Sajgon: życie w trzech wymiarach

Pokój w naszej kwaterze w Sajgonie jest co najmniej dziwny. Dom jest zbudowany w typowo wietnamskim stylu i wygląda jak kilka wagonów kolejowych położonych jeden na drugim. Szerokość cztery metry, długość dwadzieścia pięć metrów. Na parterze mijamy pokój dzienny gospodarzy, ołtarzyk (chyba) buddyjski ze świeżym durianem i coca-colą złożoną w ofierze bóstwom. Bawimy się z małymi pieskami, które wesoło pląsają. Potem przechodzimy przez kuchnię, gdzie zawsze jest jakiś kopcący się garnek z kolejną zupą pho (patrz porada na końcu). No i na końcu są strome, kręcone schody prowadzące trzy piętra w górę. Pokój jest długi, kiszkowaty, mieści się podwójne łóżko, krzesło i telewizor. Niewiele oczekiwać od pokoju za 6 dolarów (19 złotych). Gdy otwieramy kratę balkonową, wychodzimy na malutki balkonik i prawie na wyciągnięcie ręki mamy przeciwległy dom, w którym za ścianą z blachy falistej toczy się życie równoległe. Ktoś śpi, ktoś gotuje, ktoś się kłóci. W bocznych uliczkach Sajgonu wszyscy mieszkają sobie nawzajem na głowie. Jak się wychylę przez balustradkę (ale ostrożnie, bo niska), widzę kilkanaście innych domów – wagonów, z rodzinami odpoczywającymi, gotującymi, jedzącymi, śpiewającymi i oglądającymi telewizję. Jak nastawić uszu, dźwięk ulicy jest niesamowity. Ktoś coś mówi, coś gra, psy szczekają, albo kogut pieje. Na prawo widzę balkon z jakąś świętą figurą kobiety. Po dłuższych dociekaniach wnioskuję, że nie jest to Matka Boska, chociaż wygląda właśnie jak Maryja, tylko z potężnym kokiem na głowie. W nocy figura jest podświetlona kolorowymi pulsującymi lampkami.

Alturysta_sajgon3d
Czasami słychać nawoływania obnośnych sprzedawców jedzenia. Każdy ma własną melodię, czasami krótką śpiewaną reklamę, puszczaną przez mały głośniczek. Inne dźwięki wydają bułki na parze, inne rosołki, inne ostrzarki noży, inaczej śpiewają szewcy, a recykling trąbi małymi trąbkami. W Wietnamie wszyscy mieszkają jak w mrowisku, ale to tak bardzo pasuje do narodu, który jest nauczony żyć w społeczności, podążać za hierarchią, patriarchatem, wszystko to w łagodnym odcieniu socjalistycznej ideologii.
Podziwiam uliczne kucharki. Pani trzyma na ramieniu poprzeczkę z dwoma bambusowymi talerzami. Dźwiga cały dobytek: z jednej strony palenisko, z żywym ogniem i rosołkiem gotującym się w garnku. Z drugiej strony szafeczka z miseczkami i pałeczkami dla klientów, z nudlami i dodatkami do potrawy. Pani siada w zaprzyjaźnionym miejscu, kuca, rozpakowuje mini-kuchnię, i już po chwili serwuje gorące nudle z rosołkiem i skrawkami. Częstujemy się, to tylko 1,5 złotego za porcję. Jemy ze szklanych misek, więc pani czeka na nas, w międzyczasie obierając cebulkę do następnych potraw i krojąc grzybki. Wszystko jest efektywne i ekonomiczne, nic się nie może zmarnować. Wietnamczycy rwą się do kapitalizmu na wyścigi, sztuki przetrwania na „zupie z gwoździa” nauczyli się perfekcyjnie, teraz ramię w ramie z Chińczykami podbijają świat. Nie wierzycie? Zobaczmy za paręnaście lat.

Jedzenie w Wietnamie:

Są dwie rzeczy nieuniknione: gorące zupy pho (czyli rosół z nudlami i różnymi dodatkami) na śniadanie oraz wszechobecne bagietki z kosmicznym nadzieniem. Dlaczego kosmiczne? To trzeba samemu spróbować.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s