Wywrotowe Valparaiso

Chile jest najmniej lubianym państwem Ameryki Południowej. Tak się nie powinno zaczynać kolejnego tekstu, ale z taką konkluzją przekraczaliśmy granicę argentyńsko-chilijską. Złych konotacji trudno się pozbyć, zwłaszcza gdy jest się przeszukiwanym i obwąchiwanym przez trzy psy z policji kontroli biologicznej. Powodów wiele: Peru ma żal o utraconą Ariocę, Boliwia żąda oddania całego wybrzeża, a Argentyna nie może zapomnieć pomocy, którą Chile udzieliło Brytyjczykom w wojnie o Falklandy. No i Chile jest właściwie wyspą, Na wschodzie – czterotysięczne wierchy. Na północy – najbardziej sucha pustynia świata. Na południu – lodowce Patagonii. Dlatego Chilijczycy czują się niczym Brytyjczycy w Europie – są niby jej częścią, ale zaprzeczają to na każdym kroku. Złe pierwsze wrażenie prysło, gdy dojechaliśmy do Valparaiso. Kraj, który ma tak urocze miasto nie może być zły!
A w Valparaiso można się zakochać, tak samo jak w Wenecji, Lisbonie czy Barcelonie. Valpo (bo tak skracają Valparaiso Chilijczycy) to po pierwsze port. A nic bardziej nie dodaje magii miejscu niż bycie bramą na cały świat. Ale Valparaiso to już częsciowo stracona świetność.

Alturysta_Chile1c

Wraz z otwarciem Kanału Panamskiego droga morska przez Przylądek Horn straciła na popularności i cała aglomeracja zaczęła tracić swoje ekonomiczne znaczenie. Domki są biedne, zapuszczone, uliczki brudne, wiatr rozdmuchuje śmieci. Z kilku funiculorów – wind transportujących mieszkańców z poziomu morza na kify – parę stoi zepsutych i nieszczeje. Ale może dlatego Valparaiso potrafi urzec od pierwszego wejrzenia? Valpo to także silna opozycja do pobliskiej Villa de Mar,  miasta pieniędzy i dorobkiewiczów. W Valpo chodzi się kolorowymi zaułkami, spaceruje widokowymi panoramami albo wspina się nieskończonymi pasażami schodów knując przeciwko systemowi. Tak, Valpo wydaje się być niezwykle wywrotowe. „Państwo zapomniało o swoich obywatelach”, „wszystko takie drogie, bo chcą by się ludzie zadłużali”, „wszystkiemu winni Anglicy, którzy najpierw eksploatowali nasze surowce, a potem płacili aby Chile walczyło z sąsiadami”. Przez jeden dzień pobytu w domu dwóch chilijczyków poznanych na popularnej stronie „bezpłatnej wymianie kanap” (couchsurfing) słyszymy więcej wywrotowych idei niż podczas poprzednich dwóch miesięcy – i to w kraju nazywanym „Anglia Ameryki Południowym” i ocenianym jako ekonomiczny lider regionu. W końcu jedziemy do ideologicznego jądra zła – Villa de Mar. Wsiadamy do luksusowego metra, które początkowo brzegiem morza (tutaj mają wybudować supermarket i zniszczyć widok – nasi gospodarze wskazują na ruderowate magazyny po drodze), a potem tunelem pod wzgórzem wiedzie do nowego miasta. „Tutaj mieszkają ci, którzy się dorobili, ludzie bez tradycji i kultury”. Wysiadamy, Villa de Mar nie jest zachwycająca, blokowisko i skupisko nowoczesnych apartamentów; ale też możemy trochę odpocząć po zatęchłych i nie zawsze czystych zaułkach Valpo. Wracamy brzegiem morza. W Villa de Mar kłębią się samochody, pora powrotu z pracy; w Valparaiso otwierają podwoje knajpki i bary, tutaj dopiero się życie zaczyna. Jest ciepło, wilgotnie (zanosi się na deszcz – potrzebujemy deszczu, dawno go nie było – mówią gospodarze). Na szczęście zachód słońca jest tak samo piękny dla bogaczy i biedaków, a i mewy tak samo skrzeczą dla jednych i drugich.

Alturysta_Chile1a Alturysta_Chile1b

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s