc wiadomo było, że jak mijamy ósmą drukarnię, to elektronika może być blisko, ale jak wchodzimy w aleję sklepów z manekinami sklepowymi i wózkami inwalidzkimi, do ładowarki daleko. W końcu udało się znaleźć podejrzanie błyskający zasilacz (działający do dziś), ale zabrakło czasu już na Wąwóz Colca i inne lokalne atrakcje. Odwiedziliśmy za to co najmniej dwa lokalne kawiarnie i zjedliśmy lokalne „tortos artisticos” – superkremowe ciastka, które ładniej wyglądają niż smakują, ale w podróży nie dba się o dietę.

Strat po drodze było więcej, ale w 100% były to przedmioty zgubione przez nas: poprzez roztargnienie, pośpiech albo przez oba czynniki naraz. Szukaliśmy zatem w La Paz kurtek (jacketas para lluvia), które zostały w autobusie Huaraz-Lima. W Argentynie były poszukiwania coś w zamian za bluzę zostawioną na drzwiach hostelu w Sucre. W Wietnamie szukałem kolejnych koszulek po tym, jak lokalna pralnia pomyliła wszystkie rozmiary i oddała komplet odzieży w innym rozmiarze.

Po tych spektakularnych stratach wprowadziliśmy obowiązek robienia czeklisty przy każdym opuszczaniu hostelu/ hotelu/ mieszkania. Sprawdzamy więc:

  1. paszporty
  2. pieniądze
  3. karty kredytowe
  4. ładowarki
  5. szuflady
  6. przestrzeń pod łóżkiem
  7. to, co zostało w łazience
  8. to, co wisi na drzwiach od łazienki

i w drogę!

Transamazonica

Z Limy do Pucallpy jest niecałe 800 kilometrów. Autobus przyjedzie tam za około 20 godzin. Wyjeżdżamy dzisiaj o drugiej po południu, na miejsce dotrzemy jutro przed południem (jak wszystko dobrze pójdzie). W przewodniku jest napisane, że po drodze trzeba uważać na zdarzające się w tej okolicy rabunki autobusów, więc pakujemy kosztowności w buty (dobrze, źle?) i z pewnym strachem siadamy do autobusu. Jest dość wygodnie, wręcz luksusowo. Jedziemy semi-camą, co oznacza, że siedzenia rozkładają się prawie do pozycji leżącej. Ma to niebagatelne znaczenie, gdy przed nami kilkadziesiąt godzin jazdy.

Na początek południowoamerykańskie środki bezpieczeństwa: pracownik filmuje każdego pasażera, potem hostessa zamyka ciężkie drzwi oddzielające kierowcę od pasażerów i w drogę! Dziewczyna rozdaje każdemu plastikową reklamówkę. Sporo przejechaliśmy kilometrów autobusami i wiemy, że kiedy na początku podróży dostaje się plastikowy woreczek, oznacza, że będzie ciężko. Tymczasem dają pić, jeść, a na małym telewizorze serwują występ zespołu Aquas de Oro.  Zespół ten towarzyszył nam przez kolejnych 10 godzin. Zmiana nastąpiła dopiero około północy.

Wcześniej, już po trzech godzinach jazdy opuściliśmy równinę i wjechaliśmy w góry. Autobus zaczął się piąć, kręcić po serpentynach zwinniej niż dziewczyny z Aquas de Oro na estradzie. Czuć, że jesteśmy wysoko – nas rozbolały głowy, natomiast populacja miejscowych zanurkowała w plastikowych woreczkach i nie opuszczała ich  do końca podróży, wijąc się w żołądkowych spazmach. My, o dziwo, europejski wychów, daliśmy sobie radę świetnie z wysokością i autobusem kręcącym ósemki po serpentynach. Po północy hostessa zmieniła wideo na nastrojowego pana z gitarą, śpiewającego pieśni o Jezusie przez następne osiem godzin.

W nocy zaczęło padać. Zasnęliśmy znużeni. Obudziłem się nad świtem, autobus jechał po wertepach. Wyjrzałem przez okno, dalej góry i przepaście. Na długości kilkuset metrów lawina błotna zerwała szosę, a autobus jechał po świeżo rozwalcowanej ziemi, przekraczając wodospady i strumienie. Dzielna hostessa w czółenkach stała na krawędzi przepaści i kierowała autobusem w węższych miejscach.

Wjechaliśmy w dżunglę. Nagle autobus zatrzymał się. Do środka wszedł ubrany w moro dziadek. Na plecach dźwigał kałacha. Coś wytłumaczył po hiszpańsku, po czym zebrał daninę od pasażerów. Domyśliliśmy się, że to nasza pseudo-ochrona przez niebezpieczny teren i dołączyliśmy się do zrzuty. Partyzant siedział grzecznie przez kolejne kilkanaście kilometrów, a następnie zniknął w środku dżungli.

