Celine Dion z napojem różanym

Już w połowie naszej podróży dookoła świata dostaliśmy zaproszenie na wesele Fariza i Feery, w pięknym opakowaniu, własnoręcznie wypisane, aczkolwiek po malezyjsku, więc niezbyt zrozumieliśmy zawartość, oprócz daty i godziny. Na drugiej stronie zaproszenia cytat z Koranu:
„Panie nasz! Daj nam od naszych żon i naszego potomstwa ochłodę oczu i uczyń nas wzorem dla bogobojnych!” (tłumaczenie na podstawie http://www.poznajkoran.pl).
Trochę to było dziwne – być zaproszonym na wesele osób, których kompletnie nie znaliśmy, ale jak nam wyjaśnił nasz gospodarz w Kuala Lumpur, Mohammed, wesela malezyjskie są raczej nieformalnymi spotkaniami i niekoniecznie trzeba znać młodą parę. W porządku, ale pojawił się problem z ubiorem. Przecież backpakerzy raczej nie jeżdżą dookoła świata z garniturem, nie mówiąc nawet o wyjściowej koszuli. Mohammed i tutaj nas uspokoił: on sam nas zaopatrzy w wyjściowe stroje, w tradycyjnych wzorach. Ucieszyliśmy się jeszcze bardziej, bo i wilk syty i owca cała: gospodarze będą uhonorowani naszymi strojami, a my będziemy mieli dodatkową uciechę robienia sobie zdjęć w kwiecistych sarongach (czy jak to się nazywa).
No więc stawiliśmy się, w samo południe, ubrani w stylonowe ciuchy (i spoceni standardowo).

Alturysta_slub1 Alturysta_slub2

Wesele odbywało się w domu pana młodego. A raczej w ogrodzie i na kawałku uliczki osiedlowej. W wielkich namiotach był bufet z jedzeniem, stoły do siedzenia, pusty na razie honorowy stół z tronem dla pary młodej i rozpuszczający się powoli tort. Dziwne to było wesele: nie było alkoholu (więc nie było upitego wujka Zdziśka i gorzko gorzko i innych elitarnych polskich zabaw), było za to dużo ciastek i różanego super słodkiego napoju. Zresztą tort weselny był też udekorowany różami. Zdjęcie powyżej zdążyłem tuż przed tym, zanim kelnerzy wynieśli tort do klimatyzowanego pomieszczenia, bo słodki ulepek zaczął po prostu topić. Cała impreza wyglądała raczej jak popołudniowe przyjęcie: goście swobodnie spacerujący i gaworzący z klanem gospodarzy – ubranych w szaty jednego, jasnozielonego koloru. Fariz i Feera siedzieli w willi i byli obiektem ustawicznej sesji fotograficznej z bliższymi i dalszymi krewnymi i znajomymi. My też zostaliśmy zaproszeni: po zamienieniu paru słów pstryknięto nam fotki – najpierw na poważnie, a potem na wesoło, z rękami w znaku „pokój” czyli naszym znaku „v”. Dokończyliśmy poczęstunek, będąc nieustannie nieśmiało obserwowanymi przez całą rodzinę i znajomych, a odważniejsze osoby zdobyły się na miłą konwersację. Z głośników sączył się – o dziwo – żaden muzułmański śpiew, jedynie Celina Dion z filmu Titanic, Bryan Adams a Robin Hooda i Sting, Jak się dowiedzieliśmy, główna uroczystość religijna, z imamem miała miejsce rano i była zarezerwowana dla najbliższej rodziny. Zasłodzeni i najedzeni wstaliśmy od stołu, poprawiliśmy skrycie nasze „spódnice” (Mohammmed przezornie zabezpieczył nas sznurkowym gorsetem, byśmy nie zrobili garderobowego skandalu) i pożegnaliśmy się z rodziną. Na do widzenia dostaliśmy nie butelkę wódki, ale małe pudełko ze słodyczami i serduszkiem z napisem „Terima Kasih”, co oznacza „dziękuję” po Malezyjsku. Ubogaceni nowymi wrażeniami odwiedziliśmy po drodze piękny meczet gminny, dalej w tradycyjnych strojach, co wzbudziło zdziwienie odwiedzających świątynię Malezyjczyków, po czym z radością zrzuciliśmy stylonowe szaty na rzecz krótkich spodenek i koszulek.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s