Banany tylko dla Buddy

Vientiane – stolica Laosu – ma niewiele ponad 200 tys mieszkańców. Gmachy ministerstw wyglądają jak bloki, a główna ulica przypomina deptak średniej wielkości miasta powiatowego w Polsce.
Gdy Amerykanie podarowali Laosowi cement na budowę nowego pasu startowego w lotnisku, ci zbudowali z niego łuk triumfalny (nazywany teraz przez ekspatów pionowym pasem startowym).

W głównej narodowej świątyni na podłodze śpi piesek, a dookoła łazi cętkowany kot. Parę osób zwiedza i ogląda setki posążków posążki Buddy (są wszędzie, przed większością skarbonki na pieniążki, niektóre mają zatknięte w rękach kwiaty czy banknoty). Przemykają młodzi mnisi – w Laosie każdy chłopak przynajmniej na parę miesięcy trafia do klasztoru na naukę. Jest pora sjesty, więc młodzi mnisi śpią na posadzce w świątyni. W cieniu i pod wentylatorem jest najmilej.

Alturysta_Vientiane1 Alturysta_Vientiane2
Popołudniem spacerujemy wzdłuż Mekongu. Inna to rzeka niż w Bangkoku, Phnom Penh, czy w Sajgonie. Tutaj wzdłuż brzegu spaceruje tylko kilkanaście osób, głównie miejscowych.

Alturysta_Vientiane3

Pomnik jakiegoś ojca narodu komunistycznego góruje nad okolicą, a miejscowi składają wodzowi kwiaty i owoce, kłaniając się nabożnie. Grasuję wszechobecni staromodni fotografowie, potrafiący w parę minut dostarczyć zrobioną właśnie fotkę w ramce (pozłacanej!)
Wieczór – szukamy czegoś do zjedzenia, a tu pozamykane. Jest niedziela, czynny jedynie studencki bar z karaoke, w którym studenci próbują swoich sił wokalnych. Jest to rodzaj rytuału godowego, bo najpierw śpiewają dziewczyny, a chłopcy siedzący przy osobnych stolikach je obserwują i dopingują, potem mikrofon trafia do dżentelmenów, którzy znowu są adorowani przez niewiasty. Ani jedni ani drudzy nie potrafią śpiewać i męczą importowane z Tajlandii miłosne piosenki.

Wypijamy piwo, pora wracać, bo psy, dotąd łagodne i leniwe, w nocy robią się czepialskie i dociekliwe. Chcemy jeszcze kupić kiść bananów na kolację, ale nie można. To są banany dla Buddy, wnioskujemy z oburzonej miny sprzedawczyni. My, biali profani, zjedlibyśmy je od razu, a one najpierw są położone na ołtarzu, potem ewentualnie zjedzone przez mrówki, mnichów albo łagodne dniami psy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s