Most w Sydney

Jest wieczór, siedzimy nad brzegiem Portu Sydney – ogromnego akwenu wcinającego się w głąb kontynentu na dobre kilkanaście kilometrów. Za nami świeci się nieczynny już Lunapark, z diabelskim kołem i kolorowym pałacem bajek.Przed nami widać żagle Opery w Sydney, charakterystyczne, aczkolwiek z daleka nie aż tak imponujące, jak się prezentują na pocztówkach. Bardziej zachwyca wielki Harbour Bridge, wielki żelazny most z gigantycznym łukiem. Widzieliśmy ten most wielokrotnie w telewizji, ale na żywo jest ogromny i – muszę przyznać – kiczowaty. Tymczasem pod mostem ruch. Sydnejczycy wyprowadzają psy, biegają czy siedzą parami ciesząc się widokiem downtown. Paręnaście osób rozłożyło maty do yogi i ćwiczy swoje wygibasy. Ponoć Australia dogania Stany Zjednoczone w procencie otyłych obywateli, ale nie widać tego w ambitnym Sydney. Tutaj ciągle ćwiczą, biegają, pocą się i liczą kalorie, jak w Londynie.

Bo Sydney jest właściwie Londynem południowej półkuli – miasto to młode, ambitne, nerwowe i pretensjonalne. Widać to w godzinach szczytu, kiedy perony stacji kolejowych robią się tłoczne, a mieszkańcy podróżują ściśnięci jak sardynki ze smętnymi i ponurymi minami. Podobna w Sydney mieszanka kulturowa jak w stolicy nad Tamizą; ponad połowa mieszkańców to imigranci, w lokalnym sklepiku gazety chińskie, japońskie, portugalskie, włoskie i hiszpańskie. Ale są różnice. Sydney brakuje dwóch rzeczy, które ma Londyn; historii i dystansu do siebie i świata. Ale o tym niebawem.

austr1

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s