Na śniadanie zatrzymaliśmy się w jakiejś małej mieścinie, nie pamiętam co jedliśmy w przydrożnym barze, pamiętamy miejscowych myjących zęby w beczce z deszczówką. Z tego postoju zostało tylko jedno zdjęcie.

Amazonka

Po przerwie w autobusie przywitała nas… żwawa muzyka Aquas de Oro. Złote nuty przygrywały nam do samego końca. Dotarliśmy nad brzeg Ukajali, do niewielkiego miasteczka Pucallpa, gdzie na targu oprócz owoców z dżungli można było kupić piranie i skórę z krokodyli.

Trzy lata temu podróż po Amazonii dopiero się zaczynała. Później była droga do Iquitos no i ciąg dalszy przez Amerykę Południową, Antypody aż po Azję.

https://wartopodrozowac.pl/2013/03/13/droga-do-iquitos/

Teraz piszę o tej podróży z rozrzewnieniem. Jak miło zapamiętać nie tylko miejsca widokowe, warte zobaczenia. Dobrze wspomnieć o takich przecinkach, które teraz – trochę na fali sentymentalizmu, trochę w ramach przyjemnego grzebania w pamięci – będę przypominał. W końcu – czy liczy się cel, czy liczy się droga?

Tak bardzo zajęty

Podupadło trochę pisanie moje tutaj, bo tak się ostatnimi miesiącami rzeczywistość ułożyła, że zabrakło sił na życie i jego kontemplację. Ale jest lepiej, biorę się w garść i wracam do podróży i pisania o podróżach. A na razie poranne spojrzenie na Odrę. Widzimy wiele czarnych konturów, ale pojawiają się pierwsze kolory jakże cudownego świata. Pędzę na tramwaj.

Rzeka, do której się wstąpiło drugi raz

Było już parę takich rozczarowań. Na przykład Hawiarska Koliba, chatka w Gorcach. Pamiętam to miejsce sprzed ponad dziesięciu lat; urocze siedlisko, o którym śpiewało się w ogniskowych piosenkach; miejsce domowe, traperskie i jak w księżycowej scenografii. Wróciłem później, obsługa była pijana i nie zważająca na wędrowców, chałupa chyliła się ku upadkowi, a w łóżku były pluskwy.  Czas zrewidował marzenia i ideały, żal pozostał.

Podobnie z Mazurami – dawno temu było to miejsce szalonych, bezpretensjonalnych budżetowych wczasów, z łódkami zakładów pracy i kopalń – rodzinne, żeglarskie i kryzysowe (toż to lata osiemdziesiąte). Teraz – szpan, blichtr i kasa.

Nie tylko miejsca się zmieniają, także same państwa. W Hongkongu rok temu był biznes, tłok i ruch. Teraz protesty i walka o demokrację. W Tajlandii uśmiechów protesty. Rosja zawsze nie była przyjazna i trochę straszna, teraz prawdopodobnie byłbym cofnięty z granicy.

Egipt też opustoszał, w Grecji witryny zamkniętych biznesów, Hiszpania zdesperowana i smutna.

Zmiany nie tylko na złe: Birma otwiera się na ludzi, Kosowo rozkwita po latach wojny, Albania wita się z Europą na nowo.

Trzeba trochę podróżować, by zobaczyć jak się zmienia świat, i to w tempie szybszym niż my się starzejemy. Miejsca znikają, uczucia płowieją, oczekiwania się nie spełniają.

Niektórzy piszą, że nie warto wracać w to samo miejsce. Może to prawda, bo widząc jak miasta i wioski dojrzewają, widzimy jak się sami starzejemy.  A może na tym polega prawdziwe włóczęgostwo? Że widzimy miejsca nie tylko jako punkty na osi czasu, ale też powoli obserwujemy rozkwitanie czy więdnięcie? Chyba dlatego warto wracać, pod jednym warunkiem – nie oczekiwać za wiele.

Całe piękno i udręka podróżowania…

Oglądam po raz setny zdjęcia, słucham dźwięków przypominających mi o odwiedzonych miejscach. Ze zdjęciami sprawa jest trudna; zbyt wiele obrazów rozprasza umysł, pozostają landszafty i pocztówki kolejnych zabytków z listy UNESCO. Trudno wybrać to najwłaściwsze zdjęcie; czy widok Andów z pomarańczowego balkonu w Huaraz jest odpowiedni? A może zdjęcie śmierdzącego królewskiego owocu duriana? A może ten autobus, który zepsuł się nocą na przełęczy w Laosie? Jak trudno wybrać to najważniejsze miejsce, obraz zdarzenie. Dźwięki własnoręcznie nagrane są łatwiejsze do przetrawienia i absorbują jeszcze bradziej emocjonalnie – nie zapomnę tego wieczora w Bundu w Indiach, gdy siedzieliśmy na progu sklepu i słuchaliśmy odgłosów miasta. Czy koszmarnego muzyka, który przygrywał nam do obiadu w restauracji w La Paz, czy szumu morza na wybrzeżu w Kambodży.

