Każdy dzień jest szczęśliwy w Makao

Tłoczymy się na promie z jakimś pół tysiącem Chińczyków „z lądu” (mainlanders), jak mówią o nich pogardliwie mieszkańcy Hong Kongu i Makao. Jest gwar okropny, bowiem Chińczycy są istotami społecznymi, grupowymi, w których procesie poznawczym nie ma miejsca na kontemplację i spokój. Mijamy megabloki dzielnic Hong Kongu z obowiązkowymi dziurami w środku (nowe władze dostosowują miasto do zasad Feng Shui i na morze nie mogą się zwracać ściany, inaczej energia chi nie będzie płynąć prawidłowo), port i potem trochę morza, na horyzoncie widać prawdziwe Chiny, a my za godzinkę jesteśmy już na wyspie Makao. Prom przybija do nadbrzeża, Chińczycy lecą do centrów handlowych i kasyn, my zanurzamy się w pogmatwanych uliczkach. Jest schizofrenicznie, bo Makao wygląda trochę jak Portugalia, z żaluzjowymi oknami, starymi kościołami i portugalskimi napisami, ale z drugiej strony wszędzie chińskie kaligrafy, europejczyków jak na lekarstwo, no i wszędzie zapach sfermentowanego rybnego sosu, z którego składa się każda potrawa najliczniejszego narodu Azji.

mak1

Orient zresztą wypiera to co zostało z dawnej imperialnej Portugalii. Najsmutniejszym i najsławniejszym zabytkiem są ruiny katedry św. Pawła, wzniesionej na pięknym wzgórzu z widokiem na morze. Teraz z katedry została tylko frontowa ściana, przed którą robią sobie pamiątkowe zdjęcia tysiące chińskich wycieczek. Ze wzgórza już nie widać morza, zasłaniają je kiczowate gmachy kasyn i blokowiska, znaki czasu. Zadziwiające, zaledwie kilkanaście lat temu Portugalczycy przekazali Makao Chinom, a Europy zostało tutaj tak mało. Gorzej tylko w Hong Kongu, które już Anglików nie pamięta, tak szybko nastąpiło wyparcie starej kultury nową.

mak5

Schodzimy z egzystencjalnych tematów i pora na przekąski: najpierw chrupie  świńskie skórki, które namiętnie kupują wycieczki (nic specjalnego), a potem po-portugalskie słodkie bułeczki z budyniem w środku. Pycha. Nad stoiskiem wisi slogan: Każdy dzień jest szczęśliwy w Makao.

mak2

I pewnie dotyczy to i graczy, którzy z pasją przegrywają swoje troski, i kupujących którzy zapominają się wśród marmurów i szkła. my spacerujemy wolno (znów ta temperatura). Na starym skwerku, na którym pewnie ktoś tańczył fado, teraz młoda para robi sobie zdjęcia ślubne. Panna młoda w różu, pan młody w garniturze. Dalej, wśród zamkniętych kościołów jemy kolejną zupkę Wonton z pierogami,  spacerujemy drogą Świętego Antoniego (ciekawe jak nazwę przetłumaczono na język kantoński) aż nad drugi brzeg wyspy, do świątyni A-Ma, poświęconej bogini rybaków i żeglarzy – Mazu. Drapiemy się po kamiennych schodach, dookoła wiszą spiralne kadzidła, na ołtarzach – jak w Azji – znowu nieznani bogowie i boginie. Zastanawiamy się i pytamy Mazu, czego się nauczyliśmy podczas tej podróży? Współczucia? Zrozumienia? Spokoju wewnętrznego? Bogini Mazu nie odpowiada, a może nie nadąża z odpowiedzią, bo pojawia się kolejna chińska grupa, która dosłownie z wrzaskiem wypycha nas na zewnątrz. Dobrze, zadamy to samo pytanie Mazu następnym razem.

mak7

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s