Chungking Express

Chungking Mansions to właściwie Hongkong w miniaturze. Można zobaczyć, przeży ć noc w tym budynku i wyjechać z tego miasta. Albo można zobaczyć całą metropolię nad ujściem rzeki Shizi i bez noclegu w tym brudnym i zaplutym blokowisku nie zobaczyć nic.

Co to jest Chungking Mansions? To gigantyczny kompleks czterech kilkunastopiętrowych bloków – dawniej mieszkań komunalnych dla rozrastającego się mini-państwa, teraz mieszanina tanich hosteli, podejrzanych spelunek, dziwnych biur i półlegalnych manufaktur. Wszystko to połączone brzydkim centrum handlowym które wychodzi na jedną z bardziej reprezentacyjnych ulic Hongkongu.

Nasz hotel (na pewno hotel?) nazywa się Australia Hotel i jest na szesnastym piętrze. W recepcji niegrzeczny Arab rzuca nam klucze, idziemy do pokoju jeszcze dwa piętra wyżej, po klatce schodowej zakurzonej i tłustej od wyziewów z kuchni. Nasz pokój ma – dokładnie zmierzyłem – ma szerokość dwa metry i tyle samo długości. W pokoju jest łózko, stolik i mini łazienka, w której do woli można albo korzystać z toalety, albo nad tą toaletą brać prysznic.

Pokój ma okno, którego połowę zajmuje stary buczący klimatyzator. Zresztą nie ma za bardzo co oglądać – widać tylko niewielką studnię wewnątrz bloku, z innymi oknami, rurami kanalizacyjnymi i wiszącymi swobodnie kablami elektrycznymi. Nieba nie widać.

hk1

 

Chungking Mansions zmieniają się jak zaczarowany las. Rano stoiska oferują parasolki, płaszcze przeciwdeszczowe, mapy dla turystów i płyty CD. Wieczorem kioski się zamykają, a otwierają sex shopy z dildami, krucyfiksami i kolorowymi czasopismami. Rano hindusi sprzedają repliki zegarków, wieczorem ci sami handlują haszyszem i kokainą. Tylko stoisko z dewocjonaliami jest czynne dwadzieścia cztery godziny na dobę, oferując statuetki Buddy, Ganeszy i Jezusa razem z chińskami zestawami do czarów i medalikami taoistycznymi. Naganiacze zapraszają do restauracji serwujących wszystkie danie świata; są i nokalne zupki z pierogami wonton, są biriani prosto z Półwyspu Indyjskiego, są afrykańskie jadłodajnie, a w dole japońska cukiernia dla cyber-hipsterów.

Jest tu prawie jak w Wieży Babel. Socjolog mieszkający w tym budynku naliczył 129 przedstawicieli różnych narodowości mieszkających w jednym czasie w tym miejscu. (w tej paszczy smoka – poetycko dodają dziennikarze). Mieszkańcy molochu spotykają się przy windach.  To znaczy czekając na windy, bo małe kabiny nie nadążają z rozwożeniem pasażerów na kilkanaście pięter. Czekamy więc w kolejce, obserwując nudne ekrany pokazujace widok z kamer w windach. Naprzeciwko nas, na małym stoisku Chińczyk pracowicie otwiera pudełka z nokiami i wkłada do nich instrukcje w języku wyglądającym na chorwacki. Ciekawe, ile towarów które mamy w domu przepłynęło przez Hongkong i było pakowane (w oryginalnym opakowaniu) w Chungking Mansions? Obok Arab odbiera telefon od „moja żona 2” i coś jej długo tłumaczy. Czekamy dłużej, bowiem inna rodzina właśnie się wyprowadza z budynku, blokując jedną windę. A ten Amerykanin to zabrał miejsca za trzech – wzdychamy przestępując niecierpliwie z nogi na nogę. W końcu jesteśmy w środku, mieści się tylko osiem osób, ale zmieściło się jeszcze tajemnicze tekturowe pudło. Pakunek jest odbierany przez Afrykanina na czternastym piętrze, zaglądamy, a tam wielka hala, z porozstawianymi maszynami do szycia i setką Chinek szyjących jakieś dresy. Pewnie markowe adidasy, które za trzy miesiące będą wypakowane z kontenera w Gdyni.

hk4

hk3

Czy jest niebezpiecznie w Chungking Mansions? Tam gdzie my chodzimy nie, bo wszystko kamerowane przez telewizję przemysłową, ale co się dzieje na wszystkich pietrach tej piramidy, ile praw człowieka jest tam łamanych, ile szmuglerów ludzi – narkotyków – broni – kosztowności zbiło tam fortunę? A ile policyjnych obław miało tutaj miejsce? Magazyn The Economist porównał ten gmach do Kantyny Spaceport z Gwiezdnych Wojen, inni nazwali blokowisko postmodernistyczną Casablanką, a reżyser Wong Kar-wai umieścił akcje filmu Chunging Express właśnie tutaj.

hk2

W Chungking Mansions mieszkamy siedem dni, na tyle długo aby znienawidzić to miejsce, aby przyzwyczaić się do przejmującego odoru kuchni, potu i brudnych posadzek. Ale pomaga to nam bardziej zrozumieć to miasto, miasto wyjęte z jakiejś post – apokaliptycznej opowieści. Miejsce w którym nie widać horyzontu ni nieba, a za zachody słońca i gwiazdy robią neony. Nie ma w Hongkongu śpiewu ptaków, ani cykania świerszczy, jest za to szum klimatyzatorów i klaksony samochodów.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s