Miasto bez nieba

Przyznam się, że mam problem ze śniadaniami w Południowo-Wschodniej Azji. Po nocy, spędzonej w pokoju bez klimatyzacji (albo z klimatyzacją nie działającą), organizm jest już od razu trochę jakby wyżęty z sił i wymęczony. Idzie człek do lokalnego ulicznego baru, a tutaj zamiast zwyczajowej europejskiej owsianki czy kanapek czeka gorąca zupka, smażony ryż, gorące naleśniki, czy – jak w Hong Kongu – gorące pierożki wonton. Jem więc posłusznie, pot skrapla się właściwie wszędzie, gorąco rozchodzi po ciele i jest tylko zwiastunem kolejnego upalnego dzionka. Tylko pomarzyć, gdy siedzi się – tak jak teraz – w zimowym pejzażu i wspomina tropiki.
W Hong Kongu jest bardzo gorąco, i na dodatek parno, zwłaszcza gdy deszcz pada parę razy dziennie. Dlatego sklepy kuszą klimatyzacją; wstępujemy choćby na chwilkę aby ochłonąć i odpocząć. Ta metropolia jest naprawdę szalona. Kluczymy wśród drapaczy chmur i rzadko widzimy niebo. Budynki mają po kilkanaście pięter i są postawione właściwie jeden na drugim, ulice są niczym wąwozy, a ludzie mieszkają dosłownie jak w mrowisku. Jest to miasto bardziej pionowe niż poziome.

HK1
Kaskadą schodów ruchomych wjeżdżamy na Middle Levels, wyższe partie miasta, zamieszkałe przez bogaczy. Gdzieniegdzie pojawia się willa, ale większość to znowu blokowiska, tylko położone bliżej nieba, z widokiem na zatokę. „Patrz, w tym bloku chyba każdy pokój ma okno, tak bogato to wygląda” zauważamy. Dalej jest małe zoo, w którym w klatce siedzą lemury, „Mają smutne miny, chyba nie wiedzą, że mają metraż mieszkanka ogromny jak na tą metropolię”. Pani ze specjalistycznej firmy wyprowadza psy (właściciele pracują od rana do wieczora widocznie), każde siku polewa wodą, aby było estetycznie. Toalety psie są rozstawione do kilkanaście metrów, gorzej z ludzkimi, ale oprócz niań do psów mało kto chodzi po Middle Levels. Jeszcze parę kroków i już Victoria Peak, słynny szczyt, z widokiem na dachy drapaczy chmur. Dżungla bloków i prawdziwa dżungla dookoła nas zapiera dech. Tam w dole, w spalinach, wyziewach z kuchni i hałasie klimatyzacji łatwo zapomnieć, że dawniej była to kolejna wyspa porośnięta dżunglą.
Następnego dnia wybieramy się promem do małej wioski po drugiej stronie archipelagu. Tu jakby czas się zatrzymał; sieci rybackie, chińskie domki z dykty i blachy nad brzegiem morza, małe świątynie taoistyczne, zapach suszonych kalmarów i wszechobecne kulki rybne. Bierzemy ostatnią kąpiel, obok napisu „uwaga, niebezpieczeństwo rekinów, kąpielisko ogrodzone siatką”. Jest rajski i sielankowo, gdyby nie szum pobliskiej elektrowni, która trochę psuje nam widok. Cóż, w czasie dwustu dni podróży mieliśmy ładniejsze miejscówki, ale i ta ujdzie.

HK3

Szalejemy dalej i kolejką linową podróżujemy do Wielkiego Buddy przy klasztorze Po Lin. Jedzie się pięknie, ponad zatoką, dżunglą i górami. Na miejscu jest okropnie, skrzyżowanie Częstochowy z centrum handlowym. Pizza, fastfoody, plastikowa wioska i równie plastikowy Budda wielkości Chrystusa ze Świebodzina. Brak duchowości, tylko nerwowe przepychanie się z chińskimi wycieczkami w kolejce powrotne.

Już na koniec odwiedzamy muzeum herbaty i sklep z herbatą w przedziwnym domu towarowym, w którym sprzedają superdrogie gniazda ptasie (do jedzenia, dobre na wszystko). Przyjazna sprzedawczyni przygotowuje dla nas ceremonię picia tego legendarnego dla Chińczyków napoju. Ba, jesteśmy częstowani nawet 40-letnim Pu Erh – dla chętnych krążek starzejącej się herbaty do kupienia po dwa tysiące dolarów. Rozkoszujemy się słomianym smakiem herbaty, popijamy – jak każą podczas ceremonii – trzy łyki. Dla ziemi, dla nieba i dla człowieka. By dobrze myśleć, by dobrze mówić, by dobrze życzyć innym. Przedzieramy potem się znowu przez nerwowy tłum, by wsiąść do supernowocznego pociągu na lotnisko. To właściwie ostatni kawałek podróży, a może początek kolejnej?

Rady praktyczne: Nie jedźcie do Disneylandu, warto za to wybrać się do parku rozrywki Ocean Park. Rollecoaster Hair Riser nalezy zaliczyć w pierwszej kolejności!

Najtańsze i przewidywalne jedzenie można znaleźć w sieciówce Cafe Coral, jest wszędzie. W innych miejscach odwaga zalecana, bo obsługa mówi głównie po chiński i menu też raczej dla nas nieczytelne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s