No i pozostają pamiątki. Figurka Buddy, nowozelandzki bożek, australijskie aborygeńskie „śniące obrazy”, słoń-bóg Gensz i obraz Matki Boskiej z Guadalupy?

W końcu pozostają wspomnienia ludzi, kontakty, pocztówki, życzenia na facebooku, to chyba jest najwartościowsze, kiedy można poznawać świat razem z kimś.

A oprócz wspomnień to tak jak powiedział Paul Theroux „Cały blask podróżowania odkrywa się podczas retrospekcji”. Bo tak naprawdę to podróżowanie to ciężki kawał chleba! Pakowanie, gonienie na stacje kolejowe, targowanie się z taksówkarzami, spóźnione loty i odwołane pociągi. Podróżujemy w skrajnych klimatach: można zmarznąć do szpiku kości w Wenecji, roztopić się w słońcu Berlina czy niemalże dostać udaru od wilgoci i ukropu Azji. Czyhają na nas naciągacze, komary, pluskwy i małpy (o tygrysach i krokodylach nie wspominając). Czasami pokój w hostelu przypomina plan filmowy jakiegoś horroru, czasami łazienka nie ma ściany, czasami nie ma łazienki w ogóle. Tak, podróżowanie pozwala nam testować limity własnej wytrzymałości i cierpliwości. Ale może dlatego warto po zdobyciu wszysckiego co było do zdobycia wrócić do swoich czterech ścian, aby siąść w fotelu, otworzyć album ze zdjęciami i pozwolić odzyć wspomnieniom?

 

Dookoła świata – jak zaplanować budżet

Budżet i rozsądne trzymanie wydatków to pierwszy krok to sukcesu w długoterminowym podróżowaniu. Mając już znaczny kawał podróży za nami, można powiedzieć, że udało nam się trzymać w finansowych ryzach, dlatego warto podzielić się naszym doświadczeniem.

