Nie znalazłem puenty w Auckand

No i się stało. Rozpadało się na dobre; w końcu do Nowej Zelandii przyszła jesień, w końcu mamy już maj. Nasz hostel, podobnie jak inne hobbickie domy wydaje się być zrobiony z tektury i sklejki, dlatego z każdym uderzeniem sztormu ściany drżą jakby cała posiadłość miała się za chwilę złożyć jak domek z kart. Szkoda, bo poprzez ulewę przepada nam dzień zwiedzania zatoki pod żaglami. Ale cóż, jedną z umiejętności, jakiej się nauczyliśmy się w czasie podróży to pewien stoicyzm i pokora wobec zmiennej pogody i innych niesprzyjających okoliczności. Co będzie to będzie, co jest to jest. Wracamy więc z pewnym smutkiem do Auckland, centralnej wsi Nowej Zelandii.  Pewnie mieszkańcy nowozelandzkiej metropolii się oburzą, ale Auckland mimo prawie dwu milionowej populacji prezentuje się spokojnie i sielankowo. Nie ma tutaj pośpiechu znanego w innych stolicach. Sprzedawcy w sklepikach są dalej uprzejmi i mają czas pogaworzyć z klientami, brakuje nerwowości i bieganiny typowej dla innych wielkich stolic. Nawet garniturowcy podążający po południu z biur na prom, do swoich posiadłości z widokiem na ocean są pogodniejsi. Może to ogólny dobrobyt, może stosunkowo łagodna pogoda, a może poczucie, że jest się na końcu świata? Nie wiem. W każdym razie nas także ogarnęło lenistwo. Jeden dzień spędzamy na obserwowaniu święta Anzac – wspólnej australijsko-nowozelandzkiej tradycji wspominania kombatantów poległych w przeróżnych wojnach.

Alturysta_NZ3b

W miejscowym muzeum nie ma tłumów; maoryska orkiestra gra coś w rodzaju salsy, pod monumentem składają wieńce. Zainteresowanie małe, więcej jest rodzin korzystających z bezpłatnego wstępu do muzeum. Drugi dzień siedzimy w naszej kwaterze, oglądając port przez ścianę deszczu. Już maj, nadchodzi jesień. W windzie administracja wywiesiła przestrogi na czas zimy: „pamiętaj, by przywiązać meble na balkonach, gdyż wiatry będą srogie”. Po południu się przejaśnia i robimy mały spacerek po centrum. Jestem nerwowy, bo nadal szukam puenty do tekstu i ddo Nowej Zelandii. Bez puenty dwa tygodnie pozostaną tylko barwną pocztówką. Tymczasem w mieście spokojnie, prawie sielankowo. W lokalnej ubikacji ktoś napisał na ścianie „Frodo byłby ze mnie dumny”. W lokalnym sklepie znajduję tabliczkę z sentencją „bądź zawsze tak szczęśliwy jak mewa, która znalazła frytkę”. Czas szybko mija, robi się ciemno, spacerujemy wśród wypielęgnowanych uliczek; dookoła nowoczesne biurowce są pomieszane ze starymi pokolonialnymi kamienicami, czyniąc miasto jeszcze bardziej nierealistycznym. Cóż, puenty nie znajdujemy, pora się pakować i zachować wspomnienie wysp zielonych, widowiskowo malowniczych i spokojnych zarazem. Pamięć o nowozelandzkim wietrze przyda się z powrotem w zaganianej i zestresowanej Europie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s