Witajcie w Hobbitonie!

Nowa Zelandia to kraina hobbitów. Takie jest pierwsze skojarzenie i z taką myślą wkraczamy do krainy ptaków kiwi, owoców kiwi i ludzi z dziwnym angielskim akcentem, którzy uwielbiają się nazywać „kiwi”. I naprawdę uważam, że ten kraj na końcu świata został opanowany przez hobbitów! Zaczęło się od lotniska, gdzie podróżny spaceruje wśród slajdów paproci i wodospadów, a z głośników sączą się odgłosy natury – niecodzienne wrażenie jak na zwykle bezduszne i obskurne lotniska. Potem jest coraz bardziej hobbicko. Od mieszkańców, sympatycznych i chętnych do rozmowy i pomocy (niczym w Shire z powieści Tolkiena) poprzez hobbicki zwyczaj chodzenia boso, nawet na zakupy do supermarketu, aż po krajobrazy wzięte żywcem w trylogii „Władca Pierścieni”. Hobbitów Nowa Zelandia uczepiła się mocno i z filmów Petera Jacksona tworzy swoją historię i mitologię (mimo iż Tolkien w Nowej Zelandii nigdy nie był a sama opowieść o hobbitach dotyczy raczej okołowojennych nastrojów w Anglii). Zresztą nie ma się co dziwić; historia archipelagu na końcu świata jest krótka i nie ma się czym za bardzo chwalić: kolonizacja i podbój, potem wątpliwy traktat z Waitangi, w którym Maorysi zgadzali się na „opiekę” Imperium Brytyjskiego w zamian za obronę interesów, anglicyzacja a potem lata zadośćuczynień i odkrywania na nowo maoryskiej kultury. O ironio, obecnie to Maorysi wysiadują w Pizza Hut i McDonaldsie, a europejczycy poznają kulturę dawnej Nowej Zelandii na obowiązkowych „pokazach kultury Maori”. Odkładając politykę i historię na bok, pora wrócić do Władcy Pierścieni. Tak będziemy poznawać Północną Wyspę Nowej Zelandii.
Bramy Mordoru.
Mordorem został ochrzczony wulkan Ruapehu leżący w centralnej części Nowej Zelandii. Cała wyspa praktycznie składa się z wulkanów i po-wulkanicznych krajobrazów, ale Ruapehu jest najbardziej spektakularny i najczęściej odwiedzany. Tutaj kręcili wejście Froda do Mordoru; mrocznej, ponurej krainy zła. Najpierw płacimy po 40 dolarów za rozklekotany autobus, który nas wiezie do podnóża wulkanu. „Witamy na Piccadily Circus, najbardziej zaludnionym placu w Nowej Zelandii” żartuje kierowca, wysadzając nas na początku szlaku. Rzeczywiście, dzisiaj sobota, ale ponoć koniec sezonu; mimo to turyści chcący zobaczyć Mordor potykają się o siebie i wpadają niczym orkowie na odpuście. Ruszamy wszyscy o tej samej porze, dlatego przeróżne grupy się wymijają, wyprzedzają i omijają. Jest tak tłocznie jak na Krupówkach w sierpniu. Dobrze, zaciskamy zęby i brniemy dalej. Cierpliwość jest nagrodzona; ukazuje się piękny, idealny w kształcie i pociągający w kolorach wulkan Ruapehu, a w tle widać drugi, poszarpany stożek wulkanu Tongariro .

Alturysta_NZ1a

Niecałe 30 lat temu Ruapehu eksplodował, zalewając okolicę potokami lawy i zasypując pyłem. Teraz spacerujemy po ścieżkach wykutych w tych właśnie potokach lawy, ale też i czytamy o ostrzeżeniach o „możliwych” erupcjach. Matka Ziemia zmienną jest i nie wiadomo, gdzie da swój kolejny pokaz siły; na wyspie Jawie, w Nowej Zelandii czy na Filipinach. Po drodze zrywa się wichura. Przygniatani do skał docieramy na przełęcz nad pięknymi szmaragdowymi jeziorami. Tu się kończy dawny szlak w poprzek Tongariro, bo jest „niebezpieczeństwo latających odłamków skalnych”. Nowozelandzkie zasady BHP każą nam zawrócić, wracamy więc zobaczywszy bezpiecznie bramy Mordoru. Największą przyjemność daje nam kilkunastominutowy odpoczynek nad brzegiem żółtawego powulkanicznego jeziorka; jeziorko mizerne, wyschłe, z paroma kaczkomewami żerującymi w błotach, nas jednak oczarowuje po raz kolejny wulkan Ruapehu, wznoszący się ponad nami. Linia góry jest niemal idealnie stożkowa, jakby namalowana przez dziecko. Na szczycie wulkanu różnokolorowe wykwity – pamiątki z poprzednich erupcji. Niektórzy uparci turyści dotarli na sam szczyt stromym szlakiem. Nie ma tam krateru; jedynie pokaźny dół z kamieniami wskazuje miejsce, gdzie czasami Matka Ziemia upuszcza swoją złość. Może przez to Ruapehu jest jeszcze bardziej przerażający.

Alturysta_NZ1b
Wracamy myślami do Władcy Pierścieni. Dla bohaterów pop-epopei droga do Mordoru była przejściem, transformacją, czymś co zmieniało historię legendarnego Śródziemia. U nas jest bardziej prozaicznie. My po prostu tłoczymy się w tłumie Nowozelandczyków, Japonczyków, Kanadyjczyków i Niemców, klikamy zdjęcia aparatem starając się bardzo, aby żaden niepożądany turysta nie wszedł nam w kadr. Nie ma tutaj samotności Froda, desperacji Gandalfa czy schizofrenii Goluma. Ale może na tym polega nasza al-turystyczna tragedia? Że im bardziej chcemy doświadczyć świata indywidualnie i jednostkowo, tym bardziej świat nam pokazuje, że jesteśmy tylko kolejną kopią kolejnych homo sapiens idących utartym szlakiem. Ziemia jest za mała, wszystko już odkryte, nie ma miejsca dla kolejnego Kolumba.

Alturysta_NZ1c

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s