Alturysta_money

Teraz szczegóły, dla ułatwienia będę pisał wszystkie wydatki na jedną osobę. Na nasz budżet składały się:
1. Bilety lotnicze – trasa Londyn – Lima (po powierzchni) Santiago – Auckland – Sydney – Singapur (po powierzchni) Bangkok – Hong Kong – Londyn kosztowała 10000 zł. Do tego trzeba doliczyć dolot i powrót do Polski, tanimi liniami lotniczymi koszt to maksymalnie 500 zł od osoby (ale może być gorzej, trzeba rezerwować z wyprzedzeniem)
2.Ubezpieczenie na czas podróży (182 dni) kosztowało 700 złotych. Kupowaliśmy w brytyjskim Columbus Direct, ale oczywiście trzeba kupować w tym kraju, gdzie ma się podstawową opiekę zdrowotną.
3.Na wizy do Kambodży, Wietnamu, Laosu i Myanmaru zarezerwowaliśmy około 400 zł na osobę.
4. Koszt komórki i abonament Skype – około 50 zł miesięcznie.
5. Koszty podróży w poszczególnych krajach. To był składnik oznaczony największym ryzykiem. po godzinach poszukiwań w internecie udało mi się wypracować średni koszt podróży i życia w danych krajach. Dla poszczególnych krajów wyniósł on:
Peru – 660 zł na osobę/ tydzień plus wycieczka do Machu Picchu około 800 zł
Boliwia – 680 zł na osobę/ tydzień, wliczając wycieczkę na solne jeziora Uyuni
Chile – 1270 zł na osobe/ tydzień
Nowa Zelandia – 1920 zł na osobę / tydzień
Australia (tylko Sydney) – 1200 zł na osobę/ tydzień
Singapur – 1100 zł na osobę/ tydzień
Malezja/ Tajlandia/ Kambodża  – 850 zł/ osobę/ tydzień
Wietnam/ Laos – 735 zł na osobę na tydzień.
Hong Kong – 1220 zł na osobę/ tydzień.
Obliczenia są proste: ilość tygodni w danym kraju pomnożona przez kwotę bazową kształtowała końcowy budżet. Stworzona w ten sposób tabelka pomogła nam też ustalić planowany czas pobytu w każdym kraju. Fakty były okrutne: jeden tydzień podróży w Nowej Zelandii czy Australii to prawie trzy tygodnie w Ameryce Południowej czy w Azji. Dlatego po części nasza nowozelandzka podróż była taka szkicowa i wyrywkowa. Nie ma problemu, wrócimy tam na emeryturę 🙂
Założenia do naszego budżetu:
– podróżujemy we dwójkę, nocując głównie w budżetowych hotelach, w pokojach dwuosobowych. Czasami ten nocleg kosztował tylko 18 zł za pokój (w Kambodży), ale czasami pozwalaliśmy sobie na większe luksusy typu hotel trzygwiazdkowy z basenem.
– korzystamy z Couchsurfingu ile się da. Mieliśmy szczęście do znakomitych gospodarzy w Peru, Argentynie, Chile, Nowej Zelandii, Australii, Singapurze, Tajlandii i Kambodży, co nam pozwoliło zaoszczędzić WIELE.
– jemy głównie budżetowe uliczne jedzenie, ale raz na parę dni zanurzamy się w rozkoszy restauracyjnego jedzenia. Ponadto w Chile, Argentynie, Nowej Zelandii i Australii wiele posiłków jadamy w domu, robiąc zakupy w marketach.
– nie szalejemy z atrakcjami. To znaczy: nie wahamy się odwiedzić ciekawego muzeum, ale już zastanowimy się przed wydaniem 600 zł na skok z samolotu w Nowej Zelandii, czy nad 100 zł na bilet na zoo w Sydney.
– dzwonimy wyłącznie przez Skype (internet obecnie jest wszędzie, w najbardziej dziwnym hostelu), ale wysyłamy też smsy do rodziców, kiedy trzeba.
– podróżujemy budżetowymi środkami komunikacji, czyli głównie autobusami.
– nie szalejemy z taksówkami, rykszami i motocyklami, korzystając z nich w ostateczności.
– imprezujemy mało, czyli bardziej jedno piwo na dwa dni niż każda noc w najdroższym kasynie w mieście. Wyjątkiem była Ameryka, gdzie nie kosztować  miejscowego wina byłoby grzechem.
– oprócz jednego lotu z Amazonki (Iquitos) do Limy, który zaoszczędził 7 dni podróży, nie korzystamy z transportu lotniczego poza naszym wykupionym biletem dookoła świata.
– robimy mało zakupów, oprócz ton kartek pocztowych do rodziny i znajomych. Może zaszalejemy z drobnymi upominkami pod koniec podróży, ale ograniczona pojemność bagażu i konieczność targania dobytku przez następne miesiące skutecznie oduczyła nas robienia nadmiernych zakupów.
I teraz pora na kwotę: na sześć miesięcy podróży na jedną osobę wyszło około 1350 złotych na tydzień na osobę.

Do tego należy doliczyć wydatki nie związane z podróżą:

6. Koszty mieszkań, kredytów w Polsce – to trzeba wziać pod uwagę , na szczęście w naszym przypadku ta kwota była równa prawie zeru, gdyż wszystko było wynajęte.
7.Koszty „operacyjne” po powrocie z podróży – parę miesięcy na szukanie pracy, generalnie trzeba mieć jakieś oszczędności, by nie wrócić spłukanym kompletnie.

Na koniec porównanie planu z rzeczywistością. Jest lepiej, niż myśleliśmy. Po 5 miesiącach jesteśmy średnio 15-20% poniżej naszych założeń.
Czy możnaby wydawać mniej? Oczywiście; najtańsza prycza w dormitorium w hostelu to około 3 dolary (9 złotych) w Azji. Najtańszy obiad w niektórych miejscach to pół dolara (1,5 zł). Pytanie tylko pozostaje, jak długo można jeść ryż z warzywami trzy razy dziennie? Obcinając koszt muzeów, wycieczek, drobnych luksusów możnaby zaoszczędzić jeszcze więcej. Pytanie jest jednak: czy warto? Jeżeli chcesz zwiedzać świat i biedować, nie wysypiać się w studenckich dormitoriach, jeść ryż i noodle na okrągło, omijać muzea i inne atrakcje – zaoszczędzisz.
Z drugiej strony, mijaliśmy na swojej drodze sporo podróżników ze znacznie bogatszym budżetem. Oni mieli w menu na przykład safari w Kenii, Wyspy Wielkanocne, Patagonię i trzy miesiące na ccampingu w Nowej Zelandii. Gdy podróż wydawała się za długa, turyści z „wyższej półki” latają samolotem, jedzą w wyszukanych restauracjach i rezerwują lepsze hotele poprzez agencje turystyczne.
Wszystko jedno jaki masz budżet. Jest jeden mianownik wszystkich podróżujących: i ci niskobudżetowi, i ci ze „średniej półki” i ci najbogatsi nie żałują ani centa wydanego na poznanie świata.