Pożegnanie z Krainą Spokoju

Pierwsze godziny upłynęły spokojnie, jedynymi atrakcjami była długa akcja zbierania pieniędzy za bilety i rozdawania pasażerom plastikowych reklamówek. Z mojego doświadczenia, gdy rozdają plastikowe torebki, można się spodziewać niemałych atrakcji. Mijaliśmy głównie dżunglę, gdzieniegdzie poprzetykaną polami ryżowymi i mizernymi wioskami. Szybko się zrobiło ciemno, pozostało tylko słuchanie monotonnego miejscowego karaoke, które kierowca męczył na CD przez ładnych parę godzin.

Dochodziła północ, gdy wjechaliśmy w góry. Autobus zaczął się wspinać po serpentynie. W ruch poszły pierwsze woreczki – to miejscowym, nieprzywykłym do jazdy pojazdami mechanicznymi rozsupłały się żołądki. Nagle coś potwornie zgrzytnęło, widocznie skrzynia biegów. Jechaliśmy dalej, droga dalej pięła się pod górę – raz gładko, raz wyboiście, w zależności jak górski żywioł potraktował dany odcinek szosy. Nagle autobus zmienił bieg przed kolejnymi wertepami, zazgrzytał okrutnie i stanął. Była pierwsza w nocy. Na nieszczęście byliśmy tuż nad skrajem przepaści, na zakręcie, dookoła dżungla, tylko gdzieniegdzie widać domostwa pobliskiej wioski. Z tyłu trąbienie. Niestety, robiąc slalom pomiędzy dziurami i kałużami stanął dokładnie w poprzek drogi, blokując przejazd ciężarówkom. Z tym nie było problemu, w dziesięć minut za pomocą drugiego trucka z naprzeciwka zostaliśmy wyciągnięci z dziury i wyprostowani. Gorzej było ze skrzynią biegów. Kierowca i pomocnik otworzyli klapę, a reszta autobusu zaglądała im z zaangażowaniem przez plecy, świecąc komórkami i latarkami. – Ojj – powiedział kierowca wskazując na jakąś kompletnie urwaną część napędu. – Ojj – powiedział pomagier, łapiąc się za głowę. – Ojj – potwierdzili zgromadzeni pasażerowie. Potem przemówił kierowca, oczywiście po laosiańsku. Nic nie zrozumieliśmy, ale na widok miejscowych wracających ze stoickim spokojem do autobusu, wyciągających koce i kładących się spać zrobiliśmy posłusznie to samo. Było ciemno, ciepło i przytulnie. Zasnęliśmy całkiem szybko, oprócz przemalowanego na ryżo Japończyka, który przyzwyczajony do superszybkich bolidów nie potrafił się dostosować do sytuacji.

Obudziło nas pianie kogutów i ranne szczekanie psów. Obudziliśmy się i my i wylegliśmy z autobusu. Przez parę godzin sytuacja się nie zmieniła, dalej czekaliśmy na pomoc. W pobliskiej wiosce ktoś zaczął gotować makaron na śniadanie, wyległy zaciekawione dzieci. Drogą szła grupa ludzi dźwigających worki z ryżem. Młodzi mężczyźni, kobiety, schyleni w pół pojawiali się z zarośli na górze szosy, szli kawałek drogą po czym znikali w kolejnych zaroślach. Byli tak skupieni na niesieniu ciężaru, że nawet nie zauważyli naszego autobusu z naszymi błahymi problemami.

W końcu przyjechał autobus, przeładował bagaże i zabrał nas w dalszą drogę. Po pięciu minutach okazało się, że zniknęła trójka amerykanów, którzy wybrali się na spacer po okolicy. Zawróciliśmy, dopiero po paru kilometrach znaleźliśmy zdobywców przygód. Nie koniec kłopotów, bo po otrząśnięciu się z szoku dzieci wujka Sama zorientowały się, ze ich plecaki wraz z pieniędzmi i paszportami zostały w poprzednim autobusie, który został w międzyczasie naprawiony tymczasowo i nas minął kilkanaście minut wcześniej. W końcu na postoju w kolejnej małej wiosce z zabłoconym rynkiem amerykanie odzyskali swoje plecaki. Postój był krótki, na śniadanie mieliśmy do wyboru albo dziwne potrawy z żywych węży zapakowane w plastikowe woreczki, płaskie wysuszone kałamarnice, stare pieczone jajka (z pisklakami w środku) albo coś wyglądające na rosół. Dopiero zaczęliśmy jeść, gdy autobus zatrąbił – jedziemy dalej. Sprzedawczyni rosołku nie straciła zimnej krwi, wzięła od nas talerze i wlała je do reklamówek, dając rurkę plastikową i łyżkę na drogę.

lao2

lao3

Pięć minut po ruszeniu z postoju okazało się, że zostawiliśmy ryżego Japończyka, który rozpaczliwie szukał toalety w czasie postoju. Wróciliśmy do wioski. Przerażony podróżnik stał właśnie na środku błotnistego rynku i zastanawiał się, co dalej z sobą zrobić (oczywiście plecak z paszportem i pieniędzmi zostawił w autobusie).

Pojechaliśmy dalej, słońce było już wysoko, robiło się ciepło, tymczasem autobus zaczął zjeżdżać z gór serpentyną z tysiącem zakrętów. No, może dwoma tysiącami. Każdy zakręt miał sto osiemdziesiąt stopni, a my czuliśmy się jak w całkiem efektownej karuzeli. Przestało to nas bawić po dwóch godzinach, gdy większość pasażerów wpatrywała się w plastikowe reklamówki żegnając się ze śniadaniem. My trzymaliśmy się dzielnie (to znaczy na granicy), podczas gdy siedzący obok ryży Japończyk męczył się już od paru godzin.

W końcu wjechaliśmy w niziny, mijając plantacje bananów, trzciny cukrowej i kolejne pola ryżowe. Wysiedliśmy w przygranicznej Huay Xai. Granicą była tutaj rzeka, a przejściem granicznym parę budynków portowych.

lao4

Nie zważaliśmy już na aroganckie Tajlandki, które wydębiły od nas ‚specjalną’ opłatę graniczną, po czym wpakowały do łodzi motorowych, które miały nas przewieźć przez rzekę. Płynęliśmy po raz ostatni podczas tej podróży Mekongiem, rzeką – matką Azji Południowo – Wschodniej jednocześnie się z nią żegnając. Z przodu cywilizacja – murowane zabudowania Tajlandii i widniejący z daleka portret miłościwie panującego króla, za nami poszarpane góry, zamglone wąwozy, drewniane chałupki i spokój. Ojj. Będziemy do tego spokoju tęsknić.

W sumie podróżowaliśmy nie dziewiętnaście, ale dwadzieścia sześć godzin. Brzmi to przerażająco, ale w Laosie naprawdę czas płynie inaczej i zegarek, planowanie i harmonogramy należy porzucić już przy wjeździe do kraju spokoju i relaksu.

Przydatne informacje: Do Laosu najlepiej dostać się przez Chiang Mai – z Bangkoku są nocne pociągi. Potem już pozostaje tylko autobus, ewentualnie autobus łączony z podróżą łodzią do Luang Prabang. Na pewno szybciej jest się dostać samolotem do Luang Prabang, ale bez długich podróży Laos nie jest już Laosem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s